Co ma Norwegia, a czego nie ma Polska? Czemu nie możemy być jak Holandia i królować w konkretnym sporcie? To pytania, które regularnie powtarzały się w czasie zimowych igrzysk olimpijskich. Bo i faktycznie, ten pierwszy kraj już po raz czwarty (!) z rzędu odsadził potęgi takie jak USA, Austria czy Chiny i zdominował klasyfikację medalową. A drugi podniósł wyłącznie z lodowych tafli 20 medali. Gdzie do nich Polsce? Dlaczego tak daleko? I czy da się znaleźć na te pytania konkretną odpowiedź?
Igrzyska z sukcesami. Co robią Holandia i Norwegia, że odnoszą ich aż tyle?
Specjalizacja? Tak, ale nie do końca
Przypadki tych dwóch krajów są niezwykłe, bo i Norwegowie, i Holendrzy odnoszą sukcesy na wielu polach. Zacznijmy od Skandynawii, bo sportowcy stamtąd w ostatnich latach zaczęli się pojawiać właściwie wszędzie.
Najlepszy szachista świata? Norweg, Magnus Carlsen. Kto rozbił afrykańską dominację na długich lekkoatletycznych dystansach? Norweg, Jakob Ingebrigtsen. Kto jest najlepszym aktualnie napastnikiem świata? No, tu zależy kogo spytać – ale albo to Anglik, albo Norweg właśnie w osobie Erlinga Haalanda.
Norweg, Karsten Warholm, dzierży też rekord świata w biegu na 400 metrów przez płotki. Genialni są norwescy triathloniści, Kristian Blummenfelt był nawet mistrzem olimpijskim, a potem pobił rekord świata w Ironmanie. Casper Ruud grał w trzech finałach wielkoszlemowych w tenisie i przez jakiś czas zajmował pozycję wicelidera rankingu.
W golfie śmiało poczyna sobie Viktor Hovland. A wracając do piłki nożnej, to pierwszą w historii kobiecą Złotą Piłkę otrzymała Aga Hegerberg, Norweżka. W 2024 roku druga w tej klasyfikacji była z kolei Caroline Graham Hamsen, jej rodaczka. O Bodo/Glimt chyba nie trzeba wspominać po tym, co zrobili Interowi?
Na igrzyskach w Paryżu złota do kraju przywieźli Markus Rooth (dziesięciobój), drużyna szczypiornistów, Solfrid Koanda (podnoszenie ciężarów) oraz wspomniany Ingebrigtsen w biegu na 5000 metrów. Do tego kolejne krążki wpadły w lekkiej atletyce, zapasach, żeglarstwie i siatkówce plażowej. Norwegowie nie mieli medali wiele – łącznie osiem – ale były one mocno rozsiane. Jedyną dyscypliną, która się tu powtarza, jest lekkoatletyka.
Ale nie powtarzają się jej konkurencje.

Jakob Ingebrigtsen ze swoim olimpijskim złotem. Fot. Newspix
Holendrzy zimą zależni są od dwóch sportów – łyżwiarstwa szybkiego i… jego młodszego brata, short tracku. To na lodowiskach zdobywają wszystkie medale. W Mediolanie/Cortinie łącznie było ich 20, a to i tak w sumie niewiele – w Soczi, w 2014 roku, tylko na torze długim wywalczyli 23 z 36 medali. A właściwie z 32, bo po cztery nie mogli sięgnąć przez limity. Latem z kolei są od Norwegii lepsi. Wiadomo – Holandia to kraj właściwie trzech sportów: łyżew, kolarstwa i piłki nożnej. Tam zawsze będą naprawdę dobrzy.
Jednak ostatnio też stali się multidyscyplinarni.
W Paryżu zdobyli bowiem fenomenalne 34 (!) medale. To ich drugi wynik w historii po… Tokio, rozgrywanym trzy lata wcześniej (36). Reprezentanci Niderlandów faktycznie zaczęli więc rzucać wyzwanie nawet wielkim kadrom. A jak to jest z podziałem ich medali na francuskich igrzyskach? Ano wcale nie tak, że zależy to od konkretnych dyscyplin… choć da się wskazać pewne zależności. Medale Holendrzy zdobywali bowiem w:
- wioślarstwie (8: 4-3-1),
- kolarstwie (7: 3-3-1),
- lekkiej atletyce (6: 2-1-3),
- żeglarstwie (4: 2-0-2),
- pływaniu (3: 1-0-2),
- hokeju na trawie (2: 2-0-0),
- koszykówce (1: 1-0-0),
- water polo, pływaniu artystycznym i jeździectwie (po jednym, w każdym przypadku brązowym).
