Gdzie som transfery? O łudzeniu się bez ryzyka || PrzeMyślenia #4

Przemysław Michalak

18 sierpnia 2026, 19:18 • 6 min czytania 0

Reklama
Gdzie som transfery? O łudzeniu się bez ryzyka || PrzeMyślenia #4

Urlop był udany, dziękuję. Poplażowałem z rodzinką, odpocząłem, trochę odciąłem się od piłki. Trochę, bo jednak wieczorami meczów oglądałem sporo – zaczynając od czwartku. W niedzielę zakładałem ambitnie, że zobaczę wszystkie trzy spotkania Ekstraklasy, bo akurat idealnie zbiegło się to z czasem naszego powrotu, ale internet na węgiel w pociągu pokrzyżował część planów. Niezmiennie bawią mnie przewidywania, że już wkrótce streaming w transmisjach na żywo wyprze tradycyjną telewizję. Wystarczy ruszyć w Polskę, żeby przekonać się, że w wielu miejscach wciąż jest olbrzymi problem z płynnym dostępem do sieci opartym na transmisji danych, a przecież i tak nasz kraj pod tym względem wypada lepiej niż wiele państw Unii Europejskiej. Jeszcze długo przy transmisjach nic nie zastąpi telewizji linearnej.

Reklama

Koniec końców ani przez minutę nie oglądałem tylko starcia Piasta Gliwice z Wieczystą Kraków, ale jednak zbyt duża część pozostałych meczów przeciekała mi przez palce i była dodatkiem w tle do innych czynności, żebym teraz szczegółowo się na ich temat wymądrzał.

Wspominałem, że odcinałem się nieco od piłkarskiej bieżączki, ale jak już do niej zaglądałem, interesował mnie głównie jeden temat: transfery. Nie wiem, czy też tak macie. Dla mnie to niezmiennie jeden z najbardziej ekscytujących elementów całego uniwersum. Ba, jeszcze jakiś czas temu powiedziałbym, że nic mnie bardziej w piłce nie kręci niż rzeczy transferowe. Dziś chyba już mogę powiedzieć, że nabrałem do nich odrobiny dystansu. Mimo to nadal w okresie czerwiec-wrzesień i grudzień-luty często traktuję je jako temat numer jeden.

Nic nie ciekawi nas bardziej niż transfery w polskiej piłce

Liczby potwierdzają, że nie jestem sam. Wierzcie lub nie, ale gdy zerka się w statystyki wyświetleń na stronie za tydzień lub miesiąc, najczęściej na szczycie listy są newsy czy wręcz newsiki transferowe dotyczące polskiej piłki, a zwłaszcza Ekstraklasy. To nie musi być coś o Legii czy Lechu. Wystarczą wieści, że Radomiak wyciąga kolejnego asa z drugiej ligi portugalskiej, albo Motor Lublin interesuje się jakimś typem z ligi serbskiej. Zawsze się sczyta.

Krótko mówiąc, nic nie grzeje ludzi bardziej niż polskie mercato.

Reklama

Allahyar Sayyadmanesh podczas prezentacji w Lechu Poznań

Allahyar Sayyadmanehs podczas prezentacji w Lechu Poznań. 

Dlaczego? Moim zdaniem dlatego, że w tej rzeczywistości co kilka miesięcy możemy się na nowo łudzić i rozbudzać nadzieję, że dojdzie do zmiany na lepsze. Nieważne, że już kilka razy nie wyszło. Tym razem się uda. Z punktu widzenia obserwatora nic to nie kosztuje i nie jest obarczone żadnym namacalnym ryzykiem. W prawdziwym życiu uleganie złudzeniom czy nabranie się potrafi słono kosztować. Jeśli wejdziemy w niepewny biznes, możemy się finansowo zbierać latami. Jeżeli ulokujemy uczucia w niewłaściwej osobie i wejdziemy w taki związek, możem być poranieni do końca życia. Tutaj kibic na starcie otrzymuje zastrzyk endorfin, który nie wiąże się z realnymi konsekwencjami. W najgorszym razie rozczarujemy się, że gość miał być dobry, a nie był, ale przecież za chwilę otwiera się następne okienko i zabawa zaczyna się od początku. Prawdziwe ryzyko podejmują tylko ci, którzy wykładają pieniądze i firmują to swoją twarzą.

Gdy przychodzi nowy piłkarz, człowiek jakoś odruchowo chce wierzyć – chyba że CV naprawdę mocno zniechęca na starcie – że jest on dobry i da więcej jakości niż ci, którzy już tu są. Chętniej dostrzega się potencjalne plusy w jego historii i szuka pozytywnych punktów zaczepienia, za to sygnały ostrzegawcze możliwie najmocniej umniejsza. Potęguje to świadomość, że skauting w naszych klubach się rozwija i zawodnicy coraz częściej są sprowadzani w sposób świadomy, profilowo, pod konkretny model gry. Nie wspomnę już o szybko rosnących wydatkach na te zakupy, co przynajmniej teoretycznie powinno gwarantować wyższy poziom. Teoretycznie, bo jak już wiadomo, wydawanie dużej kasy to też sztuka. Bez wyczucia w tej materii sprowadzisz Rajovicia za 3 mln euro, podczas gdy gole strzelają ci Polacy wyciągnięci z konieczności z 1. Ligi.

Reklama

Poprzeczka się podnosi, coraz trudniej o efekt „wow”

Trudno w pełni nad tym mechanizmem wyjściowego optymizmu zapanować, choć nie jest to żelazna reguła. Kiedy Śląska Wrocław sprowadzał Kennetha Zohore, nie dało się patrzeć na ten ruch przychylnym okiem. Co z tego, że facet parę lat wcześniej pokopał w Premier League i kosztował blisko 9 mln euro, skoro przez dwa wcześniejsze sezony praktycznie nie grał i nie odbudował się nawet „u siebie” w Odense. Praktyka potwierdziła każdą wątpliwość i obawę. Benjamina Mendy w Pogoni Szczecin siłą rzeczy generował mnóstwo znaków zapytania. Rajović czy Bukari również już na wstępie kazali się zastanawiać, o co tu chodzi. Wszystko więc ma swoje granice.

Mileta Rajović

Co nie zmienia faktu, że najwyraźniej masowo lubimy te transferowe obiecanki-cacanki. Najlepiej, żeby chodziło o kogoś jeszcze zupełnie niesprawdzonego na polskich boiskach, za to przynajmniej z epizodami w poważniejszym graniu i nie w wieku emeryta. Wtedy adrenalinka jest największa, bo zawodnik ma całkowicie czystą kartę, można sobie na jego temat wyobrazić wszystko i dopiero później krok po kroku przekonujemy się, co jest prawdą, a co nie. Gdy mamy do czynienia z nazwiskiem już poznanym, moc działania tego zjawiska bywa ograniczona. Przynajmniej z punktu widzenia neutralnego obserwatora ligi, bo być może kibice Pogoni Szczecin z pełną świeżością jarali się przyjściem Darko Czurlinowa, a fani Jagiellonii tak samo od wczoraj przeżywają wypożyczenie Ousmane’a Sowa, czyli postaci, których wady i zalety już znamy.

Im jednak człowiek starszy, tym mniej postrzega wszystko co zagraniczne w piłce jako lepsze. Z 15 lat temu do rozbudzenia wyobraźni wystarczał czyjś epizod w Eredivisie czy lidze belgijskiej, dziś nawet regularne występy na takim poziomie niekoniecznie rozpalają kibicowskie umysły w momencie „comunicado oficial”. Poprzeczka się podnosi, kupowany piłkarz musi mieć za sobą coraz ciekawszą przeszłość, żeby od pierwszego dnia wywoływać efekt „wow”.

