Może jednak Atletico w końcu coś wygra? Barcelona odpalona z LM!

Szymon Janczyk

14 kwietnia 2026, 23:33 • 4 min czytania 14

Reklama
Może jednak Atletico w końcu coś wygra? Barcelona odpalona z LM!

Ten mecz był naładowany energią jak kubek smolistej parzuchy sprowadzanej prosto z Kapsztadu. Tyle że nawet południowoafrykańska black insomnia nie pobudzi nikogo tak, jak sunąca z kolejnymi atakami Barcelona, która balansowała na krawędzi odpadnięcia z Ligi Mistrzów. Oraz odpowiadające jej Atletico z ciążącą nad nim presją przedostatniej szansy na wygranie czegoś po raz pierwszy od pięciu lat.

Reklama

Przedostatniej jednak tylko w teorii. Bo niby za parę dni finał Copa del Rey, ale wiadomo, że gdyby Atletico roztrwoniło przewagę i pożegnało się z Champions League, mało kto patrzyłby tęsknym wzrokiem na trofeum za Puchar Hiszpanii. Od pewnego momentu sezon był przecież podporządkowany temu, żeby dać sobie szansę na historyczny triumf w najważniejszych klubowych rozgrywkach świata.

I plan Atletico, plan Cholo Simeone, wciąż jest na stole, możliwy do zrealizowania.

Clement Lenglet zapomniał, że już nie gra w Barcelonie. Jak Batory w porcie…

Mimo pewnych turbulencji, perturbacji, które odnotować trzeba. Bo plan na pewno nie zakładał dwójki w plecaku przed trzydziestą minutą gry. Dość szybko okazało się, że Clement Lenglet nieprzypadkowo został z Barcelony odesłany z tobołkiem w świat. I dlaczego po tym, jak ten tobołek rozpakował w Madrycie, nie pełni istotnej roli w Atletico. Francuski stoper sprezentował pierwszego gola rywalom w sposób iście paradny. Z piłką przy nodze odwrócił się z gracją Batorego w porcie, po czym bez namysłu postanowił wycofać piłkę do bramkarza.

Przez myśl mu nawet nie przeszło, że w trakcie tego powolnego manewru za plecami wyskoczy mu nieco sprawniejszy, sprytniejszy i szybszy Lamine Yamal, który wspomniane podanie przeciął, a następnie został obsłużony przez Ferrana Torresa, pod którego nogi akurat spadła piłka.

Reklama

Lengletowi zostało podrapać się po głowie i wtedy, i dwadzieścia minut później. Co prawda od momentu feralnej wpadki starał się grać tak bezpiecznie, jak to możliwe, ale za drugim razem przeciwnik wykorzystał po prostu to, że Francuz kiepsko broni. Radar sympatycznego Clementa nie wykrył obiektu znajdującego się dokładnie przed jego twarzą. Obiekt miał siódemkę na koszulce, przyjął piłkę, obrócił się z nią – co dla trójkolorowego Batorego oznacza od razu wyrok śmierci w jakimkolwiek pojedynku – i zapakował z ostrego kąta.

Reklama

Juan Musso utrzymał Atletico w grze. Ademola Lookman wykorzystał swoją szansę

Szczęściem francuskiego frachtowca był fakt, że za jego plecami wił się Juan Musso. Wił się, bo Musso wyciągał praktycznie wszystko. Dwie sztuki w sieci to nic przy:

  • świetnie wybronionym strzale Yamala w pierwszej minucie,
  • powstrzymaniu Daniego Olmo w sytuacji sam na sam,
  • GENIALNEJ paradzie po strzale głową Fermina (choć przy okazji skasował go tak, że wielu dopatrywało się w tym kontrowersji, potencjalnego karnego)
  • przytomnej interwencji w sytuacji, gdy piłka myląco odbiła się od Griezmanna.

To Musso utrzymywał Atletico w grze przez cały ten czas, gdy Simeone próbował skutecznie wmówić nam wszystkim, że nie ma powodów do paniki, pokazując rękami: calma, spokojnie. Wszystkie cztery kapitalne parady miały miejsce przed wyczekiwaną odpowiedzią Atletico. To ona, nie gesty Cholo, faktycznie uspokoiła sytuację. Lookman polował na to, co zrobił, od początku. Kontratak, sprawna ucieczka kryjącemu go rywalowi i można było dostawić szuflę do znakomitego podania.

Reklama

Drugi mecz, druga czerwona kartka. Barcelona sama zabrała sobie szansę

Barcelona nie zwolniła, szarpała. Strzeliła gola numer trzy, Ferran Torres mógł mieć swój dublet, ale nie było żadnych wątpliwości, że w momencie podania był na spalonym. I nawet to, że piłkę przeciął rywal, że ostatecznie trafiła pod jego nogi dość przypadkowo, nie mogło sprawić, że ten gol zostanie uznany.

Karnego szukano nie tylko w przypadkowym kopnięciu Fermina po paradzie bramkarskiej, ale przede wszystkim w sytuacji, w której Dani Olmo został powalony w polu karnym. Będzie więc wymówka, będzie temat do dyskusji. Tyle że lepiej byłoby zająć się tym, jak to możliwe, że drugi raz w dwumeczu Atletico zaorało Barcelonę w taki sam sposób. Chciałoby się powiedzieć, że zmianą, która odmieniła mecz, było wejście Roberta Lewandowskiego. Tylko to nie on, to inny rezerwowy napastnik rozstrzygnął sprawę awansu.

Alexander Sorloth tym razem gola nie strzelił. Wystarczyło jednak, że tak ruszył za linię obrony, że uniknął spalonego i sprawił, że Eric Garcia go sfaulował. Oznaczało to ni mniej, ni więcej – kolejną czerwoną kartkę. Obydwa mecze z Atletico Barcelona kończyła w dziesiątkę. Na własne życzenie. Nie ma co się dziwić, że w takich okolicznościach Diego Simeone ponownie wyautował ich z gry o uszaty puchar.

Reklama

Atletico Madryt — FC Barcelona 1:2 (1:2)

  • 0:1 – Lamine Yamal 4′
  • 0:2 – Ferran Torres 24′
  • 1:2 – Ademola Lookman 31′

CZYTAJ WIĘCEJ O LIDZE MISTRZÓW NA WESZŁO:

fot. Newspix

14 komentarzy
Szymon Janczyk

Liczby, transfery i reportaże. Dobrych historii szukam na całym świecie - od koła podbiegunowego po Rijad. Na Weszło od lat staram się przekazać, że polska piłka też jest ciekawa.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama