Gikiewicz: „Strzelają we mnie, bo jestem wyrazisty. I się klika”

Marcin Ziółkowski

20 stycznia 2026, 22:39 • 4 min czytania 2

Gikiewicz: „Strzelają we mnie, bo jestem wyrazisty. I się klika”

Rafał Gikiewicz w sezonie 2025/26 przeszedł już bardzo wiele. Został on zdegradowany z roli jedynki w Widzewie do numeru cztery w hierarchii bramkarzy. Nie było już dla niego miejsca w drużynie z Łodzi. Skorzystało z tego Zagłębie Lubin i były piłkarz klubów Bundesligi przeniósł się na Dolny Śląsk. Debiut w meczu przeciwko byłej drużynie pamiętany jest jednak z jego wielkiego błędu. W wywiadzie dla TVP Sport Gikiewicz wrócił m.in. do tej sytuacji.

Reklama

Błąd w Łodzi. Gikiewicz myślał o końcu kariery

Były bramkarz Augsburga i Unionu Berlin miał bardzo niefortunny debiut w nowych barwach. Zastępując kontuzjowanego Dominika Hładuna, otrzymał szansę w spotkaniu… z Widzewem, z którego dopiero co odszedł. 38-letni bramkarz nie popisał się w dogrywce i przepuścił strzał Bartłomieja Pawłowskiego z ponad trzydziestu metrów. Gol ten przesądził o odpadnięciu Miedziowych z Pucharu Polski. Gikiewicz przyznał, że po tym spotkaniu było z nim źle.

– Forma? Myślę, że jest okej (…) Możliwe, że potrzebny mi był lekki wpiernicz [po meczu z Widzewem w PP – przyp. red]. Jak spałem? Fatalnie, przez dwa czy trzy dni. Gorsze to było dla syna i żony, ale wiem, z czym to się je. Jestem wyrazisty, więc we mnie strzelają i to też się klika. Ja dostałem szansę po dwóch-trzech dniach, nie było to może optymalne, ale nic bym nie zmienił. Jestem po tym mocniejszy jako człowiek.

Reklama

Bramkarz przyznał też, że rozważał po tamtej sytuacji zakończenie kariery. Potrzebował trochę czasu, aby uspokoić głowę. Nie podjął jednak żadnej pochopnej decyzji, bowiem poczuł się potrzebny w szatni Zagłębia.

– Potrzebowałem parę tygodni. Miałem też w głowie, czy by nie iść do dyrektora Ulatowskiego i czy by nie skończyć. Ja lubię się uśmiechać, ale coś we mnie pękło po tym spotkaniu. Dostałem wiele wiadomości po tym meczu od kilku trenerów. Wiem, komu na mnie zależy – parę osób się też ode mnie odwróciło (…) Jestem łącznikiem między młodszymi a starszymi, sprawia mi to dużą przyjemność i nie zamierzam kończyć.

 – Rozważałem rozwiązanie umowy i powrót do rodziny do Warszawy (…) Myślę jednak, że nie jesteśmy gotowi na to, by siedzieć w domu. Nie byłoby pewnie tych 17 lat razem, jakbym siedział 24 godziny na dobę w domu (śmiech). Jak odpocząłem dwa i pół tygodnia w Warszawie, to zatęskniłem za szatnią. Tu się czuję potrzebny.

Sytuacja w jego byłym klubie znacząco się zmieniła, zwłaszcza pod kątem finansowym. Robert Dobrzycki inwestuje wiele milionów złotych w rozwój Widzewa. Nie zabrakło tego tematu w rozmowie.

Przesiedli się z Fiata 126P do Maserati i pędzą (śmiech). Pytanie, czy ta prędkość na autostradzie doprowadzi ich do celu, jakim jest Puchar Polski. Polska liga jest tak nieprzewidywalna i na swój sposób dziwna, że GKS Katowice może zrobić niespodziankę, bo to jest jedno spotkanie. (…) Tacy ludzie jak pan Dobrzycki są potrzebni w polskiej piłce, bardzo to szanuję – oni teraz potrzebują pucharów w gablotach.

– Na pewno ci, których ściągnięto, nie byli na takim poziomie, abym stal się nagle z numeru jeden numerem cztery i zrobiono ze mnie kozła ofiarnego. To są decyzje klubu, niektórzy biorą za to pieniądze (…)  Mam tam znajomych i przyjaciół, będę się cieszył z ich sukcesów, ale chciałbym, by Zagłębie skończyło wyżej, bo to będzie znak, że nie tylko pieniądze grają w futbolu.

Gikiewicz po cichu marzy o tym, aby Zagłębie powtórzyło historię Leicester City z sezonu 2015/16. A co jest głównym celem Miedziowych?

– Abyśmy wygrali z Katowicami. Będzie wtedy 11 punktów nad strefą spadkową. Jak dobrze ruszymy, to będzie flow. Leicester potrafiło zrobić psikusa, a ja tego bym bardzo chciał, wielu nas skazywało na spadek. Jak zostanie nam 5-6 kolejek do końca, to będziemy rozmawiać o celach.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

2 komentarze

Człowiek urodzony w roku stulecia swojego przyszłego ulubionego klubu. Schodzący po czerwonej kartce Jens Lehmann w Paryżu w finale Ligi Mistrzów 2006 to jego pierwsze piłkarskie wspomnienie. Futbol egzotyczny nie jest mu obcy. Przykład? W jednej z aplikacji ma ustawioną gwiazdkę na tajskie Muangthong United, bo gra tam niejaki Emil Roback. Inspiruje się Robertem Kubicą, Fernando Alonso i Ottem Tanakiem, bo jest zdania, że warto dać z siebie sto i więcej procent, nawet mimo niesprzyjających okoliczności. Po szkole godzinami czytał o futbolu na Wikipedii, więc wybudzony nagle po dwóch godzinach snu powie, że Oleg Błochin grał kiedyś w Vorwarts Steyr. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem na odcinek specjalny Rajdu Safari, ale nigdy nie grał w Colina 2.0. Na meczach unihokeja w szkole średniej stawał się regenem Lwa Jaszyna. Esencją piłki jest dla niego styl rodem z Barcelony i Bayernu Flicka, bo Zdenek Zeman i jego podejście to życie, a posiadanie piłki jest przehajpowane

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama
Reklama