Reklama

Modrić, który gapił się na kozy

Jan Mazurek

Autor:Jan Mazurek

06 czerwca 2024, 11:56 • 19 min czytania 23 komentarzy

Wielu widziało go w więzieniu za krzywoprzysięstwo w procesie gangstera i ojca chrzestnego jego kariery Zdravko Mamicia. Wtedy jednak Luka Modrić poprowadził Chorwatów do dwóch medali mistrzostw świata i zdobył Złotą Piłkę. 38-letni pomocnik jest żywą legendą. Również dlatego, że nie zginął, gdy w krwawej wojnie pogrążyły się Bałkany. 

Modrić, który gapił się na kozy

Miał niecałe dziesięć lat, chodził do podstawówki, kiedy nauczycielka Maja Grbić zleciła całej jego klasie przygotowanie wypracowania o wydarzeniu, które dzieciaki uważały w swoich dotychczasowych życiach za ważne. Modrić napisał o śmierci dziadka.

W autobiografii „Moja gra” przytacza tekst szkolnej pracy: „Choć jestem jeszcze mały, to spotkało mnie już wiele przykrych chwil. Powoli uczę się, jak zostawić za sobą strach przed wojną czy bombardowaniem. Jest jednak jedno wydarzenie, którego nigdy nie zapomnę, podobnie jak nie zapomnę towarzyszącego mu przerażenia. Cztery lata temu czetnicy zabili mojego ukochanego dziadka. Wszyscy płakali, a ja nie byłem w stanie pojąć, że mojego cudownego, najdroższego dziadka już nie ma. Zadawałem sobie pytanie, czy ci, którzy to zrobili, byli w ogóle ludźmi?”.

Ludzie, którzy gapili się na kozy

Miejscowość Jasenice rozciąga się w kierunku morza pod zboczami Velebitu. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku Pavle Balenović przyjeżdżał tam, żeby kręcić dokument o życiu wilków. Przy okazji nagrał kilkuletniego chłopca pasącego kozy. To był mały Luka Modrić, który z rodzicami i dziadkami mieszkał w nieodległym Zatonie Obrovackim.

Reklama

W wrześniu 1991 roku podczas wojny domowej Jasenice zostały zajęte przez Serbów. Dziennikarze gazety „Zadarski list” relacjonowali, że w grudniu tzw. „Królewskie Wojska Jugosłowiańskie w Ojczyźnie” wyruszyły w drogę okolicami Velebitu, gdzie natknęły się na pilnującego stada owiec i kóz Lukę seniora, 66-letniego dziadka chłopca z filmu Balenovicia. Zabili go serią strzałów z najbliższej odległości. Jak na żołnierzy przystało.

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości ujawni po latach, że tego dnia czetnicy zamordowali jeszcze sześciu innych starszych mężczyzn. Plotka głosi, że przechwalali się tymi morderstwami na niewinnych ludziach przed jednym z komisariatów policji. Serbskie władze wydały zakaz przeprowadzania w tej sprawie dochodzenia. Sprawców nigdy nie odnaleziono. I nie ukarano.

Modrić opowiadał w „Mojej grze”: „Z tego strasznego dnia, w którym doszło do tragedii, zapamiętałem głównie wzburzenie ojca. Dziadek nie wrócił z wypasu do domu, więc poszli go szukać. Nie wiedziałem, co dokładnie zaszło, gdy go przywieźli do naszego domu w Zatonie Obrovackim. Czułem jednak, że to było coś niesłychanie przykrego. Tata mnie objął, podprowadził do trumny i powiedział: „Synku, ucałuj dziadzia”. Nie potrafiłem zrozumieć, że to było nasze ostatnie spotkanie. Mój tata go uwielbiał i mogę sobie tylko próbować wyobrazić, jak potwornie ciężko było mu po jego stracie. Po latach opowiedział mi o koszmarze, który przeżył, gdy znalazł zalane krwią ciało dziadka. Leżało jakieś pięćset metrów od domu, na łące poniżej drogi, gdzie dziadek poszedł wypasać kozy. Zabili go, zabili mojego dziadka Lukę oddaną z bliska serią z karabinu. Serce mi krwawi za każdym razem, gdy pomyślę o tym, jak umarł, praktycznie na progu własnego domu. Co to za ludzie, którzy potrafią tak barbarzyńsko odebrać życie bogu ducha winnemu starszemu człowiekowi”.

