Reklama

Wielki Boruc, przeklęty Webb i pęknięty balonik. Polska, Beenhakker i EURO 2008 [REPORTAŻ]

Szymon Janczyk

Autor:Szymon Janczyk

09 czerwca 2024, 12:24 • 30 min czytania 48 komentarzy

Stadion Śląski jest jeszcze Kotłem Czarownic i eksploduje radością, gdy wygrywamy z Belgami. Na mistrzostwa nie jeździ pół Europy, ale akurat my mamy na nie bilet. Ebi Smolarek strzela częściej niż Cristiano Ronaldo i Lukas Podolski. Artur Boruc staje się bohaterem popkultury, a Leo Beenhakker wyskakuje nawet z lodówki, reklama banku z jego udziałem bije rekordy popularności. Witajcie w 2008 roku. Gdy uwierzyliśmy, że też możemy się rozsiąść wśród wielkich.

Wielki Boruc, przeklęty Webb i pęknięty balonik. Polska, Beenhakker i EURO 2008 [REPORTAŻ]

Selekcjoner był zdumiony, rozczarowany i lekko wkurzony. Lekko, bo Leo Beenhakker uchodził za ostoję spokoju. Paweł Golański powiedział nam, że Holender nigdy nie podniósł na nich głosu, nie krzyknął, nie zaserwował suszarki. Trener walnął jednak pięścią w stół na pierwszym zgrupowaniu.

W Odense zszokowało go, jak wygląda obóz biało-czerwonych od kulis. Odwiedziny, rozmowy, spotkania…

Panowie, fajnie, że dobrze się bawicie, ale moim celem jest awans z Polską na mistrzostwa Europy. Potrzebuję 25 zawodników, którym przyświeca ten sam cel. Wy tu przyjeżdżacie spotkać się z rodzinami, menedżerami, działaczami i znajomymi, musimy być bardziej profesjonalni — oznajmił kadrowiczom Leo.

Beenhakker od początku darzony był ogromną estymą, bo jego życiorys robił na kadrowiczach spore wrażenie. Gdy jednak mówił, że polska drużyna pojedzie na turniej do Austrii i Szwajcarii, wielu musiało pukać się w głowę. Biało-czerwoni jeszcze nigdy nie awansowali na EURO, w dodatku wpadli do prawdziwego kotła.

Reklama

Ranking Elo przed startem eliminacji wskazywał, że jesteśmy drugą najsilniejszą drużyną w grupie (1766 punktów, Portugalia – 1924), ale po piętach deptali nam Serbowie (1741) oraz Belgowie (1711). Gdyby kadra Leo nie załapała się na jedno z dwóch miejsc premiowanych awansem, nikt nie wieszałby na nim psów.

My jednak nie tylko wywalczyliśmy bilet na EURO, my tę grupę wygraliśmy. Nie przeszkodził nam nawet fakt, że na starcie eliminacji lanie spuścili nam Finowie.

Polska na EURO 2008. Historia sukcesu i porażki Leo Beenhakkera

Jeśli sukces rodzi się w bólach, to nas łamało w krzyżu i trzeszczało nam w kościach. Już w Danii z batalionu Beenhakkera zaczęły odpadać pierwsze nazwiska, negatywnie zweryfikowane w kontekście oczekiwanego poświęcenia się dla idei (Mirosław Szymkowiak, Sebastian Mila). Jeszcze większa burza przetoczyła się przez kraj po inauguracyjnej porażce z Finlandią. Holender wspominał później, że był to kluczowy moment selekcji. Z kadry wyleciał choćby Jerzy Dudek, co łączyło się z zarzutami o menedżerskie układy. Wszystko dlatego, że agentem Dudka był Jan de Zeeuw, czyli człowiek, który sprowadził Leo Beenhakkera do Polski i który był jego najbliższym współpracownikiem. Selekcjoner słyszał więc, że wystawia Dudka po znajomości.

Zagraniczny trener od samego początku mierzył się też z niechęcią nestorów polskiej trenerki, jak Antoni Piechniczek i Jerzy Engel. Holendra rzekomo miał przestrzegać przed tym i prezes Michał Listkiewicz (“mamy najgorszą prasę na świecie”) i Henryk Kasperczak (“obcokrajowiec dla działacza PZPN to synonim słowa ‘przestępca’ albo ‘wróg’”). Rodzimy beton uważał, że selekcjonerem kadry powinien być tylko i wyłącznie rodak, a wszelkie eksperymenty skończą się fatalnie.

Start Beenhakkera w połączeniu z występem Dudka, którego obwiniono o porażkę, stanowił pożywkę dla opozycji wobec szkoleniowca. Paliwo szybko się zresztą nie skończyło. Pierwsze oficjalne zgrupowanie zakończył remis z Serbami, po którym Bogusław Kaczmarek miał rzucić Leo, że „na szczęście jeszcze żyjemy”. Wojciech Kowalewski w książce „Moje najważniejsze 90 minut” przywoływał tamten okres:

Reklama

Jako zespół nie prezentowaliśmy się na treningach zbyt dobrze. Pamiętam doskonale pewną sytuację, gdzie w grze treningowej nie byliśmy w stanie wymienić trzech sensownych podań. Coś się w nas zacięło, coś trzeba było natychmiast zmienić, przede wszystkim w sferze mentalnej.

Przełom nastąpił po jeszcze jednym wyzwaniu. Wyjazd do Kazachstanu był męczarnią. Wydarte 1:0 nie było jednak mitem założycielskim. Tym stała się sytuacja z udziałem Mariusza Lewandowskiego, który po zmianie w trzydziestej minucie gry wściekł się nie na żarty i groził zakończeniem reprezentacyjnej kariery.

Odwiodła mnie od tego żona i koledzy, którzy się za mną wstawili. Myślę, że to nawet pomogło scalić grupę. Przeprosiłem trenera, powiedział, że to rozumie i temat jest zamknięty — wspomina Lewandowski.

Beenhakker wyściskał swojego podopiecznego na lotnisku, rzucił typowym dla siebie wulgarnym żartem: „fucking asshole!” i dystans między nim a kadrowiczami na dobre zniknął, co zwolniło blokady w ich głowach. Płomienne przemowy motywacyjne Leo przeszły do historii, a pierwszą, która przyniosła pożądany efekt, była ta, która natchnęła nas do ogrania Portugalczyków na Stadionie Śląskim w Chorzowie.