Są więc holenderskie specjalności – kolarstwo i hokej na trawie, bo to też sport, który tam kochają – ale i mnóstwo sportów wodnych. Co w kraju leżącym nad morzem, a do tego poprzecinanym siecią kanałów dziwić w sumie nie powinno. Wiosła, żeglarstwo i wszelkie odmiany sportów basenowych zdają się być dla Holandii naturalne. Lekkoatletyka wybuchła tam jakiś czas temu i Holendrzy dorobili się naprawdę znakomitej kadry. Koszykówka to z kolei wykorzystanie nowej odmiany, jaką jest 3×3. A jeździectwo to w sumie sport w dużej mierze zależny od chęci i możliwości konkretnych osób.

Femke Bol to jedna z największych gwiazd holenderskiego sportu. Na igrzyskach w Paryżu zdobyła trzy medale, po jednym każdego koloru. Fot. Newspix
Generalnie więc: widać, że Holandia potrafi wykorzystać swoje atuty… ale o specjalizacji samej w sobie – takiej jak zimą – mowy być nie może. To też kraj, który ma wiele sportów i w wielu sobie radzi.
Ale może tym bardziej zasadne staje się to pytanie z początku: dlaczego nie możemy być jak czy to Norwegia, czy Holandia właśnie?
Jak to robią Norwegowie
Oczywiście, że Norwegowie to bogaty naród. Holendrzy zresztą też (odpowiednio 4. i 9. miejsce w zestawieniu PKB na mieszkańca w Europie w 2024 roku). Ale oba te kraje łącznie mają populację o mniej więcej 13-14 milionów mniejszą od Polski. Norwegia to w dodatku dość ostre zimy, a więc klimat w teorii jeszcze mniej sprzyjający rozwojowi sportu – oczywiście poza tymi, co na śniegu – niż ten w Polsce, na który często narzekamy.
A jednak z tym jakoś sobie radzą. A pieniądze? Wszystkiego się nimi nie wytłumaczy – patrzcie na kraje arabskie.
Jak więc Norwegowie – kraj mający mniej więcej 5,5 miliona mieszkańców, z wieloma „pustymi” przestrzeniami i niskim zagęszczeniem – radzi sobie z osiąganiem sukcesów sportowych? Cóż, w sposób, który wielu może uznać za nietypowy.
CZYTAJ: 92 KRAJE, 116 KONKURENCJI. PODSUMOWANIE ZIMOWYCH IGRZYSK
Wiele wyjaśnia jeden dokument. Powstał w 1987 roku, kilkukrotnie był od tamtego czasu aktualizowany. Zwie się „Prawa dzieci w sporcie”, ma osiem stron i wyjaśnia, jak powinno się postępować z dziećmi właśnie, które chcą uprawiać sport w klubach. Jakikolwiek sport, dodajmy. W jakimkolwiek klubie.
Jakie to prawa?
Na przykład prawo do bezpieczeństwa. Do przyjaźni. Do wpływu na własną aktywność. Dziecko ma prawo wybrać sport. Ma prawo wybrać prędkość, tempo, z jakim go uprawia. Ma też prawo – to być może kluczowe – uczestniczyć w sportowym życiu bez względu na zarobki rodziców. Równocześnie dziecko do ukończenia 12. roku życia NIE MOŻE uczestniczyć w turniejach rankingowych.
Nie ma w norweskim systemie mistrzów dzieci, nie ma wyjazdów na zagraniczne imprezy. Wszystko dzieje się tam, na miejscu, w ramach przede wszystkim zabawy, nie rywalizacji. – Nie chcemy kreować przegranych. Chcemy tworzyć młodych, małych zwycięzców. Ale część o wygrywaniu opiera się na samym sporcie i radości z niego – mówił Tore Øvrebø, dyrektor w Norweskim Komitecie Olimpijskim.