Reklama

Trochę innym przypadkiem są powroty reprezentantów Polski, których mamy prześwietlonych na wylot. Kamil Grosicki wracający do Pogoni to była wielka sprawa dla każdego, kto śledzi ligę. Rok temu trudno było nie wyczekiwać z zainteresowaniem, co do zaproponowania mają Kacper Urbański i Kamil Piątkowski. Teraz dużym wydarzeniem jest ponowna obecność w Ekstraklasie Karola Świderskiego, choć już widzimy, że nie będzie mu łatwo zabłysnąć. I coraz częściej przekonujemy się, że nawet aktualni kadrowicze mają problemy, aby z przytupem witać się po latach z Ekstraklasą. Na swój sposób jest to budujące.

Karol Świderski podczas meczu Wisła Płock Widzew

Najwięcej na potrzebie uczestniczenia w tym festiwalu mniejszych lub większych złudzeń tracą wychowankowie i chłopaki z niższych lig. Kibice wrzucający posty z memem „gdzie som transfery?” rzadko zostaną udobruchani informacją o przyjściu zawodnika wyróżniającego się szczebel czy dwa niżej. A już zupełnie emocji nie wzbudza komunikat, że jakiś nastolatek z akademii został włączony do kadry pierwszej drużyny. Tu po prostu na wstępie nie obiecuje nam się garnka złota na końcu drogi. Warto jednak pamiętać, że takie ruchy są niezbędnym elementem tego ekosystemu, a i nowsza, i starsza historia pokazuje, że nasze kluby niezmiennie najgrubszą kasę zarabiają na sprzedaży Polaków. Zdarzają się wyjątki typu Ante Crnac czy Ernest Muci, ale trend się nie zmienia.

Zostały nam trzy tygodnie letniego okienka. Jeszcze co najmniej kilka razy serce mocniej zabije, gdy któryś klub ogłosi nazwisko nowego piłkarza. Również dzięki temu mimo upływu lat udaje mi się zachować świeżość i entuzjazm w tak intensywnym obcowaniu z naszą piłeczką. Z tego chyba już nie da się wyleczyć. Zresztą, niespecjalnie mam na to ochotę.

Reklama

fot. Newspix/FotoPyK/Accredito/Lech Poznań

0 komentarzy
Przemysław Michalak

Jeżeli uznać, że prowadzenie stronki o Realu Valladolid też się liczy, o piłce w świecie internetu pisze już od dwudziestu lat. Kiedyś bardziej interesował się ligami zagranicznymi, dziś futbol bez polskich akcentów ekscytuje go rzadko. Miał szczęście współpracować z Romanem Hurkowskim pod koniec jego życia, to był dla niego dziennikarski uniwersytet. W 2010 roku - po przygodach na kilku stronach - założył portal 2x45. Stamtąd pod koniec 2017 roku do Weszło wyciągnął go Krzysztof Stanowski. I oto jest. Najczęściej możecie czytać jego teksty dotyczące Ekstraklasy – od pomeczówek po duże wywiady czy reportaże - a od 2021 roku raz na kilka tygodni oglądać w Lidze Minus i Weszłopolskich. Kibicowsko nigdy nie był mocno zaangażowany, ale ostatnio chodzenie z synem na stadion sprawiło, że trochę odżyła jego sympatia do GKS-u Tychy. Dodając kontekst zawodowy, tym chętniej przyjąłby długo wyczekiwany awans tego klubu do Ekstraklasy.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Bundesliga

Jamal Musiala zasłabł już drugi raz w ciągu kilku dni. Nie brzmi to dobrze…

Wojciech Piela
5
Jamal Musiala zasłabł już drugi raz w ciągu kilku dni. Nie brzmi to dobrze…

Ekstraklasa

Reklama
Ekstraklasa

Cracovia odniosła się do medialnych doniesień. Co ze sprzedażą klubu?

Mikołaj Duda
13
Cracovia odniosła się do medialnych doniesień. Co ze sprzedażą klubu?