Po Kazachstanie spadła na nas fala krytyki, że graliśmy słabo, wygraliśmy szczęśliwie, ale finalnie: wygraliśmy. Portugalia rozjeżdżała wtedy wszystkich i pojawiały się obawy o to, jak to może wyglądać, skoro męczyliśmy się z Kazachstanem. Na odprawie Leo Beenhakker z ogromną pewnością siebie przekazał nam, że na papierze oni są lepsi, grają w dobrych klubach, ale to jest nasze dziewięćdziesiąt minut i mamy zagrać na maksa. Przekaz był bezpośredni, prosty, jednak każdy z nas wspiął się na wyżyny, bo Beenhakker był dla nas autorytetem — tłumaczy Paweł Golański.

Jan de Zeeuw opowiada nam, jak rozradowany Grzegorz Bronowicki ruszył do niego po meczu, pytając:

Widziałeś gdzieś Cristiano Ronaldo? Był na boisku? Ja go nie widziałem! – śmiał się od ucha do ucha lewy obrońca Legii Warszawa.

Grzegorz Mielcarski mówił później, że jego kumple z Portugalii pytali go, co się stało z naszą drużyną. Nawet wielki Deco nie dowierzał, że przeciwko nim zagrała ta sama ekipa, której grę wcześniej studiowali godzinami i – lekko mówiąc – nie byli pod wrażeniem.

Reprezentacja Polski przed EURO 2008. Problemy kadrowe, słabe sparingi, długie zgrupowanie…

Dziewiętnaście miesięcy później reprezentacja Polski rozpoczęła zgrupowanie w niemieckim Donaueschingen, które poprzedzało wyjazd na mistrzostwa Europy. Leo Beenhakker nad selekcją pracował od dawna, organizował obozy dla ligowców, zaglądając pod każdy kamień. Zapisywał nazwisko za nazwiskiem, cmokał nawet nad 24-letnim Kamilem Witkowskim, który błysnął w Cracovii. Przez test-mecze dla ligowców przewinęli się Sebastian Przyrowski, Tomasz Lisowski, Michał Goliński, Mariusz Pawelec czy Konrad Gołoś.

Beenhakker był chwalony za szukanie nieoczywistych nazwisk, bo naród wciąż był rozentuzjazmowany eliminacyjnym sukcesem opartym właśnie na takich osobach. Leo odebrał tytuł „Człowieka Roku Tygodnika Wprost”, wokół kadry powstał klimat wielkiego uniesienia. Problem w tym, że od historycznego awansu zbyt wiele osób chodziło chyba z głowami w chmurach. Niepokojącym sygnałem był marcowy sprawdzian z USA, kiedy w silnym składzie Amerykanie przejechali się po nas 3:0.

Nie sądźcie, że nasz poziom sięgnął zera, że wracamy do punktu wyjścia — apelował selekcjoner po tej wpadce. Jednocześnie wysyłał sygnał, że to majowy obóz ma być tym, na którym drużyna narodowa na dobre zyska jego stempel jakości, piłkarski sznyt.

W tle rozgrywały się wtedy różne historie. Z gry w reprezentacji Polski zrezygnował Radosław Sobolewski, którego Beenhakker uważał za filar składu, lidera na boisku i poza nim. Do formy nie zdążył wrócić Grzegorz Bronowicki. Problemy zdrowotne miał Jakub Błaszczykowski, a Felix Magath nie puścił Jacka Krzynówka na wypożyczenie, bo „Jaszek, jak to by wyglądało, jakbyś poszedł do Olympiakosu, do Ligi Mistrzów i byś tam grał, jak u mnie nie grałeś?”. Nieregularnie w Szachtarze występował Mariusz Lewandowski, wypożyczeniem do Larissy minut szukał Maciej Żurawski. Bramek w Hiszpanii nie strzelał natomiast Ebi Smolarek.

Szesnaście lat temu terminarz rozgrywek nie był jednak tak napięty i na szlifowanie formy zostało bardzo dużo czasu. Zgrupowanie w Niemczech rozpoczęło się dwadzieścia jeden dni przed pierwszym spotkaniem EURO, więc kadrowicze trenowali pod okiem selekcjonera o tydzień dłużej niż w przypadku drużyny Michała Probierza, która na przygotowanie się do Mistrzostw Europy 2024 ma dokładnie dwa tygodnie.

Kluczowe było to, jak ten czas wykorzystać. Beenhakker zaprosił do współpracy Michaela Lindemana, trenera przygotowania fizycznego, który miał w CV Tottenham czy szwajcarskie kluby. Jego zadaniem miało być indywidualne rozplanowanie pracy, w zależności od tego, jak pod kątem fizycznym wyglądają poszczególni zawodnicy. W pierwszym tygodniu reprezentacja pracowała nad kondycją, siłą i wytrzymałością, czym tłumaczono słaby wynik sparingu z Macedonią (1:1) oraz nieoficjalnego meczu z FC Schaffhausem (1:0).

Mariusz Lewandowski mówi nam jednak, że jego zdaniem zabrakło właściwego podejścia do zawodników.

Nie chcę krytykować, ale moim zdaniem zawiniły zbyt mocne przygotowania. Zwykle, gdy przyjeżdżaliśmy na kadrę, nie było wiele czasu, więc każdy był w formie z klubu, w gazie. Przed EURO mieliśmy natomiast długie zgrupowanie i potem zabrakło świeżości. Zawodnicy, którzy bazowali na technice, szybkości, dryblingu, nagle zatracili te atuty i nie potrafili ich pokazać. To dlatego, że nie było indywidualnego podejścia, wszyscy trenowali tak samo, a przecież w sezonie część grała więcej, część mniej, każdy potrzebował innego planu.

Nie za bardzo wiadomo więc, czy plan Lindemana był skuteczny. Z drugiej strony Holender pracował potem w Ajaksie i Fulham, a ostatnio pomagał Nuriemu Sahinowi w Antalyasporze, więc ciężko posądzać go o błędne podejście. Jan de Zeeuw mówi nam:

Wasi działacze nie akceptują niczego z zagranicy, dla nich to jest od razu złe. Lindeman od marca był w stałym kontakcie z klubami, wiedzieliśmy o każdym problemie. Dziennikarzom zawsze coś nie pasowało, nawet jazda rowerem na trening. Po każdym treningu wszystko analizowaliśmy, nawet suplementy i witaminy były dobierane indywidualnie, wszystko było badane. Zawodnicy byli z Leo w bliskich relacjach, mówili, gdy coś im dolegało. Komentarze wydawali ludzie, którzy tego wszystkiego nie widzieli i nie wiedzieli. Wcześniej w ogóle nie było trenera przygotowania fizycznego, odpowiadali za to Adam Nawałka i Dariusz Dziekanowski, którzy potem współpracowali z Lindemanem.

