Iga Świątek oficjalnie potwierdziła, że zakończyła starty w sezonie 2026. Nie zobaczymy więc Polki nawet w roli rezerwowej w trakcie WTA Finals, a jej ostatnim meczem pozostanie starcie z Mają Chwalińską w Wuhan. Jaki to był jednak rok dla naszej tenisistki? Trudny, to na pewno. Gdzie były jednak wzloty, gdzie upadki, które momenty okazywały się najważniejsze? Przeanalizujmy to wspólnie.
Iga Świątek i sezon 2026. Jak oceniać ten rok?
Iga Świątek w sezon 2026 wchodziła z pewnymi nadziejami. Przede wszystkim: że będzie lepszy niż poprzedni. Rok 2025 ostatecznie nie okazał się zły – wygrała przecież trzy turnieje, w tym Wimbledon, o którym od dawna marzyła, do tego triumfowała też choćby w niezdobytym wcześniej Cincinnati. To było odhaczenie kolejnych białych plam na mapie własnej kariery.
I to trzeba było docenić, na pewno.
Rok 2025 kończyła przecież Iga nadal jako druga rakieta świata, mając ponad 8000 punktów na koncie. Zdawało się jednak, że robiła to w dużej mierze nie za sprawą wybitnej gry – pomijając Wimbledon, gdzie była fantastyczna – a pomimo tych długich okresów słabszej dyspozycji. Generalnie jednak – wciąż się liczyła, wciąż była wysoko.
Rok 2026 skończy najpewniej w TOP 10 rankingu (chyba że czeka nas szaleńczy zryw Ivy Jović w samej końcówce), ale będzie mieć w zasadzie o połowę mniej punktów niż na koniec poprzedniego sezonu. Już to wiele nam mówi.
Czy jednak to cała prawda o tym sezonie? Zastanówmy się.
Główny obrazek, czyli Iga Świątek bezradna
Właściwie przez ponad pół roku obserwowaliśmy Igę Świątek, która była cieniem samej siebie. Nie to, że przegrywała mecze „nałogowo”, ale nie było w niej ani ognia potrzebnego, by nakręcić się w trudnych momentach, ani opanowania, które pomagałoby przez te trudne chwile przejść spokojnie. Mogła Iga wybrać jeden z tych dwóch elementów, ale tak się złożyło, że przez pierwszych kilka miesięcy na kortach trudno było dostrzec którykolwiek.
Zamiast tego była frustracja. Z frustracji wynikały błędy. Z błędów – przegrane gemy, sety i mecze.
Schemat w zasadzie się powtarzał. Jeśli tenisistka z czołówki stawiała opór, Iga w końcu pokonywała się sama, pomagała rywalce. Często było tak, że Polka grała seta, nawet dwa na poziomie, ale gdy trzeba było utrzymać nerwy na wodzy, no to pękała. Tak było z Coco Gauff w United Cupy, tak było z Belindą Bencić w tym samym turnieju, tak też było z Jeleną Rybakiną w Australian Open. Ta lista się ciągnie, podobnie jak wykaz porażek po wygraniu pierwszego seta, co w przeszłości Idze zdarzało się rzadko.
Do kwietnia Polka przegrała jednak aż cztery takie spotkania. Dopiero potem udało się tę sytuację zmienić i, co ciekawe, od tamtego czasu takiej porażki już nie zaznała.
Niemniej: początek sezonu był w zasadzie katastrofalny. W United Cup były dwie porażki, gdy przyszło do starć z mocnymi rywalkami. W Australian Open niezły set z Jeleną Rybakiną i katastrofalny drugi (aczkolwiek Kazaszka wygrała ten turniej, zaznaczmy). W Dausze ograła Igę Maria Sakkari, która, owszem, grała kapitalne zawody, ale Polka była faworytką. W Indian Wells Elina Switolina też to zrobiła – to akurat były dwa wyrównane mecze, jednak fakt, że Iga przegrywała w końcówkach, też miał swoje znaczenie.
Po prostu nie potrafiła Polka rozstrzygnąć na swoją korzyść meczów, które miały jakieś napięcie. Trzysetówek grała w całym tym sezonie 18, bilans ma idealnie równy: 9-9. Tyle że aż pięć z wygranych spotkań to ostatnie miesiące, od Wimbledonu włącznie. Do londyńskiego turnieju tej wspomniany bilans wynosił 4-8.
Odzywały się tu naczynia połączone, mianowicie: trudno było utrzymać Idze nerwy na wodzy. Skoro było trudno, to włączały się błędy. Skoro włączały się błędy, to tych nerwów było jeszcze więcej. Narastała frustracja, trudniej było na korcie, finalnie kończyło się to tak, że gdy przychodziły najważniejszych momentów meczów, to zdawało się, że Świątek głową tkwiła gdzieś czy to poza kortem, czy to skupiona na tym, że wyrzuca piłki, zamiast na rywalce i kolejne wymianie.
Takich meczów nie dało się wygrywać, po prostu.
Najważniejszy moment? Zmiana trenera
W końcu przyszło spotkanie, które przelało czarę goryczy. Tyle że ta czara napełniała się długo – i nie chodziło tylko o wyniki. Wyraźnie było widać, że Idze po prostu coraz gorzej współpracuje się ze swoim sztabem w tamtym układzie osobowym. Wim Fissette, trener, który doprowadził ją do wygranej w Wimbledonie, albo nie miał pomysłu, jak do Igi dotrzeć, albo to ona nie słuchała tego, co jej mówił.
W zasadzie w zależności od meczu czy turnieju – obie odpowiedzi wydają się poprawne.
I tak ten sezon trwał, aż do meczu z Magdą Linette. To była porażka najbardziej sensacyjna. Raz, że po Linette nikt nie spodziewał się tej wygranej nad Igą. Dwa, że Świątek od lat nie przegrała w pierwszym meczu, jaki rozgrywała w danym turnieju. Tak, jakimkolwiek w turnieju. W dodatku w Miami czuła się na ogół całkiem nieźle, a wcześniejszy występ w Indian Wells – choć zakończony porażką z Eliną Switoliną – wlał w serca fanów Polki mimo wszystko sporo nadziei, bo były tam też znakomite mecze z Marią Sakkari i Karoliną Muchovą.
A potem przyszedł wyjazd na Florydę, fatalna wtopa i, jak się okazało, koniec współpracy z belgijskim trenerem. Koniec, który w zasadzie nikogo nie zaskoczył, bo zapowiadało się na niego od naprawdę dawna. To po prostu, powtórzmy, była ta finalna kropla. Mecz, po którym Iga zrozumiała, że musi do tego dojść.
Więc doszło.
Zaskoczyła osoba nowego szkoleniowica, Iga postawiła bowiem na kogoś, kto raczej stał nieco z boku, obok tych najbardziej medialnych nazwisk. Natomiast miało to sens, bo Francisco Roig współpracował przez lata z Rafą Nadalem, a i specyfikę kobiecego tenisa zdążył poznać. To drugie, dlaczego istotne, wiadomo od razu. To pierwsze – no Igę przecież do Rafy się często porównuje, szczególnie pod kątem stylu gry, używania top spina, wybiegania i tak dalej.
Roig miał więc, tak się zdawało, przywrócić Igę do ustawień fabrycznych, sprawić, by zaczęła grać znowu w tym stylu, który gdzieś po drodze jej się zagubił, a co za tym idzie – odzyskała pewność siebie, regularność i inne rzeczy, których zaczęło jej ewidentnie brakować.
Czy to wyszło? Trudno powiedzieć.
To znaczy: na pewno widać, że Iga jest pewniejsza swego. Miała potem kilka meczów, które rozstrzygała na swoją korzyść, choć były trudne. Od zatrudnienia Roiga jej bilans to 30 wygranych i 10 porażek. Trzy do jednego. Wcześniej? 12 wygranych, 6 porażek. Dwa do jednego.

Good vibes, czyli Iga Świątek i Francisco Roig w Nowym Jorku. Fot. Newspix
Poprawiły się więc wyniki, była nawet seria 10 triumfów z rzędu. Jasne, zdarzały się wpadki – porażka z Martą Kostiuk na Roland Garros taką była (nie tyle przegrana, co jej styl, bo to znów był oddany drugi set), inną przegrana w pierwszym meczu w Bad Homburg, a ostatnio – porażki z Qinwen Zheng na US Open czy Elise Mertens w Pekinie, choć przy okazji obu Iga ponoć zmagała się już z urazem.