A w ramach tej zabawy uczy się też dzieci solidarności, współpracy, poczucia wspólnoty. Istotne są też dwie inne rzeczy. Po pierwsze, norweskie dzieci mogą próbować wielu sportów. Jasne, nie w każdej mieścinie znajdzie się szansa na uprawianie kilku różnych dyscyplin. Ale przeskakiwanie między sportami, a nawet klubami w ramach jednego sportu jest ułatwione, jak tylko się da.
Kojarzycie te momenty, gdy w Polsce dzieciak chce przejść do innego klubu, a jego dotychczasowy zespół ma z tym problem, czasem żądając opłat? W Norwegii nie ma o czymś takim mowy. Tam wszystko zależy od decyzji dziecka, może zmienić klub w kilka godzin, jeśli uzna, że w drugim będzie czuć się lepiej. Sport jest dla dziecka, nie na odwrót.
Niby oczywiste, a jak się nad tym zastanowić i spojrzeć z polskiej perspektywy – wręcz rewolucyjne.
Nikt w Norwegii nie naciska na dzieciaki, nikt nie próbuje zmusić ich do uprawiania konkretnego sportu. Wręcz przeciwnie – myśli o specjalizacji pojawiają się dopiero z wiekiem. Nawet Johannes Klaebo, najbardziej już utytułowany zimowy olimpijczyk w historii, długo myślał, że zostanie piłkarzem. Dopiero z czasem zrozumiał, że talent ma do biegów narciarskich. Przerzucił się na nie i się opłaciło.

Johannes Klaebo z olimpijskim złotem. Jednym z sześciu zdobytych we Włoszech. Fot. Newspix
To zresztą inna, ważna część norweskiego systemu – nie selekcjonują. Skoro nie ma presji wyników, to przez długi czas nie odrzuca się dzieci. W Norwegii rozumieją, że nie każde dziecko rozwija się jednakowo, że często ktoś, kto w wieku 10-11 lat odstaje od rówieśników, z czasem może stać się znakomitym sportowcem, bo albo się rozwinie, albo odkryje „swoją” dyscyplinę. W Polsce „wycinki” dzieciaków to rzecz częsta, bo ile słyszeliście już historii o tym, jak to gdzieś odpalono kogoś, kto potem stał się znanym zawodnikiem?
Taki Erling Haaland przechodził przez kolejne szczeble młodzieżówek z grupą właściwie tych samych kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu osób. Nie było przemiału, bo nie było odrzucania. Władze norweskiego sportu powtarzają, że nie są licznym krajem, nie mogą sobie na selekcję pozwolić, bo mogą stracić talenty.
Dbają więc o wszystkich. I o radość. Bo bez radości – jak mówią – ludzie też od sportu odchodzą. Szczególnie dzieciaki.
W Polsce brakuje sportowej kultury
Norwegowie, oczywiście, mieli przewagę, o której już wspomniano – finansową. Nieco ponad trzy dekady temu, po słabych igrzyskach zimowych w Lillehammer, zadbano tam więc natychmiastowo o infrastrukturę. Ale bez wielkich kłótni, które sporty powinny ją mieć, a które nie. Po prostu zrobiono jej jak najwięcej i jak najbardziej różnorodnej. Mogli sobie na to pozwolić, więc tak zadziałali. Dziś zbierają tego owoce.
Ale infrastruktura sama w sobie nic nie zmieni. Liczyło się to, że w Norwegii jest też dla sportu odpowiednia kultura, inne społeczeństwo.
Tu zbiega się to wszystko z Holandią. Tam też infrastruktura odgrywa rolę – gdy Holendrzy, przed kilkoma dekadami, odkryli, że mogą rządzić na łyżwiarskich torach (a łyżwy kochali tam już dużo wcześniej), to natychmiastowo zainwestowali w nowe ośrodki i obiekty – ale liczy się również to (a może przede wszystkim) jak funkcjonuje społeczeństwo. Dominacja w sporcie takim jak łyżwy nie jest bowiem możliwa sama z siebie.
Łyżwy w Holandii, tak jak biegi narciarskie w Norwegii, to część tej kultury. Bardzo ważna. Jan de Zeeuw, menadżer sportu i marketingu sportowego, Holender mieszkający w Warszawie, mówił nam przed laty:
– Łyżwiarstwo na naturalnym lodzie jest bardzo popularne. Holenderski związek łyżwiarski został założony wcześniej niż piłkarski. Gdy pojawią się pierwsze mrozy, ludzie już szykują łyżwy, a gdy warstwa lodu na kanałach jest wystarczająco gruba, dzieci dostają dzień wolny od szkoły, by na nich pojeździć. W telewizji regularnie podaje się informację o grubości warstwy lodu w różnych miastach.
CZYTAJ: GDY BRAK MEDALU JEST SENSACJĄ. JAK HOLENDRZY PODBILI ŁYŻWIARSTWO
Holendrzy masowo uprawiają sport. Jeśli nie łyżwiarstwo, to – wiadomo – rowery (będące zresztą dużą składową treningu pod łyżwy). Infrastruktura drogowa w tym, oczywiście, pomaga. Przy czym zaznaczmy: chodzi nie tylko o przemieszczanie się w miejsce, gdzie akurat trzeba się dostać. Chodzi o wycieczki, zawody, dodatkową aktywność. Do tego dochodzą inne dyscypliny, piesze wędrówki, mnóstwo, mnóstwo aktywności.
Norwegowie? Dokładnie tak samo. Od najmłodszych lat. Mawia się u nich w kraju, że „nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania” i uczy tego już przedszkolaki, które właściwie codziennie wychodzą na zewnątrz, nawet jak pada. Jasne, ekstremalne zjawiska zatrzymują je w środku, w sali, ale poza tym? Idźcie, bawcie się, szalejcie na placu zabaw, doglądani przez nauczycieli, ale raczej się w te zabawy niewtrącających.
I tak to działa też dalej. W szkole dużo jest WF-u, ale każdy może wybierać, co mu odpowiada. Częste są wycieczki poza budynek, zwykle piesze. Dzieci mają zrozumieć, że ruch, że sport są ważną częścią życia. Polubić się z nimi. Ale dla Norwegów – i Holendrów też – ważne jest jeszcze coś innego: że sport ma uczyć rzeczy, które przydadzą się i poza jego światem. Współpracy, systematyczności, skupienia uwagi i wielu, wielu innych.
– Masowość sportu wynika z tego, że dzieci biorą przykład z… rodziców. W weekendy wszystkie sklepy są praktycznie zamknięte. Od godz. 15:00 w piątek rozpoczyna się weekend i 60-70% rodzin wyjeżdża poza miasta – nad jeziora, w góry lub do domków „letniskowych” na jakieś aktywności. To się nazywa „hyta”. Dzieci od małego są wychowywane w przekonaniu, że ruch i sport jest nieodłączną częścią naszego życia – mówił na Weszło przed kilkoma laty trener Piotr Wykurz, pracujący właśnie w Norwegii. Opowiadał też o regularnie przepełnionych siłowniach, których i tak jest mnóstwo. O tym, że dzieciaki regularnie gdzieś wyjeżdżają (znów: ważny jest czynnik ekonomiczny), że rodzice często ruszają się razem z dziećmi.
I tu pojawia się pytanie: czy w Polsce to w ogóle jest możliwe? A jeśli tak – to kiedy?
Bo to nie kwestia zmiany nawyków. To kwestia zmiany sposobu myślenia. Całego, a przynajmniej dużej części społeczeństwa. To praca do wyrobienia częściowo w pokoleniach już dorosłych, ale zwłaszcza u młodych – szczególnie tych, co mają ledwie kilka lat. Praca dla przedszkolanek, nauczycieli i szkół. Praca dla rodziców. Praca dla edukatorów. Sęk w tym, że z tą pracą równocześnie muszą iść dodatkowe projekty. Musi iść infrastruktura. Zachęta do uprawiania sportu.
CZYTAJ: NIE BĘDZIEMY HOLANDIĄ. ALE MOŻEMY JĄ PODGRYZAĆ
Jeśli mówimy o tym, że dzieciaki wolą komputery, trzeba zastanowić się: jakie mają alternatywy? Nie wystarczy, że w małym mieście je boisko z krzywą murawą, trzeba te dzieciaki raz, że tam zabrać, a dwa – że jeśli to im się nie spodoba – pokazać im inne sporty, zachęcić, ale nie na siłę. Jeśli nie będą chciały grać w piłkę, pokazać kosza, potem siatkówkę, potem jeszcze coś innego. Dawać możliwości i uczyć je, że sport to nie tylko kwestia wygranej i przegranej, ale coś więcej.