Zdobywca Złotej Piłki z 2018 roku czasami zabiera w tamto miejsce swoje dzieci. Stary dom jest ruiną, okolica porośnięta chwastami, w niektórych miejscach ostrzegające tabliczki „Uwaga na miny!”. Po śmierci dziadka bezpowrotnie zmieniło się jego życie. Ojciec zaciągnął się do wojska, rodzina zaczęła wieść żywot uchodźców wojennych: najpierw trafiła do obozu Djecje selo w Makarskiej, następnie do hotelu Kolovare w Zadarze, gdzie spędziła siedem długich lat. Mały Modrić nie tylko mieszkał w klitce, gdzie spał na jednym łóżku z rodzicami i siostrą, ale też dorastał przy odgłosach alarmów bombowych i co kilka godzin biegał do schronów.

Bał się dźwięku pocisków. Po latach przyznawał, że nie da się do tego huku przyzwyczaić. Można oswoić strach, lęk przemienić w dyskomfort, ale wciąż to było życie, którego nie życzyłby najgorszemu wrogowi.

Reklama

Modrić nie pamięta

W wojennych warunkach Luka Modrić nauczył się czarować z piłką przy nodze. I to mimo filigranowej postury – na starych zdjęciach widać bowiem, że chłopiec przez całe dzieciństwo w koszulkach o normalnych na swój wiek rozmiarach wyglądał, jakby chodził w t-shirtach XXL. Ukształtowała go gra z innymi uchodźcami na parkingu hotelu Kolovare. Rodzinie brakowało pieniędzy, nie mieli jak opłacać profesjonalnych treningów syna, przez liche warunki fizyczne odrzucił go Hajduk Split, w Dinamie Zagrzeb też mieli zresztą wątpliwości, wypożyczyli go do pełnej rzeźników i zabijaków ligi w Bośni i Hercegowinie, a potem jeszcze do Interu Zapresić.

W końcu jednak Zdravko Mamić, o którym więcej piszemy niżej w kategorii „Leśny dziadek”, skorumpowany i winny dziesiątkom wałków ojciec chrzestny futbolu w Chorwacji, a także wieloletni szef Dinama Zagrzeb, uznał talent Modricia. W dwóch pierwszych dekadach XXI wieku to „uznanie” miało zaś charakter podobny do gangsterskiej wersji relacji łączących młode gwiazdy muzyki z właścicielami wytwórni producenckich, o czym najlepiej pisał u nas kiedyś Kuba Olkiewicz w tekście „Co z tą Chorwacją?”:

Gdy Mamić brał piłkarzy pod swoje skrzydła, otrzymywali nie tylko profesjonalną opiekę menedżerską, nie tylko wsparcie sportowe i lukratywną pensję w klubie, ale również wydatną pomoc przy ewentualnych transferach do silniejszych lig. Ludzie pokroju Luki Modricia podpisywali cyrografy na mocy których stawali się niemalże własnością Mamicia, który w zamian za możliwość wypromowania się w największym chorwackim klubie, zgarniał kasę zarówno małą łyżeczką do czerpania comiesięcznych korzyści, jak i wielką chochlą do tulenia prowizji transferowych”.

Modrić wypłynął na szerokie wody. Tottenham zapłacił za niego szesnaście milionów funtów. Później Real wydał na niego mniej więcej dwa razy tyle, a Chorwat w barwach „Królewskich” stał się gwiazdą światowego formatu, czego dowodem sześć razy wygrana Liga Mistrzów, czym wydatnie podniósł rynkową wartość wszystkich piłkarzy, których nazwiska kończą się na „-ić”.

W 2017 roku wybiło jednak szambo wokół mafiosy Mamicia. Śledczy, których capo di tutti capi Dinama Zagrzeb przez lata przekupywał przyjaźnią i pieniędzmi, w końcu przestali godzić się na nieprawidłowości w papierach najlepszego klubu w Chorwacji, przeprowadzającego coraz większą liczbę grubych transferów na całą Europę. Patologia polegała na tym, że wielomilionowe kwoty wcale nie lądowały w kasie Dinama, a na koncie bankowym… Mamicia.

Modrić w trybie pilnym wezwany został na przesłuchanie. I już w pierwszej chwili nieopatrznie wsypał Mamicia, kiedy potwierdził, że przepływ pieniędzy między „ojcem chrzestnym” a „jego ulubionymi piłkarzami” odbywał się w najpiękniejszym trybie dzikiego świata – pod stołem, a brudne reguły tych transakcji były dopisywane do umów już po wykonaniu transferu. Gwiazdor Chorwacji wiedział, że złamał omertę, czyli nieformalną zmowę milczenia, którą objęte było właściwe całe pokolenie przechodzących przez Dinamo zawodników. Podczas kolejnych przesłuchań był już potulny jak baranek. Mówił tylko: „ne sjecam se”, czyli nie pamiętam.

Złota Piłka zamiast więzienia

W Polsce ten wątek w jego życiorysie jest konsekwentnie pomijany albo zwyczajnie niedostrzeżony, ale Modrić jeszcze przed mistrzostwami świata w Rosji na Bałkanach budził naprawdę skrajne emocje. „Nie pamiętam” wzięto za paskudne tchórzostwo. Niszczono murale z jego podobizną. Wyzywano go od najgorszych. Dostawało się też jego rodzinie. Sugerowano nawet, że trafi do pierdla. Bo skoro sąd wreszcie wziął się za bezkarnego Mamicia, to niedługo lecieć będą głowy jego ludzi, w tym Modricia, prawda? Gdy dziennikarz „Guardiana” zaczepił o tę kryminalną sprawę kapitana „Hrvatski” na konferencji prasowej przed pierwszym mundialowym meczem z Nigerią, ten wyglądał na wściekłego, zdezorientowanego i przerażonego jednocześnie.

Czy coś z tego wyniknęło?

Nie.

Miesiąc później świat rozmawiał już tylko o Modriciu, który swój malutki kraj poprowadził do srebra mistrzostw świata, pokonując po drogę między innymi Argentyną i Anglię. Po internecie latać zaczął ten filmik Balenovicia z pięciolatkiem pasącym kozy i niebojącym się wilków, wybrzmiał też hołd piłkarza dla Luki seniora barbarzyńsko zamordowanego na drodze w okolicach Velebitu…

W 2018 roku Luka Modrić zdobył Złotą Piłkę, czym przerwał też trwający wówczas od dekady prymat Leo Messiego i Cristiano Ronaldo na tronie światowego futbolu. Było to tym większe dokonanie, że w czasach kultu liczb dokonał tego zawodnik, którego gole policzyć można było na palcach jednej ręki. Chorwat dokonał tym samym tego, co nigdy nie udało się innym wielkim rozgrywającym epoki – Xaviemu, Andresowi Inieście, Andrei Pirlo. Udowodnił, ze nie trzeba kryć się w wiecznym cieniu Argentyńczyka i Portugalczyka.

Starość też radość

Chorwacja ma niecałe cztery miliony mieszkańców, którzy szczerze wierzą w dwa wyróżniki swojej narodowej tożsamości: dispet i zajednistvo. Dispet: „pomimo”, zaklinanie losu, zdolność do przewalczenia nawet największego upokorzenia w imię wielkości bojowo nastawionej jednostki i wstającego z kolan narodu. Zajednistvo: bałkańska „wspólnotowość”, przekonanie, że brat to brat, sąsiad to sąsiad, rodzina to rodzina, wszyscy za wszystkich idą w ogień. Nieprzypadkowo więc „dispet” i „zajednistvo” słusznie często występują w narracji Luki Modricia o budowaniu silnej, charakternej i skonsolidowanej reprezentacji „Hrvatski”.

Chorwacja jest niepodległa od zaledwie trzech dekad. Starsi ludzie wiedzą tam, że autonomia wymagała ofiar i gruzów, samorządność dopominała się trupów i zgliszczy, późniejsza suwerenność to wcześniejsze pożary i zgliszcza. – Ta drużyna składa się z graczy, którzy zrobią wszystko, żeby założyć koszulkę reprezentacji i pokazać światu, jak bardzo ona jest ważna i ile waży. Nie potrzeba nam dodatkowej motywacji. Walczyliśmy przez lata, aby ten naród był niepodległy. I będziemy o to walczyć do ostatniego tchu – mówił nie tak dawno Modrić w „Daily Mirror”.

W jego życiorysie zawarta jest cała prawda o złotym piłkarskim pokoleniu Chorwacji. Jest wpływająca na konstrukcję psychiczną i charakter wojna na Bałkanach. Jest przebicie się ze zrujnowanych przez bomby ulic do Dinama Zagrzeb. Jest cyrograf podpisany ze Zdravko Mamiciem. Jest wielomilionowy transfer na Zachód, który otwiera drogę innym utalentowanym „-iciom”. Jest sprostanie warunkom Premier League i Realu Madryt. I są w końcu dwa medale mistrzostw świata.

Modrić ma trzydzieści osiem lat, a rocznikowo nawet więcej, bo urodziny obchodzi we wrześniu. W Realu jest rezerwowym. W finale Ligi Mistrzów zagrał epizod w samej końcówce. W środku pola musiał ustąpić miejsca młodszym: Camavindze, Valverde, Bellinghamowi czy Tchouameniemu. Z zazdrością patrzeć może też na wielką formę młodszego o pięć lat Toniego Kroosa. Nie tak dawno Carlo Ancelotti dyskretnie proponował mu nawet przejście do roli asystenta w jego sztabie. Modrić nie był zainteresowany, bo jest w nim głód gry.

Wciąż potrafi zagrać wybitnie, czego najlepszym przykładem grudniowy mecz z Villarrealem, w którym w roli kapitana strzelił gola i zaliczył asystę. Wiadomo przy tym, że nieubłaganie termin przydatności na najwyższym poziomie 38-letniego pomocnika się kończy. Chorwacja też się starzeje, poza nim po trzydziestce są Ivan Perisić, Ante Budimir, Andrej Kramarić, Marcelo Brozović, Mateo Kovacić i Domagoj Vida, a Dominik Livaković, Marko Pjaca czy Mario Pasalić się do tego progu zbliżają. Selekcjoner Zlatko Dalić powtarza do znudzenia, że musi dbać o zdrowie swoich „staruszków”, szczególnie tego najważniejszego.

W poprzednich latach Modrić udowadniał jednak, że kolejne rozkwity młodości przeżywa w najbardziej niespodziewanych momentach. Albo inaczej: najczęściej właśnie na dużych turniejach. Jeśli dobrze liczymy, na Euro 2024 byłby to czwarty taki jego renesans w karierze. I to tylko po trzydziestce. Cóż, starość też radość.

Najgłupsza historia wokół kadry

W lutym 2023 roku Dejan Lovren zakończył karierę reprezentacyjną. Pół roku później Marcelo Brozović wycofał się z poważnej piłki klubowej i po finale Ligi Mistrzów zamienił Inter Mediolan na saudyjskie Al-Nassr. Równie głośno o obu Chorwatach zrobiło się po brązowym medalu na mistrzostwach świata.

Było to tak.

„Hrvatska” w chwale wróciła do ojczyzny. Na ulicach Zagrzebia przy stutysięcznym tłumie świętowała sukces z Kataru. Po części oficjalnej przeszedł jednak czas na odpięcie wrotek w bardziej kameralnych gronach, więc Lovren i Brozović ruszyli w balet. Niedługo później po internecie zaczął latać filmik, na którym w akompaniamencie okrzyków i muzyki pokazują gest „Za dom spremni!”. W tamtych rejonach kontynentu to odpowiednik nazistowskiego pozdrowienia „Sieg Heil”. Używali go ustasze. 

Ustasze tworzyli skrajnie prawicowy, nacjonalistyczny, faszystowski ruch, który na chorwackiej ziemi funkcjonował w latach 1930-1945. Ukonstytuowali oni zbiór zasad, który niewiele różnił się od tych z hitlerowskiego Mein Kampf”. Prawo do życia należało się tylko ludziom „czystej krwi”, a niepożądane narody miały zostać poddane masowej zagładzie. Podczas II wojny światowej współpracowali z Niemcami przy Holokauście, uchwalili prawa wzorowane na ustawach z III Rzeszy: Żydzi, Romowie, Serbowie i chorwaccy antyfaszyści internowani i mordowani byli w obozach koncentracyjnych. Lista ofiar ich działań liczona jest w setkach tysięcy. W 1945 roku ruch został zdelegalizowany. 

Po gestach gwiazdorów kadry Chorwacji wybuchł skandal, tym bardziej że w tle leciała piosenka o zabarwieniu faszystowskim autorstwa kontrowersyjnego wokalisty Marko Perkovicia. Do tablicy wywołany poczuł się Lovren, który na mundial pojechał jako piłkarz Zenita St. Petersburg. I bezwstydnie mówił, że na turnieju brakuje mu braci z Rosji. Generalnie doświadczony stoper był w Katarze rozgoryczony i skłonny do słownej szermierki, bo nawet po brązowym medalu krzyczał do dziennikarzy: Nie potraficie być dumni! Pluliście na nas od początku! Teraz mi się tu podśmiechujecie, gnoje!”.

W podobnym tonie bronił się po geście „Za dom spremni!”, cytat za „24sata: – Pretensje ma garstka nieszczęśliwych i zazdrosnych ludzi, którzy nienawidzą wszystkiego, co chorwackie. Słuchajcie, przede wszystkim nienawidzicie samych siebie. Ciekawe, czy też byliście zniesmaczeni, jak śpiewałem inne piosenki? Nie rozumiem, jak oni żyją w naszym kraju!

Potencjał na ulubieńca kibiców

Josip Stanisić

Rywalizuje z Josipem Juranoviciem, naszym starym kolegą z Ekstraklasy, aktualnie zadomowionym w Bundeslidze. Występy byłego piłkarza Legii Warszawa przeciwko Neymarowi, Viniciusowi Juniorowi czy Leo Messiemu ubarwiały śledzenie fazy pucharowej mundialu w Katarze, ale wydaje się, że półtora roku później Zlatko Dalić przy obsadzie prawej obrony wyżej stawia akcje właśnie Josipa Stanisicia.

To kandydat na duchowego następcę starzejącego się i borykającego się z problemami zdrowotnymi Ivana Perisicia. Oczywiście, grają na innych pozycjach, po innych stronach boiska, do tego jeden niżej, drugi wyżej, ale Stanisić to zaskakująco podobny profil zawodnika. Zdyscyplinowany pracuś, niezwykle przydatny taktycznie zadaniowiec, niestrudzenie biegający od linii do linii i ostatnio strzelający dla Bayeru Leverkusen ważne gole: z Bayernem w lutym, z BVB w kwietniu czy z Romą w maju.

W drużynie „Aptekarzy”, którzy w ubiegłym sezonie przegrali jeden mecz spośród pięćdziesięciu trzech rozegranych i wygrali dwa trofea, był postacią drugoplanową, ale uznawaną za pewnego rodzaju talizman. Bayer zasłynął z odwracania losów spotkań w końcówkach i doliczonych czasach gry, a akurat tak wyszło, że Stanisić na dwanaście takich sytuacji aż jedenaście razy znajdował się na murawie.

Na Euro 2024 będzie czuł się jak u siebie. Wychował się w Niemczech. Od szesnastego roku życia szkolił się w Bayernie, gdzie za Juliana Nagelsmanna potrafił nawet schować do kieszeni Kyliana Mbappe w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Później został jednak błyskawicznie skreślony przez Thomasa Tuchela, który wyżej cenił sobie Benjamina Pavarda, Noussaira Mazraouiego i Bounę Sarra. Stanisić trafił na wypożyczenie do Bayeru i zemścił się mistrzostwem Niemiec. W międzyczasie rzucił, że wolałby zostać w Leverkusen niż wracać do Monachium. Bayern kręci nosem. Widzi, że w Chorwacie drzemie duży potencjał. Mistrzostwa Europy będą dla niego doskonałym oknem wystawowym.

Kryć na plaster

Josko Gvardiol

Manchester City zapłacił za niego dziewięćdziesiąt milionów euro. Jest najdrożej kupionym środkowym obrońcą w historii Premier League. Drugie miejsce w tym zestawieniu zajmuje Harry Maguire, który kosztował tylko trzy bańki mniej. Mógłby więc Gvardiol zacytować „Laskę” z filmu „Chłopaki nie płaczą”: „Mam zajebiście wysoko postawioną poprzeczkę”. W sensie, serio, mógł to Chorwat spektakularnie spartolić.

