Gdy uwierzysz, że jest dobrze, Iga Świątek znów przegrywa ze sobą

Sebastian Warzecha

13 marca 2026, 01:56 • 4 min czytania 9

Reklama
Gdy uwierzysz, że jest dobrze, Iga Świątek znów przegrywa ze sobą

Przed dzisiejszym meczem z Eliną Switoliną, Iga Świątek zagrała dwa znakomite spotkania – z Marią Sakkari i Karoliną Muchovą. W obu grała pewnie, dobrze budowała punkty, przypominała momentami samą z siebie z najlepszych sezonów i meczów w karierze. Dziś wyszła na kort zagrać z Ukrainką, którą ograła w ich trzech ostatnich starciach. I od samego początku pokazywała, że to dzień, w którym nie czuje się dobrze na korcie. I choć wydawało się, że mimo tego może wygrać, to finalnie spotkanie przegrała.

Iga Świątek gorsza od Eliny Switoliny. Koniec Indian Wells dla Polki

Mecze z Sakkari i Muchovą dawały nadzieje, bo Iga Świątek była tam na korcie na ogół niewzruszona. To znaczy: nie przejmowała się swoimi pomyłkami. Nie krzyczała w stronę teamu, nie okazywała frustracji, nie dawała po sobie poznać, że błędy są dla niej dodatkowym ciężarem. Po każdym złym zagraniu wracała za końcową linię kortu i następną akcję grała tak, jakby ta poprzednia się nie wydarzyła.

Do tego sporo w jej grze było cierpliwości – akcje budowała z pomysłem, uważnie, niekoniecznie próbując „strzelać” na ich szybkie skończenie.

Reklama

A dziś – w starciu z Eliną Switoliną – było zupełnie odwrotnie.

Świątek miała szansę, ale nie udało się z niej skorzystać

I to „zupełnie odwrotnie” to powrót do tego, co znamy u Igi od dobrze ponad roku. Gra Świątek często tak bowiem w tym okresie wyglądała – sama się podpalała, nakręcała tymi negatywnymi zagraniami. Dziś zresztą regularnie spoglądała w stronę boksu i swojego zespołu (wydaje się, że okrzyki ze strony tegoż też nie pomagały), gestykulowała, wyrażała swoje niezadowolenie na wiele sposobów. Fakt, błędów faktycznie było sporo, gra się nie kleiła. Nie leżał serwis – zwłaszcza drugi, pierwszy był początkowo w miarę okej – forehand latał daleko za kort, backhand często w siatkę.

Tyle że Iga powinna dostrzec tu dwie rzeczy. Po pierwsze, że skoro mocne zagrania nie wchodzą, to trzeba postawić – jak w poprzednich meczach, tam to robiła! – na precyzję, ale ujmując z siły, zamiast próbować Switolinę zabić prędkością piłek, to zabieganiem z jednej strony kortu na drugą. A po drugie, że mimo gorszej postawy, jest jak najbardziej w grze. Pierwszego seta, owszem, przegrała 2:6, ale wiele gemów było wyrównanych, a była nawet w stanie przełamać Ukrainkę. Co decydowało o tym, że ostatecznie dostało jej się wysoko, to jej własne pomyłki.

Gdy w drugim secie je ograniczyła – nie znacząco, ale wystarczająco – to najpierw wyszła na prowadzenie 4:1, a kiedy je straciła, to i tak wygrała 6:4. Switolina też pokazywała, że to nie jest jej najlepszy dzień, że nie gra wybitnego tenisa. Sęk w tym, że Iga grała gorzej, a Elina potrafiła na dłuższą metę ograniczyć liczbę niepotrzebnych błędów. Może pomagało jej w tym większe doświadczenie, może to po prostu kwestia dyspozycji dnia – w każdym razie grając mecz z gatunku raczej tych kiepskich, Switolina była w stanie wchodzić na stabilny, niezły poziom.

Reklama

Idze tej stabilności – nie pierwszy raz w ostatnich latach – zabrakło. I to boli, bo mimo tego była o dwa gemy od wygranej. Ale przy stanie 4:4 w III secie, wyrzuciła kilka piłek, z czego dwie w wymianach, gdy wydawało się, że celne zagranie da jej punkt albo przybliży ją do niego w 90%. Przegrała gema na własne życzenie, a w kolejnym Switolina niemal wszystko rozstrzygnęła podaniem. I tak się to skończyło. Boli też jednak fakt, że ten mecz tak się potoczył ze względu na to, że poprzednie pokazały nam tę dawną twarz Igi.

Gdzie przyczyny tych skutków?

Coś jednak się z Polką dzieje na dłuższą, turniejową metę. Bo może nie było przypadku w tym, że najlepszy turniej w ostatnim sezonie zagrała wtedy, kiedy nikt na nią nie stawiał, czyli na Wimbledonie? I może nie jest przypadkiem, że potrafi grać świetne spotkania całkiem regularnie, ale gdy trafia na przeciwniczkę, która może sprawić jej problemy – zwłaszcza w dalszych fazach turniejów – to w jej grze „siada” nastawienie? Może jest tam wewnętrzna blokada? Może Iga sama się usztywnia, przeszkadza, wręcz zabrania sobie grać spokojnie i pewnie?

Reklama

A może przyczyna jest inna.

Może, może, może. Możliwe, że w Miami – gdzie teraz przeniesie się Polka – zobaczymy jej dobrą twarz na przestrzeni całego turnieju. Możliwe tez jednak, że przegra – podobnie jak w przypadku Indian Wells. Nie ma co do tej Igi ani grama pewności, niczego nie można zakładać. Najgorsze jest to, że tej pewności wciąż absolutnie nie ma też ona.

Takie mecze jak ten z Eliną Switoliną to pokazują – bo to nie spotkania, w których rywalka zrobiłaby wystarczająco wiele, by z Igą pewną siebie i swojej formy wygrać. Ale gdy Polce tej pewności brakuje, to te wygrane jej rywalek stają się rzeczywistością.

Przekonamy się z czasem, czy w tym sezonie przydarzy się wreszcie

Reklama

Iga Świątek – Elina Switolina 2:6, 6:4, 4:6

Czytaj więcej o tenisie na Weszło:

9 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Inne sporty