Tyle że na EURO obserwowaliśmy problemy, o których wspomniał Lewandowski, a nawet więcej. Zespół nękały urazy, skurcze i mięśniówki. Wojciecha Łobodzińskiego zatykało, Paweł Golański nie był w stanie rozegrać pełnego spotkania.

Atmosfera w drużynie nie była jednak napięta. Beenhakker próbował uniknąć efektu znużenia. Zabrał ich na tor wyścigowy, gdzie błysnął młody Radosław Majewski.

Dysponowaliśmy dobrym obiektem, a Leo Beenhakker chciał, żeby odpoczywała nam głowa, żeby było trochę wolnego czasu. Mieliśmy wypad na tor wyścigowy, wiąże się z nim barwna historia. „Maja”, Radosław Majewski, był wtedy świeżo po egzaminie na prawo jazdy i na torze wyścigowym używał kierunkowskazów, co zostało wyłapane. Dostał od nas nagrodę fair play!

Mimo że na koniec obozu biało-czerwoni nie mieli na koncie ani jednego przekonującego sparingowego występu, balon napompowany był do niebotycznych rozmiarów. Najlepiej świadczą o tym słowa z zapowiadającego turniej „Faktu”:

“Gdyby Polakom udało się pokonać Niemców [Beenhakker] zostałby bohaterem narodowym po raz drugi, chyba już dożywotnio. Może to przełomowy moment, po którym polscy piłkarze zaczną trafiać do wielkich klubów za olbrzymie pieniądze. A teraz niech marzą — najlepiej o złocie!”

Parę linijek niżej Włodzimierz Lubański trafnie zauważa, że martwi go wszechobecna euforia i niedocenienie Chorwatów czy Niemców…

Kontrowersyjne powołania, „pierdolony Jeleń” i Brzęczek robiący aferę o Kubę

Kiedy Holender ogłosił listę powołanych na turniej, część środowiska zaczęła drapać się po głowach. Nie wziął Grzegorza Bronowickiego, który nie zdołał się odbudować po kontuzji, zrozumiałe. Odstrzelenie Radosława Matusiaka, jednego z bohaterów eliminacji, też dało się wytłumaczyć: zdaniem Leo był on w fatalnej dyspozycji fizycznej. Radosław Majewski był jeszcze za młody, mało kto się nim przejmował. Pytania o sens powołań krążyły głównie wokół nazwisk: Adam Kokoszka, Michał Pazdan, Tomasz Zahorski.

Ten pierwszy był talentem, ale też zmiennikiem z Wisły Kraków. Ustępował pola Arkadiuszowi Głowackiemu, który na EURO nie pojechał. Efekt był taki, że w obliczu fatalnej formy Mariusza Jopa reprezentacja miała w zasadzie dwóch stoperów: Jacka Bąka i Michała Żewłakowa. Większe cięgi zbierał jednak Zahorski. Beenhakker regularnie słyszał, że zwariował, wieszcząc, że napastnik Górnika Zabrze wejdzie na „international level”.

Leo czepiano się, bo w tym samym czasie na takim poziomie byli już Ireneusz Jeleń i Artur Wichniarek. Jeden grał w Auxerre, drugi dwa lata z rzędu kończył sezon Bundesligi z dziesięcioma golami na koncie. Obaj nie pasowali Beenhakkerowi do koncepcji, ale selekcjoner dokładał do tego także teorię spiskową. Twierdził, że komuś zależy na wypromowaniu Wichniarka, dlatego media wciąż o niego pytają. Żurnaliście „Dziennika” rzucił nawet kiedyś:

Napiszcie, że jadę oglądać pierdolonego Jelenia!

Obaj pojawili się w końcu na kadrze, ale zgodnie żalili się później, że trener nie znalazł nawet minuty na rozmowę z nimi, co zupełnie nie pasuje do stylu pracy Beenhakkera. Wniosek był więc prosty: ich powołania były po to, żeby ludzie przestali kręcić nosem.

Na mistrzostwa do Austrii pojechał za to Roger Guerreiro, naturalizowany Brazylijczyk z Legii Warszawa. Leo był zadowolony, że sprawę udało się doprowadzić do szczęśliwego finału. Chociaż Roger zdołał zagrać tylko dwie „połówki” w sparingach, wiązano z nim duże nadzieje. Wiadomo, naszym chłopakom brakuje luzu, ale on ten luz już miał. Z dzisiejszej perspektywy zabawne wydaje się, że ratunku szukaliśmy u Brazylijczyka z Ekstraklasy, ale przejrzymy szybko listę klubów, z których Beenhakker powołał kadrę na EURO 2008.

  • Racing Santander
  • VfL Wolfsburg
  • Borussia Dortmund
  • Arsenal

Na tym kończy się zestaw drużyn z TOP5. Był jeszcze Tomasz Kuszczak z Manchesteru United, ale on wyleciał ze zgrupowania za złamanie regulaminu i spóźnienia (choć pierwotnie podawano, że winny był… uraz mięśnia pośladka). Ewidentnie nie mieliśmy czym straszyć, zwłaszcza że musimy jeszcze pomówić o formie wybrańców Holendra.

Wypadły nam trzy, cztery ofensywne elementy. Ebi Smolarek nie był tym samym zawodnikiem, co w eliminacjach. Maciej Żurawski był kontuzjowany, Radosław Matusiak pomagał nam w kwalifikacjach, ale nie był w stanie grać. Pamiętam, że poważnie zastanawialiśmy się, czy nie powołać Roberta Lewandowskiego, który wtedy grał jeszcze w Zniczu Pruszków — wyjaśnia Jan de Zeeuw.

W międzyczasie odnowił się jeszcze uraz podstawowego zawodnika i potencjalnego lidera zespołu, Kuby Błaszczykowskiego. W jednym ze sparingów złapał uraz i pojechał do szpitala. Wieczorem Beenhakker rozmawiał z lekarzem reprezentacji Polski.

– Doktor, on może grać w pierwszym meczu?
– Na pewno nie.
– Drugi?
– Ewentualnie, trzydzieści procent szans.

Leo powiedział mu wtedy: Kuba, jesteś taki młody, to jest duże ryzyko. Walcz o zdrowie, bo jeżeli złapiesz kontuzję, to Borussia Dortmund kupi kogoś innego i skończysz w Austrii jak twój wujek. Kuba to zaakceptował, o dziesiątej wieczorem przyszedł jeszcze do mnie do biura, ale rozumiał, że to za duże ryzyko. Na drugi dzień do hotelu przyjechał jednak Jerzy Brzęczek i załatwił spotkanie z Beenhakkerem. Narzekał, że lekarz jest niekompetentny, Leo się wkurwiał. Była wielka afera, trener chciał Błaszczykowskiego bronić — wspomina de Zeeuw.