U Pepa Guardioli nikt nie ma łatwo. U Hiszpana dostaje się wciry za każdy akt niesubordynacji. Sztab szkoleniowy City rysował nawet kiedyś podczas treningów na boisku prostokąty i kwadraty, z których Raheem Sterling nie mógł wychodzić, aby pomóc mu zrozumieć dokładną rolę w planie taktycznym. Gvardiol w okolicach Bożego Narodzenia 2023 roku też dostał od 53-letniego szkoleniowca upomnienie za zbyt ryzykowną grę, bo akurat zdarzyły mu się dwa mecze, w których jego celność podań spadła do poziomu 70%. Stoperów mistrzów Anglii wyciągnął wnioski i sezon kończył ze średnim wynikiem 88% w tej statystyce.

Gvardiol nie tylko nie przepadł w systemie Guardioli, ale niemal z miejsca stał się kluczową postacią Manchesteru City. W wieku dwudziestu dwóch lat imponuje dojrzałością, która objawia się przede wszystkim mądrością w ustawieniu i rozegraniu. „Guardian” podkreśla, że w tym drugim elemencie przejął wiele zadań Ilkaya Gündogana. Można się temu dziwić, bo przecież pozornie grają w zupełnie innych miejscach na murawie, ale kto ogląda współczesny futbol, ten wie, że klasyczne definiowanie pozycji odeszło do lamusa na rzecz wspomnianych już tu ról. Gvardiol jest zawodnikiem do nowoczesnej piłki przystosowanym niemal doskonale.

Jest liderem defensywy Chorwatów. Już w tej chwili największą gwiazdą zespołu wobec mimo wszystko niemogącego wiecznie zakłamywać skutków postępującego czasu Luki Modricia. Już na mundialu w Katarze był kapitalny. Jego szczęście również, że na Euro 2024 nie będzie Leo Messiego, który wrzucił go na karuzelę podczas półfinału MŚ.

gvardiol-przyznal-ze-w-przyszlosci-chcialby-grac-w-realu-madryt

Leśny dziadek

Zdravko Mamić

Tamtejszy „Fryzjer”. Bądźmy jednak sprawiedliwi: Ryszardowi Forbrichowi bliżej do Dyzmy, Mamić to bardziej Vito Corleone z „Ojca chrzestnego”. Albo po prostu typowy mafioso z Bałkanów. Capo di tutti capi. Trzęsący chorwackim futbolem, skorumpowany i skazany za oszustwa, przy tym nietykalny i całkowicie bezkarny, bo trzymający za mordę polityków, prokuratorów, policjantów i prawie wszystkich ludzi tamtejszej piłki. Jego brudne gierki wyniosły na szczyt Dinamo Zagrzeb. I ten szczyt rozgrywek HNL zabetonowały. Na dowód dwa fragmenty z naszych starych tekstów o Mamiciu. 

Z Dinamem Zagrzeb od lat nie potrafi wygrać ani prokuratura, ani policja, ani ligowi rywale. Klub na lata zdominował ligę, wykupił najgroźniejszych przeciwników – właściwie wchłonął całą chorwacką piłkę. Wydawało się, że stworzony mechanizm jest nie do rozbicia – oto szef klubu, doskonale rozumiejący się z działaczami najwyższych szczebli w krajowej federacji piłkarskiej, ma w swojej stajni zarówno brata-trenera, jak i syna-menedżera. Potężny klub skupuje talenty z całego państwa – nie tylko ściąga ich do drużyny, ale również do własnej agencji menedżerskiej. Jeśli młodzik chce się liczyć na zachodzie i w reprezentacji – musi przejść przez Dinamo. Jeśli zaś chce przejść przez Dinamo – musi w ten lub inny sposób współpracować z klanem Mamiciów. Najbardziej ekstremalny przypadek? Ten Eduardo da Silvy, który według kontraktu z Mamiciem miał mu… dożywotnio oddawać procent swojej pensji niezależnie od klubu, w którym grał. Po wieloletnim procesie udało mu się wywinąć z cyrografu, ale cała sprawa pokazała bardzo dokładnie, jakiego rodzaju biznesmenem jest Zdravko Mamić.