Natomiast dużo było też meczów świetnych. Więcej wygranych, więcej spotkań rozstrzyganych na swoją korzyść czy to za sprawą dużej przewagi, czy kontroli kluczowych momentów. Więcej spokoju, więcej Igi, która potrafiła odmienić losy seta czy meczu. To jeszcze nie te ustawienia fabryczne, Iga najlepsza, ale na pewno bliżej do tego, niż na początku sezonu.
Najlepszym dowodem na to – paradoksalnie – stał się akurat turniej, gdy Roiga nie było w boksie.
Jednak się da, czyli kanadyjski triumf
W Toronto okazało się, że praca z Roigem – nawet pod jego nieobecność – daje efekty. Po kiepskim okresie na trawie (porażka w pierwszym meczu w Bad Homburg i trzecia runda na Wimbledonie), Iga solidnie popracowała przed kortami twardymi. I wyszło, że nadal może grać na poziomie, na którym rywalizuje z najlepszymi, a nawet z nimi wygrywa.
Kanadyjski turniej był jednak tak naprawdę mniej istotny z powodu samego zwycięstwa w niej (choć, co warto podkreślić, było to nowe trofeum dla Igi), a bardziej przez to, jak Polka grała.
Meczem, który stał się potem tym kluczowym, było starcie z Martą Kostiuk. Ukrainka pokonała przecież Igę na Roland Garros, w „jej” turnieju. W Toronto też znakomicie zaczęła, w pierwszym secie było 6:3 dla niej. I to był pierwszy od dawna, naprawdę dawna mecz, w którym Iga taki moment odkręciła i to odkręciła po całości. Od początku drugiego seta, do samego końca spotkania, grała spotkanie na swoich warunkach.
Mniej psuła. Rozdawała karty. Dyktowała tempo i kierunki wymian. Kostiuk nagle była bezradna. Od dawna nie widzieliśmy Igi w takim wydaniu. Wcześniej w całym sezonie odwróciła tak tylko dwa mecze – z Evą Lys w United Cup i Darią Kasatkiną w Dausze. A przy całym szacunku dla obu, to rywalki jednak słabsze od Marty Kostiuk. Szczególnie w tym sezonie.
Spotkanie więc odwrócone w takim stylu, stało się oznaką tego, że coś w grze Igi – i w jej nastawieniu – faktycznie drgnęło. Drugiego seta wygrała przecież 6:2, trzeciego 6:1. To był dowód numer jeden. Drugi przyszedł w półfinale, gdy naprzeciwko niej stanęła Elina Switolina. Ze starszą Ukrainką grała w tym sezonie dwa razy i dwa razy przegrała po zaciętych spotkaniach. Tym razem wygrała pierwszego seta, ale w drugim oberwała 1:6.
Iga z początku sezonu już by w tym momencie padła, oddała to spotkanie. W Toronto jednak była to inna Świątek.
Trzeci set padł jej łupem, 6:3. I znów była to w największej mierze jej własna zasługa, nie pochodna gorszej gry rywalki. To Świątek była na poziomie, na który Switolina po prostu nie zdołała się wspiąć. A w finale Iga odprawiła – zmęczoną, bo zmęczoną – Jelenę Rybakinę. Wpadło trofeum, nie było pustego sezonu.
Jasne, potem nie udało się już nic wygrać. Ale Toronto było i pozostaje dowodem na możliwości polskiej tenisistki. I na to, że ta droga obrana z Francisco Roigem wiedzie w dobrą stronę.
Choć do przejścia pozostało pewnie jeszcze wiele kroków.
Poszukiwanie regularności. Czy kolejny sezon ją da?
Tego, czego Idze Świątek brakuje, to właśnie takich turniejów jak w Toronto, ale więcej. Ba, właściwie: takich turniejów jak w Cincinnati. To też prawdziwe stwierdzenie. Tam pojechała po Kanadzie, zagrała dobrze, dotarła do półfinału, w nim okazała się odrobinę gorsza od Jessiki Peguli. Ale to były zawody na poziomie, było kilka wygranych, była też porażka z rywalką w formie, którą dało się zaakceptować.
Wiadomo, w skali dawnej Igi wszyscy chcieliby, żeby stale wygrywała.