Jerzy Brzęczek i Tomasz Hajto grają w siatkonogę w Austrii

Euro 2008. Niedosyt z Niemcami, Webb z Austrią – historia zawodu reprezentacji Polski

Rodak Leo wierzył jednak, że pierwsze spotkanie uda się wygrać. Mało tego: wierzyli w to także piłkarze. Wciąż żywy był u nich obraz meczu z Portugalią i wszystkich innych przeciwności losu, które przezwyciężyli.

Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie mamy łatwiej grupy. Chorwaci, Niemcy, współgospodarze… Po wyniku, który osiągnęliśmy w eliminacjach, myśleliśmy jednak, że możemy powalczyć. Uważam, że byliśmy dobrze przygotowani i niewiele brakowało, żebyśmy zakończyli ten turniej z lepszym wynikiem — mówi Golański.

Niewiele brakowało to słowa, którymi można opisać pierwszą sytuację meczu inaugurującego dla nas turniej. Jens Lehmann piąstkuje piłkę na szesnasty metr, Jacek Krzynówek składa się do kolejnego atomowego uderzenia lewą nogą. Nie trafia, fatalnie pudłuje. Jan de Zeeuw nie mógł w to uwierzyć.

Najważniejsze jest podejście psychologiczne. Leo wielokrotnie z nimi rozmawiał. Mówił Bronowickiemu: – Kto to jest Ronaldo? Ma tego samego Boga. Ojca ma innego, bo jest z Portugalii, ale to tyle. Chłopaki poprzez takie detale zyskali wiarę, że nie jesteśmy gorsi. Byłem pewien, że wygramy z Niemcami, oni się nas bali. Na EURO w grę weszły jednak inne elementy. Krzynówek i Żurawski zmarnowali sytuacje, które zwykle wykorzystują. Rozmawiałem z Jurkiem Dudkiem: – Na sto takich piłek Krzynówek dziewięćdziesiąt dziewięć trafia! Odpowiedział mi, że wszystko zmienia presja. Helikopter odprowadzał nas na stadion, jechaliśmy zamkniętą autostradą, pełne trybuny… W innym meczu Krzynówek strzeliłby tę bramkę, ale wtedy zdecydowała presja. Wytrzymują ją tylko najlepsi.

Wśród kadrowiczów dominuje wspomnienie wyrównanej potyczki z Niemcami, ale co z tego, że oddaliśmy tylko trzy strzały mniej, skoro większość to uderzenia z dystansu, podczas gdy sąsiedzi zza Odry zasypali Artura Boruca próbami z maksymalnie szesnastu metrów? Skrót ze spotkania na kanale UEFA otwiera sytuacja, w której Jacek Bąk i Paweł Golański łamią linię spalonego, a Mario Gomez nie trafia do pustej bramki po podaniu Miroslava Klose.

Potem raz jeszcze łamiemy linię — tym razem Marcin Wasilewski — i robi się 0:1. Żurawski pudłuje, Fritz złomuje Bąka, Ballack ucieka Dudce. W końcu Golański źle wybija piłkę i Lukas Podolski kompletuje dublet. Wcześniej sędzia nie uznał bramki Smolarka. Nasza defensywa w tym spotkaniu wyglądała na zupełnie pogubioną. Wyżej było jeszcze gorzej. Ebi Smolarek wygrał jeden z sześciu pojedynków, Dariusz Dudka jeden z dwunastu, Jacek Krzynówek trzy z dwudziestu jeden.

W takich meczach trzeba wyjść i grać swoją piłkę. Mam wrażenie, że to Niemcy bardziej grali swoją piłkę, my woleliśmy przeszkadzać niż zaskoczyć, a to było za mało. Pierwszy mecz na dużym turnieju jest bazą tego, jaki scenariusz będzie pisała dana reprezentacja. Gdy przegrywasz, drugie spotkanie jest ostatnią nadzieją. Bez wygranej w nim oznacza, że nie dorosłeś do udziału w takim turnieju — gorzko podsumowuje Michał Żewłakow.

Leo Beenhakker czuł wtedy ogromny zawód. Dla Holendrów starcia z Niemcami mają taką samą wagę jak dla nas. Grają o honor całego narodu. Selekcjoner dbał jednak o to, żeby nie przemotywować kadry. Przeprowadził stonowaną odprawę, wierzył, że zespół jest przygotowany. Dzień po meczu drużyna spotkała się na murawie, porozmawiała. Golański mówi, że trener widział przygnębienie zespołu, ale nie zatracił swojego optymizmu. Tłumaczył, że pokazali, że potrafią grać w piłkę, że nie było gry do jednej bramki.

Zawsze po jasnej stronie księżyca.

Trener próbował podnieść zespół mentalnie, jednak tym razem mu to nie wyszło. Austriacy, najsłabsza drużyna w grupie, mogli zamknąć spotkanie do przerwy. Niesamowite rzeczy wyczyniał wtedy w bramce Artur Boruc. Pajacyki, wybitny refleks, żywa ściana. Martin Harnik i Christoph Leitgeb przywoływali najbardziej parszywe słowa, jakie znali, próbując wyładować frustrację po kolejnych pojedynkach z naszym bramkarzem.

Największym problemem było to, że pierwszy mecz graliśmy z Niemcami. To może zabrzmi absurdalnie, ale to była bardzo mocna reprezentacja, z którą porażka — mimo dobrego meczu — podcięła nam skrzydła. Było odczuwalne, że mogliśmy pokusić się o więcej i mentalnie nas to dotknęło. W spotkanie z Austrią weszliśmy bardzo słabo, dopiero z czasem się rozkręciliśmy — tłumaczy Golański.

Gdy Polacy się rozkręcili, Ebi Smolarek przerzucił piłkę do Marka Saganowskiego, który wystawił ją Rogerowi. Pomocnik trafił, ze spalonego, ale trafił. Kadra Leo nagle zaczęła przypominać drużynę z eliminacji, zeszło z nich ciśnienie. Smolarek znalazł się w dogodnej sytuacji, za chwilę uderzał Bąk, szansy szukał Lewandowski. Nie wpadło, więc do gry mógł wkroczyć Howard Webb.