„Tylko w ostatnich latach Hajduk Split odmówił gry w spotkaniu przeciw Dinamie Zagrzeb, protestując tym samym sposobom działania Dinama i chorwackiego związku wobec kibiców – nie tylko Hajduka zresztą. Przez lata trybuny stadionu Maksimir, mimo kolejnych mistrzostw Dinama, pozostawały puste – było to pokłosie wojny ze Zdravko Mamiciem. Lokomotiva Zagrzeb, klub powiązany z Dinamem nie do końca jasnymi stosunkami właścicielskimi, przegrała 23 z 24 meczów ligi przeciw swoim patronom, jednocześnie bardzo często urywając punkty choćby Hajdukowi. W Lidze Mistrzów Dinamo przegrało 1:7 z Olympique Lyon, który potrzebował absurdalnego zwycięstwa sześcioma bramkami by wykolegować z gry Ajax Amsterdam. Chorwacki „Telegram” z okładką: „Organizacja przestępcza GNK Dinamo”, nie doczekał się żadnego przegranego sądowego sporu z tymi, których opisał. Gdy Mamić trafił do aresztu, kwota kaucji wynosiła 1,8 miliona dolarów. Zarzuty, które postawiono mu w dwóch turach na przestrzeni ostatnich dwóch lat to niezapłacone podatki, nielegalne wyprowadzania gotówki z klubowej kasy oraz zawłaszczanie funduszy Dinama przy okazji transferów”. 

Przed wyrokami sądu Mamić, który na koncie ma też dziesiątki albo setki prowokujących zachowań, obraźliwych wypowiedzi, udziałów w stadionowych bójkach i awanturach, ukrywa się w Bośni i Hercegowinie. W Dinamie Zagrzeb, przynajmniej formalnie, nie rządzi już od 2017 roku, ale zmyślnie skonstruowany przez niego system pozwala stołecznemu klubowi dalej rok po roku zasiadać na tronie piłkarskiej Chorwacji. Wpiszcie sobie nazwisko 64-letniego bandziora w chorwacką wyszukiwarkę, a wyskoczą setki artykułów o trwającym w jego sprawie procesie, w którym zeznaje nie tylko cała jego rodzina, ale też prawie wszyscy wielcy tamtejszego futbolu. Wszyscy, tylko nie największy z największych, czyli on sam. 

Zazdrościmy im…

Medali

Robert Lewandowski mówi przed Euro 2024, że reprezentacja Polski za jego czasów właściwie nigdy nie miała szans na medal dużej imprezy. Ćwierćfinał mistrzostw Europy z 2016 roku był oczywiście sukcesem, ale taka jest właśnie sucha, bolesna, ale też niepozbawiona odartej z emocji logiki diagnoza napastnika Barcelony.

Chorwatom możemy zazdrościć wielu rzeczy. W kraju, w którym żyje prawie dziesięć razy mniej ludzi niż w Polsce, rodzi się zdecydowanie większa liczba kozackich piłkarzy. Legia i Lech szkolą gorzej niż Dinamo. Europa wyżej ceni młodych zawodników o nazwiskach kończących się na „-ić” niż „-ski”. Wszystko to można jednak przeboleć. Tylko nie te medale.

W Polsce wciąż żyjemy mitem założycielskim 1974 i 1982 roku. „Meczem na wodzie” z RFN we Frankfurcie i rajdem Grzegorza Laty z Brazylią. Hat-trickiem Zbigniewa Bońka z Belgią i medalami na tacce po pokonaniu Francji. W Chorwacji podobne historie mają na świeżo. W 2018 roku zostali wicemistrzami świata. W 2022 roku sięgnęli po brązowy medal. W międzyczasie doszli do finału Ligi Narodów, gdzie Biało-Czerwoni rozpaczliwie biją się o utrzymanie w dywizji A.

Więcej niż tysiąc słów

Wiosną 2023 roku Zlatko Dalić zbojkotował plebiscyt FIFA The Best. Nie oddał głosu na najlepszego piłkarza świata, choć miał takie prawo, bo uważał, że Chorwaci nie zostali należycie docenieni.