Właściwie to może być sposób na poprawę wielu aspektów funkcjonowania. Środek pomocniczy prowadzący do celu, jakim jest właśnie to lepsze życie. Lepsze samopoczucie. Nie musisz być od razu Robertem Lewandowskim, Igą Świątek, Kamilem Stochem czy Jeremym Sochanem. Ważne, że się ruszasz. Po prostu.
Czy to jest w ogóle nasz sposób myślenia? Czy możliwe jest, że w Polsce będzie on powszechny?
Nie wiem. I samo to w sobie jest przykre.
Jaka jest nasza droga?
Nie ma co rozmyślać o specjalizacji w konkretnym sporcie, dopóki nie zachęcimy dzieci do sportu powszechnego. Ba, nie tylko dzieci – dorosłych też. Bo, jako się rzekło, dzieciaki biorą też przykład z rodziców, w domu podpatrują najwięcej wzorców. Trzeba inwestować w powszechność, wespół z inwestycjami w infrastrukturę (bo te powszechności sprzyjają), również taką, która do samego sportu teoretycznie ma się z dala – jak ścieżki rowerowe, bezpieczne i dobrze utrzymane. Jak place zabaw. Jak miejsca, gdzie dzieciaki mogą wyjść, spotkać się i pokopać piłkę choćby na dwa ustawione obok siebie plecaki.
Bo wiecie, można narzekać, że ta młodzież to tylko w domach siedzi, a jak nie w domach, to włóczy się po galeriach. Ale często trzeba zadać sobie przy tym pytanie: czy ta młodzież ma co poza domami robić?
W Norwegii i Holandii dzieciaki możliwości mają mnóstwo. A te kraje dostają przez to w efekcie sporo narybku w klubach. Narybku, który z czasem może – ale nie musi, nie ma presji! – zmienić się w mistrzów. A że przy okazji posiadają know how w dyscyplinach medalodajnych, no to efekty są, jakie są.
Dla nich wybitne.
U nas? Na razie nie. Sęk w tym, że brakuje nam nawet takich dyscyplin. Opłacalne byłoby pewnie dołożenie pieniędzy do wioślarstwa czy kajaków, ale tam też są już nacje z wielkimi tradycjami. Zimą radzimy sobie w skokach, ale to jedna z najbardziej loteryjnych konkurencji olimpijskich. Stąd dobrym rozwiązaniem wydaje się to, że inwestujemy w łyżwy (co daje zresztą efekty). A poza tym? Może jednak powinniśmy pozostać przy tej multidyscyplinaroności, dbać o nią i do niej zachęcać?
Może to nasza droga? A może w ogóle idziemy w złym kierunku, ale nie pod tym względem?
CZYTAJ: PUNKTUJEMY W WIELU SPORTACH. W ŻADNYM NIE JESTEŚMY POTĘGĄ
Bo prawda jest taka, że dla Norwegów i Holendrów medale olimpijskie są wypadkową całego systemu i zaszczepionej w nich kultury, w której sport jest ważną częścią życia. U nas? Często już wtedy, gdy dziecko ma dziesięć lat, myśli się o tym, czy zostanie wielkim sportowcem. I może dlatego przebijają się u nas tylko jednostki, które taką presję treningów i oczekiwań, odbierającą radość, wytrzymują.
Sport często nie jest dla nas drogą do lepszego życia, jest drogą do określonego celu, jakim są wygrane, tytuły i medale. Pytanie, jakie powinniśmy sobie postawić brzmi: czy to na pewno – przynajmniej w młodym wieku – odpowiednie podejście?
A jak już to pytanie sobie zadamy i znajdziemy odpowiedź, to – niezależnie od tego, jaka by ona nie była – warto byłoby mieć na ten sport jakiś plan. Taki odgórny, choćby zarys. Taki ponad podziałami, na kilka(naście) lat do przodu. Może, na przykład, do igrzysk, które ponoć chcemy organizować? Ważne, żeby w ogóle był.
Bo tego to u nas od dawna brakuje.
Fot. Newspix