Mariusz Lewandowski, który sprokurował tę jedenastkę, do dziś odrzuca myśl o tym, że faulował. Angielski arbiter wije się w wywiadach, to rzuci, że karnego być nie musiało, to stwierdzi, że nie mógł podjąć innej decyzji. Kadrowicze i trener jak jeden mąż zrzucali winę na sędziego.

Zaraz po meczu stałem z holenderskim delegatem UEFA, który powiedział, że sędzia Webb nie musiał gwizdnąć tego karnego. Obok nas stała holenderska telewizja, zapytali, czy powtórzy to przed kamerą. “Nie, nie wolno” – mówi rozgoryczony Jan de Zeeuw.

Angielskiego sędziego krytykowali nawet prezydent Lech Kaczyński i premier Donald Tusk. Po tym spotkaniu sprawa EURO była dla nas w zasadzie zamknięta. Zostało to, co znaliśmy już zbyt dobrze: liczenie matematycznych szans.

EURO 2008 to turniej, po którym najtrudniej było mi się pogodzić z tym, że mój trzeci duży turniej przebiega według znanego i znienawidzonego scenariusza. Wydawało mi się, że dwa pierwsze turnieje dały grupie tyle doświadczenia oraz pewności, że uda nam się wyjść z grupy, ale po raz kolejny nie dopisało nam szczęście — uważa Michał Żewłakow.

Dopytuję: tylko szczęście?

To wypadkowa wszystkiego. Szczęścia, umiejętności, doświadczenia, piłkarskiej dojrzałości. Gdyby nie rzut karny w meczu z Austrią, nasza sytuacja wyglądałaby inaczej. Ktoś może jednak powiedzieć: wystarczyło tego karnego nie sprokurować. Albo że gdyby do przerwy Austria strzeliła trzy bramki, to nawet gol Rogera ze spalonego nie miałby żadnego znaczenia. Nie daliśmy rady jakościowo, po prostu.

Beenhakker znów próbował podnieść biało-czerwonych na duchu. Może nie uderzał w to, że jeśli wszystko się ułoży, to awansujemy, ale zaznaczał, że reprezentacja Polski musi być dumna i ambitna, głodna zwycięstw. Spotkanie z Chorwatami, którzy mieli już pewność, że wyjdą z grupy, mogło dać narodowi chwilę radości. Kadrowicze dostrzegali jednak, że on sam lekko się załamał.

Po meczu z Austrią pierwszy raz widziałem u trenera podłamanie i przygnębienie. Przez cały czas, gdy z nim pracowałem, nie widziałem tego w jego oczach, ale to spotkanie go dotknęło. Wpływ na to na pewno miały okoliczności, ten rzut karny… – mówi Golański.

Efektów nie było. Z Hrvatską showmanem znów był Boruc, o którym zaczęto mówić, że mimo wczesnej porażki ma szansę nawet na jedenastkę turnieju. Po naszej stronie został jedynie żal i kolejne sytuacje, które dopiszemy do listy: jak oni tego nie trafili? Tomasz Zahorski przegrał pojedynek z bramkarzem, Roger nie dorzucił drugiej bramki na turnieju.

Koniec mistrzostw, do widzenia.

Konflikt Beenhakkera z PZPN. „Siedzieli obok i ciągle na nas pluli!”

Wynik na EURO 2008 przyjęto jako duże rozczarowanie. Oczywiście trochę na wyrost, bo logika podpowiadała, że jeśli mieliśmy coś w Austrii osiągnąć, to najwyżej ograć gospodarzy. Faktem jest, że zaprezentowaliśmy się słabiutko, ale czy aż tak mizernie, żeby przejść ścieżkę od bohatera do zera? Reprezentacja była wyśmiewana przez „Gazetę Wyborczą”, z kolei „Rzeczpospolita” pisała:

Nawet na wczasy do Chorwacji nie warto jechać, bo będą nas palcami wskazywali, jako największych nieudaczników mistrzostw Europy. Nie było w tym turnieju kadry gorszej niż Polska.

“Fakt” przed turniejem pisał, że „jest coś takiego w Holendrze, co sprawia, że darzy się go szacunkiem. Nawet to nonszalanckie patrzenie na nas z góry, jak na zaścianek, nie przeszkadza”. Po mistrzostwach przeszkadzać jednak zaczęło. Wyciągano, że Beenhakker traktuje nas niepoważnie, że w trakcie kadencji zdarzyło mu się nawet przejąć stołek w Feyenoordzie na dwa tygodnie (jeszcze zanim na stałe prysnął doradzać do Holandii).

Pompowanie balonika? Przecież to sam Leo rzucił Serbom, że jedziemy na turniej po złoto. Z przekąsem, czy nie: cel postawił.

Błędy się mnożyły, okazało się, że jednak nie każdemu pasował Roger — choć Golański i Lewandowski zgodnie twierdzą, że Brazylijczyk został przyjęty jak swój chłop — nie wspominając już o pozostałych wyborach. Paweł Zarzeczny obśmiewał jego sukcesy. “Dlaczego Krzynówek strzelił z Portugalią? Bo nie miał komu podać”.

Na jaw zaczęły wychodzić także zgrzyty między działaczami i selekcjonerem. Leo przyjechał do Polski z Trynidadu i Tobago, ale to nasz kraj bardziej zszokował go obyczajami. Wspominał, że na jego pierwszy wywiad dziennikarz (Janusz Atlas) przyszedł pijany, bez notatnika ani dyktafonu. Gdy pojawił się w Sejmie, przepytywał go z kolei nabity jak szpadel Janusz Wójcik. Na koniec okazało się, że Beenhakker i sztab początkowo pracowali na czarno, bo PZPN nie dopilnował formalności.

W Austrii wojenki z działaczami zaczęły jednak wchodzić na wyższy poziom. Jan de Zeeuw opowiada nam o trudnych relacjach i rosnącym konflikcie podczas pobytu w Bad Waltersdorf.

Mieliśmy problem, bo parę kilometrów od nas siedział Zbigniew Boniek z Jerzym Brzęczkiem i całą bandą i tylko na nas pluli.

Z czego to wynikało?

Nie wiem! Leo był niezależny, nie miał żadnych układów z dziennikarzami, agentami. Oni tego nie akceptowali. Pamiętam, że na pierwszych dniach zgrupowania w Austrii odwiedził nas „Polsat” z Mateuszem Borkiem i kilkoma innymi dziennikarzami. Leo pytał ich: „Powiedzcie mi, w jaką grę gracie?! O co wam chodzi? Powiedzcie, to pogram razem z wami”. Leo się wkurwiał, stał i mówił: jesteście fucking skurwysyny! Odpowiadali, że oni są normalni, rozmawiają, zawodnicy chętnie do nich jeżdżą. Akurat przechodził Maciej Żurawski. Zapytaliśmy, czy chce wieczorem siedzieć z nimi w programie. Chłopaki tego nie mówili, ale szukali wymówek, żeby tam nie chodzić. Czuć było tę negatywną atmosferę. W hotelu, między zawodnikami, wszystko było ok. Na treningach i konferencjach było inaczej.

Holender narzekał na dziennikarzy i to, że próbowali załatwiać różne interesy. Stwierdził, że Roman Kołtoń działał pod dyktando Zbigniewa Bońka, że do dziś w każdym programie sufluje jego narrację. Jego i Beenhakkera przerażały nasze brukowce, zwłaszcza gdy “Super Express” zaserwował na okładce zdjęcie Leo trzymającego w rękach odcięte głowy Joachima Loewa i Michaela Ballacka („To chore! W jakim świecie wy żyjecie?”).

Screen: Sport.pl

Nie jest tajemnicą, że Beenhakker miał po dziurki w nosie polskich działaczy. Uznawał ich za pijaków, którzy żyją przeszłością. Mówił, że przecież on sam odnosił sukcesy w latach 80., ale gdyby w nich został, nie pracowałby w zawodzie. A taki Piechniczek nie dość, że nadal tam tkwi, to jeszcze chce zaprosić wszystkich do swojego wehikułu czasu.

W każdym razie w Austrii widać było chęć Leo, żeby odciąć kadrę od świata. Arsene Wenger polecił selekcjonerowi ośrodek, w którym zatrzymała się reprezentacja. Stacjonowali w nim inni goście, ale obowiązywał zakaz robienia zdjęć. Gdy ktoś z rodaków chciał zarezerwować pokój w obiekcie, obsługa zgłaszała to do de Zeeuwa. Warunki były świetne, kadrowicze nie mogli na nic narzekać.

Atmosfera naprawdę była bardzo dobra, nie było grupek, podziałów. Nikt nie stał z boku. Przebywaliśmy w jednym ośrodku przez dłuższy czas. Inaczej wygląda to w eliminacjach, gdy jest krótki pobyt, wyjazd w inne miejsce, organizacyjnie się to różni. Jadąc na taką imprezę, więcej czasu spędza się ze sobą, częściej się przebywa w pokoju, trzeba się w tym odnaleźć, żeby za dużo o tym nie myśleć. Trener niczego nie zmieniał, nie wywrócił przygotowań do góry nogami — opowiada Paweł Golański.

Jeśli coś mąciło nastroje, to urazy. Beenhakker wychwalał Żurawskiego za harówkę, tyle że kapitan złapał kontuzję. Z problemami zdrowotnymi zmagali się Mariusz Lewandowski i dowołany awaryjnie — słynna historia z kopaniem na plaży z Niemcami — Łukasz Piszczek. Do tego doszły wyniki i ośrodek biało-czerwonych zamienił się w jedną, wielką stypę.

Problem był w głowach, bo zawodnicy długo siedzieli razem, część złapała urazy, nie wiadomo było, czy się wyleczą. Nudzili się, bo podczas mistrzostw potrzebujesz świeżości, więc nie masz normalnych treningów. Zajęcia są krótkie. Największą robotę robi psychologia. Poszło to u nas w dół, to było czuć — twierdzi de Zeeuw.

W mediach nasilały się mniej lub bardziej zasłużone ataki na Beenhakkera. “Przegląd Sportowy” przemienił jego motto w „ciemną stronę księżyca”, opisując, że gdy zawodnicy dostali wolną rękę i pozwolenie na wyjazd z Austrii bezpośrednio do domów, część z nich nie pożegnała się nawet ze sztabem, czmychając czym prędzej. Błędem trenera okazał się też słynny dialog z reklamy.

– Leo, why?
– For money!

Choć była to sprytna gra słów, wręcz naturalna przy promocji banku, kwestia wypowiedziana przez Holendra wracała do niego jako zarzut, że w Polsce pracuje tylko dla pieniędzy. Beenhakkerowi wytykano także drastyczną zmianę narracji. Człowiek, który wcześniej opowiadał, że stać nas na wszystko i powinniśmy być nieustraszeni, opowiadał teraz, że cudem był sam wyjazd na EURO, że z takimi Niemcami szans i tak nie mieliśmy. Obśmiewano fatalny bilans Leo na wielkich turniejach, na których nie wygrał ani jednego meczu w karierze. Zarzucano mu, że nie potrafi przyznać się do błędów: po mistrzostwach wymienił asystentów, do siebie nie miał zarzutów.

Sam zainteresowany odpowiadał w swoim stylu. Narzekał na polską mentalność, szukanie problemów, wieczny smutek, niezadowolenie. Męczył się, ale Michał Listkiewicz przedłużył przecież jego kontrakt (i wręczył mu w podzięce cygara Montecristo!), stawiając Grzegorza Latę pod ścianą. Zwycięzca kolejnych wyborów na prezesa PZPN najchętniej pozbyłby się Leo od razu, jednak nie było go na to stać. Poza tym kibice nadal kochali Holendra, który ich zdaniem obnażał problemy polskiego futbolu i niekompetencję leśnych dziadków. Ci kręcili głowami, że jego raport z EURO 2008 był niezbyt treściwy, nie dowiedzieli się z niego, co nie wyszło.

Zdaniem Leo nie wychodziło nic, bo brakowało nam solidnej pracy u podstaw. Mieliśmy „boiska, na które bałby się wpuścić psa, żeby nie zwichnął sobie łapy”, a świat nam odjechał w temacie szkolenia. Z materiału, który miał, zrobił ile mógł.

Trwał więc spór, który wyniszczał obie strony. Lato podkopywał pozycję Beenhakkera jak mógł, Leo nie pomógł sobie, gdy wziął robotę doradcy w Feyenoordzie. Wszystko zmierzało do smutnego finału, który w końcu zresztą nastąpił. To jednak materiał na kolejną historię…

***

Najgłupsza historia wokół kadry

Alkokomnata w Katarze

Bęben maszyny losującej jest pusty, proszę o zwolnienie blokady i rozpoczynamy losowanie… Spośród dziesiątek afer, aferek i płonących stosów trzeba wybrać jeden, który buchnął największym płomieniem. Stawiamy na historię z elementem komedii w tle, czyli wyprawę naszej szanownej działaczowskiej delegacji do Kataru.

Trzeba dużego rozmachu, żeby zaplanować wypad tak, że osobny pokój w hotelu dostały biesiadne zapasy w postaci skrzynek wódki i paczek kabanosów.

Zapominalskim przypomnijmy, że delegacja PZPN musiała się mocno postarać, żeby taki ekwipunek w ogóle wwieźć do muzułmańskiego kraju. W tajną misję zaangażowane miały być Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Ambasada RP w Katarze. Ze strony federacji sprawę pilotowały departamenty marketingu i logistyki, które zajęły się odpowiednio zakupem oraz przewozem sprzętu.

Wszystko po to, żeby nie narazić się na srogie kary: transport alkoholu i jego dystrybucja może się skończyć trzema latami pierdzenia w pasiak w katarskim więzieniu.

Sprytu naszym działaczom odmówić nie można, bo żeby zorganizować transport prowiantu znad Wisły, wymyślono obchody „Dni Polskich” w Dosze, na które zamówiono lokalne przysmaki. Zupełnie przypadkiem do produktów, które miały rozsławić nasz kraj, dorzucono paletę wódki i kabanosów, które potem trzymano pod kluczem w hotelu. Dostęp do pokoju mieli tylko najwyżsi rangą przedstawiciele związkowego betonu.

Żeby dostać się do wódopoju, trzeba było więc poprosić o zgodę i liczyć na to, że strażnik otworzy magiczny portal.

Co śmielsi leśni dziadkowie swój przydział rozlewali półotwarcie nawet w miejscach publicznych, na stołówce. Alkohol przelewano do plastikowych butelek, chowano w torbach, pito po kryjomu, jak na szkolnej imprezie w liceum. Wiadomo jednak, że lepsze to niż siedzenia tak bez niczego, zero wątpliwości.

Zresztą, skoro Argentyńczycy zapakowali w samolot kilogramy yerba mate, setki opakować kajmaku i górę wysokiej jakości mięsa na tradycyjne asado, to o co w ogóle ta afera?!

Yerba mate, asado i futbol – jak Argentyna łączy kuchnię z piłką nożną

Alkoholowe przeboje towarzyszą naszym działaczom przy niemal każdej okazji. Tu jedna z czołowych postaci afery korupcyjnej pije z całą sitwą w Mołdawii, tam prezes udziela absurdalnych wywiadów, gdzieś jeszcze przewija się zażenowanie reprezentantów nieskrępowanym pijactwem leśnych dziadków.

Łudzimy się, że w Niemczech takich obrazków już nie zobaczymy.

Potencjał na ulubieńca kibiców

Nicola Zalewski

Ostatnie lata w wykonaniu naszej drużyny narodowej były pełne smutku. Rzadko kiedy reprezentacja raczyła nas miłą dla oka piłką, żeby już nie rozgrzebywać wyników z poprzednich eliminacji…

Jeśli w tej szarzyźnie pojawiała się jakaś iskierka, która przykuwała uwagę tym, co potrafi zrobić z piłką, to był nią Nicola Zalewski. Dynamiczny, szybki, przebojowy, odważny: według „StatsBomb” tylko Przemysław Frankowski miał lepszy przelicznik oczekiwanych asyst/90 minut niż piłkarz Romy, z kolei gdy analitycy zmierzyli udane dryblingi, Zalewski nie miał sobie równych.

Nicola nie zdążył nam się jeszcze w tej kadrze znudzić, nie zdążyliśmy go też dobrze poznać, bo najpoważniejsze szanse dostawał dopiero od Michała Probierza. W tym czasie zdążył nam zasygnalizować, że jeśli w grupie, która sugeruje nam, że biało-czerwoni postawią raczej na obronę, organizację i kontrataki, Zalewski może być kluczową postacią ofensywy.

Na potencjalnego ulubieńca wybieramy go także dlatego, że wiąże się z nim historia możliwego odkupienia. Mundial w Katarze zdecydowanie nie należał do niego, spaliła go presja, po pierwszej połówce usiadł na ławce i wstał z niej dopiero w końcówce spotkania z Francją. Dojrzalszy o półtora roku gry na włoskich boiskach ma szansę pokazać, że w reprezentacji Polski jeszcze wiele dobrego przed nim.

Kryć na plaster

Wojciech Szczęsny

Tak, tak, wiemy, ciężko przykleić plaster bramkarzowi. Nie ma jednak sensu się oszukiwać: po pierwsze w ostatnim czasie reprezentacja Polski to drużyna Wojciecha Szczęsnego. To on wrzuca nas na plecy i dźwiga całą ekipę w trudzie i znojach. Po drugie: zestaw naszych rywali każe nam myśleć, że postawa bramkarza będzie na EURO kluczowa.

Nie mówimy nawet o tym, że pozwoli uniknąć sromotnej klęski. Weźmy pod uwagę pozytywny scenariusz: do niespodzianki wciąż potrzebny jest ktoś, kto zatrzyma klasowych rywali, zrobi coś ekstra.

Eliminacje nie były dla Szczęsnego łatwe, jak i dla całej kadry, natomiast w Walii po raz kolejny przekonaliśmy się, że możemy na niego liczyć. Na mundialu w Katarze przeszedł do historii jako drugi bramkarz, który obronił dwa rzuty karne podczas jednego turnieju. Ciekawe, co zgotuje nam tym razem.

Leśny dziadek

Henryk Kula

Gdyby utworzyć hierarchię leśnych dziadków polskiej piłki, Henryk Kula byłby królem entów. Jego pionierskie pomysły (bramkarzom powinno się „rozdrabniać” punkty w systemie gry młodzieżowców, bo wystawienie młodego golkipera to omijanie przepisów) mogą z nas uczynić światową stolicę innowacji. Posiada plan działania w każdej, nawet najbardziej niekomfortowej sytuacji i potrafi skutecznie wdrożyć go w życie.

Kiedy byliśmy pogrążeni w kryzysie, powiedział, że awans na EURO 2024 zawierza Matce Boskiej Częstochowskiej. I co? Na mistrzostwa jedziemy.

Śląski działacz jest też autorem jednego z najsłynniejszych cytatów w historii polskiej piłki: urodziłem się jako Henryk Kula i umrę jako Henryk Kula. Choć może jednak ciut bardziej poniosło się stwierdzenie, że płacenie piłkarzom w Klasie A jest jak kazirodztwo. Bo też niedozwolone. Spośród błyskotliwych pomysłów i myśli Kuli wyróżnimy również ustawę cenzorską, którą udało się zatrzymać na ostatniej prostej.

W wywiadzie dla „Weszło” zachował skromność, stwierdził, że wcale nie jest wpływowy. W rzeczywistości jest jednak prawą ręką Cezarego Kuleszy — złe języki twierdzą nawet, że to on steruje związkiem z tylnego siedzenia. Trzyma w garści cały beton, a więc pulę najważniejszych głosów w wyborach na prezesa PZPN.

„Urodziłem się jako Henryk Kula i umrę jako Henryk Kula”

Bez nich o zwycięstwie można pomarzyć, dlatego obietnica zniesienia przepisu o młodzieżowcu musiała pójść do lamusa — teren zdecydował, że przepis zostanie.

Teren znaczy najwięcej, a najwięcej w terenie znaczy Henryk Kula. Król entów.

Zazdroszczą nam

braku oczekiwań

Brak oczekiwań z jednej strony jest pochodną żałości. Nie spodziewasz się niczego wtedy, kiedy otacza się marność i poczucie beznadziei. Jeszcze przed mundialem w Katarze płynnie przeszliśmy od pompowania balonika do rozłożenia rąk i stwierdzenia: będzie, co będzie. Przed wyjazdem do Niemiec atmosfera jest jeszcze chłodniejsza.

Michał Probierz rzucając, że kadrowicze są hejtowani, nie spodziewał się chyba riposty, że wcale nie są, bo niezbyt wiele osób przejmuje się już tym, co dzieje się w reprezentacji Polski.

Ma to jednak i dobre strony. Czy nie milej i spokojniej pracować w ciszy? Lecieć na mistrzostwa bez krajowej głupawki, helikopterów, śniadaniach na pasku, sensacji w brukowcach? Polacy są w idealnym położeniu: swoją postawą mogą tylko wygrać, odzyskać sympatię narodu. Mogą pracować na pozytywną niespodziankę, zamiast tonąć w obawach.

Jan de Zeeuw wspominał nam, że przed pierwszym spotkaniem EURO 2008 Polaków uderzyła presja i to dlatego z Niemcami „nie graliśmy swojej piłki”. Jeśli tak, to możemy oczekiwać, że na mecz z Holandią wyjdziemy niespętani stresem. Niewielu rzeczy inni mogą nam zazdrościć, ale skoro już musimy coś wskazać, to jest to strzał w dziesiątkę.

Więcej niż tysiąc słów

W tej reprezentacji nie ma osobowości, które obudzą zespół, w pewnych momentach zainterweniują tak, żeby nie było problemów — powiedział Robert Lewandowski w wywiadzie z Mateuszem Święcickim i uruchomił lawinę.

Czy kapitan drużyny narodowej miał rację? A nawet jeśli miał, to czy wypadało mu to przyznać publicznie? A może nie miał, więc tym bardziej nie powinien się wychylać? Albo w ogóle: niech spojrzy w lustro, bo sam nie był pierwszy do reakcji i budzenia kolegów z zespołu.

Po czasie okazało się jednak, że charakter i osobowość to faktyczne przyczyny naszych niepowodzeń z ostatnich lat. Oczywiście nie wszystkie, temat jest szerszy, ale jeśli Michałowi Probierzowi udało się już coś w reprezentacji Polski zbudować, to na pewno sprawił, że ten zespół znów poczuł ogień i jedność.

Jesteście wszyscy fajne chłopaki, ale fajne chłopaki nie wygrają tego meczu — rzucił przed spotkaniem z Walią Wojciech Szczęsny. Fajne chłopaki nie wygrały, wygrała drużyna, która walczyła do końca.

Co trzeba wiedzieć

  1. Reprezentacja Polski zaplanowała jeden z najkrótszych okresów przygotowawczych spośród wszystkich uczestników EURO 2024. Zgrupowanie biało-czerwonych potrwa zaledwie czternaście dni: tak krótko do mistrzostw szykować będą się tylko Hiszpanie.
  2. Gol stracony przez Polaków w pierwszym meczu eliminacji EURO 2024 z Czechami był najszybciej straconą bramką w historii naszej reprezentacji. Ladislav Krejci trafił do naszej siatki w 27. sekundzie meczu i pobił ponad dziewięćdziesięcioletni rekord swojego rodaka, Frantiska Pelcnera.
  3. To już piąty duży turniej w Niemczech, na którym zobaczymy reprezentację Polski. Cztery poprzednie to mundiale (dwukrotnie) oraz Igrzyska Olimpijskie. Nasz bilans to osiemnaście spotkań: dwanaście zwycięstw, remis i pięć porażek.
  4. Po ośmiu latach przerwy na EURO jedzie mistrz Polski — Taras Romaczuk. W 2021 roku Paulo Sousa nie powołał żadnego zawodnika, który sięgnął po krajowy tytuł. Złotych medalistów nie zabrakło natomiast w kadrach na mundiale w 2022 (Michał Skóraś) i 2018 roku (Michał Pazdan, Artur Jędrzejczyk).
  5. Reprezentacja Polski przełamała passę siedmiu meczów bez zwycięstwa i pięciu kolejnych porażek z rywalami silniejszymi od siebie według rankingu Elo. Mało tego: zamieniliśmy ją w coś pozytywnego, bo trzy ostatnie gry z takimi przeciwnikami to dwa zwycięstwa (Ukraina, Niemcy) i remis (Czechy). To o tyle istotne, że na EURO zagramy wyłącznie z silniejszymi rywalami (Polska – 1738 punktów; Austria – 1862; Holandia – 1972; Francja – 2086).

Przewidywany skład reprezentacji Polski na EURO 2024

SKARB EURO 2024:

SZYMON JANCZYK

fot. FotoPyK, Newspix

Nie wszystko w futbolu da się wytłumaczyć liczbami, ale spróbować zawsze można. Żeby lepiej zrozumieć boisko zagląda do zaawansowanych danych i szuka ciekawostek za kulisami. Śledzi ruchy transferowe w Polsce, a dobrych historii szuka na całym świecie - od koła podbiegunowego przez Barcelonę aż po Rijad. Od lat śledzi piłkę nożną we Włoszech z nadzieją, że wyprodukuje następcę Andrei Pirlo, oraz zaplecze polskiej Ekstraklasy (tu żadnych nadziei nie odnotowano). Kibic nowoczesnej myśli szkoleniowej i wszystkiego, co popycha nasz futbol w stronę lepszych czasów. Naoczny świadek wszystkich największych sportowych sukcesów w Radomiu (obydwu). W wolnych chwilach odgrywa rolę drzew numer jeden w B Klasie.

Rozwiń

Najnowsze

EURO 2024

Komentarze

48 komentarzy

Loading...