– Chorwacja i Francja to jedyne zespoły, które zdobywały medale na dwóch ostatnich mundialach. Niedawno pokonaliśmy Francję w Paryżu i Danię w Kopenhadze, na mistrzostwach świata wyeliminowaliśmy Belgię i Brazylię, odpadliśmy dopiero z Argentyną, która wygrała złoto. I mimo to na liście do głosowania na najlepszych piłkarzy z naszej reprezentacji znalazł się tylko Luka Modrić. Gdzie pozostali? Naprawdę nie było miejsca dla Mateo Kovacicia, Josko Gvardiola czy Dominika Livakovicia wśród piątki nominowanych bramkarzy? Gdyby chodziło o Anglików, Hiszpanów, Włochów, Niemców czy Brazylijczyków z takimi wynikami jak my, znajdowaliby się w zestawieniach do wszystkich możliwych nagród. Oczekuję więcej szacunku dla Chorwacji: naszych piłkarzy i dla mnie, bo z dwoma medalami jak najbardziej na to zasłużyliśmy. FIFA powinna doceniać fakt, że tak mały kraj jak Chorwacja może grać z największymi. 

Co trzeba wiedzieć?

5 najważniejszych faktów z ostatnich dwóch lat

  1. Na mundialu w Katarze zdobyli brązowy medal. W grupie wyprzedzili Belgię i Kanadę, w 1/8 fazy pucharowej po rzutach karnych wyeliminowali Japonię, w ćwierćfinale również po serii jedenastek za burtę wyrzucili Brazylię, w półfinale dostali 0:3 od Argentyny, ale już w meczu o trzecie miejsce 2:1 pokonali Maroko.
  2. Eliminacje do Euro 2024 przeszli raczej bezboleśnie. Potknęli się z Turcją (0:1) i Walią (1:2, 1:1), ale zwycięstwa w pozostałych spotkaniach zagwarantowały im premiowane awansem drugie miejsce w grupie D.
  3. W międzyczasie w spektakularny sposób zakwalifikowali się do finałów Ligi Narodów. W swojej grupie dywizji A wyprzedzili Francję, Danię i Austrię. Później w półfinale ograli po dogrywce Holandię, ale już w finale po serii rzutów karnych musieli uznać wyższość Hiszpanów. Decydujących jedenastek nie trafili Lovro Majer i Bruno Petković.
  4. Reprezentacja Chorwacji ewoluuje, wzmacniają ją młodzi i utalentowani piłkarze, ale trzon kadry wciąż stanowi stara gwardia – Luka Modrić (38 lat), Ivan Perisić (35 lat), Andrej Kramarić (32 lata), Marcelo Brozović (31 lat), Mateo Kovacić (30 lat), Dominik Livaković (29 lat), a nawet wypychany przez młodzież, ale twardo trzymający się na posterunku Domagoj Vida (35 lat)
  5. Na fotelu selekcjonera od 2017 roku trwa Zlatko Dalić. To jeden z najbardziej utytułowanych, a zarazem szerzej nieznanych i raczej niedocenianych trenerów na świecie. „To, co robimy, robimy dla Chorwacji”, mawia.

Wyjściowa jedenastka

Czytaj więcej przed Euro 2024:

Fot. Newspix

Urodzony w 2000 roku. Jeśli dożyje 101 lat, będzie żył w trzech wiekach. Od 2019 roku na Weszło. Sensem życia jest rozmawianie z ludźmi i zadawanie pytań. Jego ulubionymi formami dziennikarskimi są wywiad i reportaż, którym lubi nadawać eksperymentalną formę. Czyta około stu książek rocznie. Za niedoścignione wzory uznaje mistrzów i klasyków gatunku - Ryszarda Kapuscińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Toma Wolfe czy Huntera S. Thompsona. Piłka nożna bezgranicznie go fascynuje, ale jeszcze ciekawsza jest jej otoczka, przede wszystkim możliwość opowiadania o problemach świata za jej pośrednictwem.

Rozwiń

Najnowsze

Niemcy

Były trener Herthy zamierza kandydować na prezydenta klubu i pozwalniać niedawnych szefów

Paweł Wojciechowski
0
Były trener Herthy zamierza kandydować na prezydenta klubu i pozwalniać niedawnych szefów

EURO 2024

Niemcy

Były trener Herthy zamierza kandydować na prezydenta klubu i pozwalniać niedawnych szefów

Paweł Wojciechowski
0
Były trener Herthy zamierza kandydować na prezydenta klubu i pozwalniać niedawnych szefów

Komentarze

23 komentarzy

Loading...