Okoliczności się jednak zmieniły. Teraz trzeba regularności. A z tą problemy były wielkie. Najdłuższa seria zwycięstw Igi z tego sezonu, to właśnie 10 meczów na przełomie Toronto i Cincinnati. Poza tym? Cztery mecze w Rzymie, gdzie też dotarła do półfinału i tyle samo w Australian Open, to z kolei dało 1/4 tego turnieju. Innymi słowy: Iga tylko cztery razy (jeszcze kończące sezon Wuhan) w tym sezonie była w półfinale jakiegokolwiek turnieju!
Raz w maju, dwa razy w sierpniu, no i w październiku, na sam koniec. Nic w pierwszych miesiącach, potem z rzadka. Kiepsko było też w Szlemach – ćwierćfinał na start w Australii, potem IV, III i znów IV runda. To zdecydowanie najgorszy pod tym względem sezon Igi w tourze, nie licząc debiutanckiego (2019). W ogóle zresztą niemal pod każdym względem ten 2026 rok to sezon najgorszy poza debiutanckim właśnie.
Sama Iga o tym wie. W poście w social mediach pisała dziś:
„To był jeden z najbardziej wymagających sezonów w mojej karierze – pełen wyzwań, zmian i lekcji, z których wiele wyniosłam. Jestem szczególnie dumna z pracy, jaką wykonaliśmy w drugiej połowie roku oraz z postępów, które osiągnęłam. Daje mi to ogromną pewność co do tego, co przede mną. Ostatnie miesiące – a właściwie ostatnie lata – były niezwykle intensywne. Czuję, że potrzebuję odpoczynku, aby w pełni zregenerować organizm. I właśnie to zamierzam zrobić – tym razem poświęcę na to nieco więcej czasu”.
Wyświetl ten post na Instagramie
To słuszne podejście. To znaczy ta potrzeba odpoczynku. Iga długo była nie do zatrzymania, wszelkie urazy leczyła szybko, wracała na kort, wygrywała. Grała mnóstwo meczów! Serio. Kolejne jej sezony po pandemicznym 2020 roku wyglądają tak:
- 2021: 51 (36-15).
- 2022: 76 (67-9!).
- 2023: 79 (68-11).
- 2024: 73 (64-9).
- 2025: 81 (64-17).
- 2026: 58 (42-16).
Przez cztery sezony z rzędu Iga rozgrywała ponad 70 meczów. W sezonie, w którym teoretycznie długo jej nie szło – 2025 rozegrała ich najwięcej, bo 81. Możliwe, że to właśnie odbiło się w tym roku. Bo intensywność kobiecego tenisa jest większa niż kiedykolwiek wcześniej, organizm, nawet najlepiej przygotowany, w końcu dotrze do punktu, w którym powie, że potrzebuje przerwy i lepiej go wtedy posłuchać, bo gdy się tego nie zrobi, może też powiedzieć „dość”.
Obciążenia Igi były ogromne. Dla porównania, druga najlepsza tenisistka tej dekady, czyli Aryna Sabalenka, grała w ostatnich pięciu latach: 55 meczów (2022, kilka meczów zabrało jej tutaj to, że nie mogła zagrać w Wimbledonie), 69 (2023), 70 (2024), 75 (2025) i 58 (2026). W tym sezonie Aryna jeszcze kilka spotkań zapewne doda, choćby w WTA Finals, ale w każdym (!) z czterech poprzednich miała ich od Igi mniej. A to jej regularność często chwalono, o niej mówiono, że niezmiennie dochodzi w turniejach daleko, bo faktycznie tak było. A i tak grała od Igi mniej.
Fakt, że Świątek wytrzymywała to wszystko przez cztery pełne sezony jest niesamowity. Fakt, że teraz zanotowała sezon gorszy, może być połączeniem różnych czynników. Ale tego zmęczenia też – zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Takie musiało przecież w końcu nadejść.
Tak więc odpoczynek to dobry plan. Być może najlepszy. Odpocząć, potrenować, przygotować się do sezonu 2027. I zobaczyć, czy uda się odzyskać regularność, a wraz z nią – zwycięstwa i tytuły.
Bo ten sezon był słaby, jak na standardy Igi Świątek. Ale przecież nikt nie powiedział, że kolejny też musi taki być.
SEBASTIAN WARZECHA
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix