Kamil Stoch czyli wielkość. Czy to najlepszy polski skoczek w historii?

Sebastian Warzecha

06 stycznia 2021, 20:37 • 6 min czytania

Kamil Stoch czyli wielkość. Czy to najlepszy polski skoczek w historii?

Kamil Stoch po raz kolejny wskoczył do historii. Wygrywając po raz trzeci Turniej Czterech Skoczni stał się jednym z ledwie pięciu ludzi, którzy tego dokonali. Co istotne: zrobił to wspaniale, z niewiarygodną lekkością i swobodą. Tak jak czynią takie rzeczy najwięksi. On do nich zalicza się zresztą już od dawna. W mojej ocenie przerósł już nawet Adama Małysza. I to mimo tego, że ten pierwszy wprowadzał mnie w świat sportu.

Reklama

Małysz znaczy dzieciństwo

Wychowałem się na Adamie Małyszu. Miałem cztery lata, gdy zaczął odnosić wielkie sukcesy. W korytarzu u dziadków rozciągałem miarkę i skakałem, rozpędzając się z kuchni i skrupulatnie notując kolejne wyniki. Grałem w Deluxe Ski Jump, grałem w Skoki Narciarskie 2002 (umiecie to w ogóle przeczytać bez dodawania „Serdecznie zapraszam, Adam Małysz”?), grałem też w późniejsze wersje – aż do 2006. Dla mnie Małysz to jeden ze sportowców mojego życia i najważniejszych idoli dzieciństwa. Dla mnie Małysz to największy skoczek w historii tego kraju.

Ale nie najlepszy. A to istotna różnica.

Reklama

Dla wielu może to być obrazoburcze. Zresztą z podobnych powodów, jak te, o których przed chwilą napisałem. Małysz to polskie skoki. Polskie skoki to Małysz. Czy Kamil Stoch osiągałby takie sukcesy, gdyby nie było Adama Małysza? Być może. Ale na pewno miałby o wiele trudniej po drodze. Gdyby pewien wąsaty jegomość z Wisły 20 lat temu nie zaczął podbijać serc Polaków, cały nasz sport wyglądałby zupełnie inaczej. A skoki? Trudno je sobie nawet wyobrazić bez Adama. Może nie byłoby wyremontowanej Wielkiej Krokwi. Może nie byłoby nowych skoczni w Wiśle-Malince. Może nie byłoby Kamila Stocha-dominatora i Dawida Kubackiego-mistrza świata. Niemal na pewno nie byłoby tylu chętnych dzieciaków do skakania.

Adam Małysz to dla mnie i dla wielu osób w Polsce pewien symbol. Symbol pewnej przemiany, wejścia w XXI wiek również pod względem sportowym. To gość, który nagle sprawił, że mieliśmy kogoś, kogo tydzień w tydzień mogliśmy podziwiać. W czasach jednej z większych zapaści naszego sportu, gdy piłkarze dopiero mieli wywalczyć awans na mundial po dłuższej przerwie, przedstawiciele pozostałych sportów zespołowych jeszcze się nie obudzili, lekkoatleci – z wyjątkami, że wspomnę o młociarzach i Robercie Korzeniowskim – raczej odstawali od światowej czołówki, a innych dyscyplin raczej nikt namiętnie nie oglądał.

Za to skoki… O, skoki – to było to. W tym zakochał się cały kraj. I zapanowała małyszomania. Adam był wszędzie. Pamiętam, że miałem go choćby na ulubionym kubku, okraszonym cytatem: „Myślałem, że już nie wyląduję w ogóle”. Po jakimś czasie rozbiła go moja mama. Na widok mojej miny, gdy mi o tym powiedziała, od razu zapewniła, że kupi mi jakiś inny, też z Małyszem. Na całe szczęście mieszkaliśmy tuż obok Wisły. Kubki z Adamem były na każdym rogu. Choć szczerze mówiąc podejrzewam, że w Warszawie też bez problemu jakiś by znalazła.

Małysz znaczy więc dla mnie dzieciństwo. Wiele wydarzeń kojarzę przez to, co wtedy osiągał i jak skakał. Ręka w gipsie – początek sezonu 2001/2002. Ferie na obozie w Czechach – mistrzostwo świata 2007. Śmierć psa (serio) – benefis w Zakopanem. Tak, Adam Małysz był dla mnie ważnym gościem.

Stoch znaczy wielkość

Kamil Stoch kiedyś powiedział, że nie chce być drugim Adamem Małyszem. Zresztą nawet gdyby właśnie tego pragnął – nie mógłby. To cel nieosiągalny. Nigdy nie będzie już drugiej małyszomanii. Poszliśmy za daleko do przodu, staliśmy się w tym wszystkim zbyt dobrzy. Sukcesy odnoszą siatkarze, świetni są lekkoatleci, dobrze radzimy sobie też w innych dyscyplinach, nawet piłkarze od czasu do czasu pozytywnie zaskoczą. Nasz sport przez ostatnie dwadzieścia lat naprawdę urósł w siłę. Dlatego jedna, choćby najwybitniejsza jednostka – a Kamil Stoch wybitny jest – nie osiągnie tego rodzaju sukcesu, jaki osiągnął Adam Małysz.

Czy jednak to oznacza, że nikt nigdy nie będzie w Polsce skoczkiem lepszym od Małysza?

Myślę, że nie. Myślę wręcz, że już kogoś takiego mamy. Właśnie w osobie Stocha. Największym, oczywiście, zawsze pozostanie Adam – przez cały wpływ, jaki wywarł na nasz sport. Najlepszym jednak nazwałbym Kamila. Nie wiem, co prawda, czy skoczyłby 151,5 metra w Willingen tak, jak zrobił to Małysz. Wiem za to, że po jego skokach niejednokrotnie łapałem się za głowę niczym Apoloniusz Tajner w Trondheim, gdy zobaczył, co Adam wyczyniał na skoczni. Wiem też, że Kamil również potrafił dominować – choćby pod koniec sezonu 2017/18, gdy nie było na niego mocnych.

Stoch jest wielki. Od jedenastu lat wygrywa co najmniej jeden konkurs Pucharu Świata rocznie. Na koncie ma już 38. takich triumfów – o jeden mniej od Małysza, ale śmiało można założyć, że Orła z Wisły wyprzedzi. Ma trzy olimpijskie złota. Ma mistrzostwo świata. Ma trzy Turnieje Czterech Skoczni (z czego jeden ze zwycięstwami we wszystkich konkursach, a to ważne!). Dwie Kryształowe Kule. Łącznie pięć razy stał na podium klasyfikacji generalnej PŚ. Od sezonu 2010/11 tylko raz wypadł z najlepszej dziesiątki na koniec zimy. W locie niezmiennie jest doskonały. Można go tylko podziwiać.

Jasne, koniec końców to wszystko kwestia klasyfikacji. Bo Małysz ma przecież dwa razy więcej Kul w dorobku. I czterokrotnie był mistrzem świata. I też długo skakał na najwyższym poziomie. Ja sam mam jednak w głowie pewne przeświadczenie, że medale igrzysk są najcenniejsze. A złota z nich przywoził ten młodszy. I właśnie tymi złotami Kamil tę rywalizację – w mojej głowie – wygrywa. Choć „rywalizacja” to pewnie złe słowo. Myślę, że obaj wzajemnie cieszyli się ze swoich sukcesów. Stoch, gdy obserwował w akcji i chciał dorównać Małyszowi. Małysz, gdy widzi jak Stoch to robi.

Więc pewnie najlepiej byłoby napisać to tak: mamy dwóch skoczków, którzy są wśród najlepszych w historii tej dyscypliny. I to jest piękne.

Kamil wśród największych

Matti Nykaenen wydaje się nie do dogonienia. Choć Kamil Stoch zagina czas – dziś został drugim najstarszym triumfatorem Turnieju Czterech Skoczni – więc może za kilka lat przyznam, że kompletnie się tu pomyliłem. Osiągnięcia Fina są jednak niesamowite, a Polakowi nieco jeszcze do niego brakuje. Nawet gdyby połączył siły z Adamem Małyszem, nie mieliby na przykład mistrzostwa świata w lotach, jedynego tytułu, jakiego nie ma Kamil w swoim fantastycznym dorobku.

Stoch już teraz ma jednak zagwarantowane miejsce w gronie największych tej dyscypliny. I to, ośmielę się stwierdzić, na jego podium. Wielka trójka na ten moment zdaje się wyglądać tak: na czele Nykaenen, a za jego plecami – dopasujcie odpowiednią dla was kolejność – Małysz i Stoch. Dalej idą skoczkowie tacy jak Janne Ahonen (ponad sto podiów w konkursach PŚ, pięć zwycięstw w TCS), Jens Weissflog (idol Adama Małysza), Gregor Schlierenzauer (rekordzista w liczbie zwycięstw w konkursach PŚ), Simon Ammann (cztery złota olimpijskie) i reszta tej ferajny. Każdy z nich wielki, każdy w pewnym momencie swojej kariery wręcz doskonały. A jednak każdy ogółem – tak się zdaje – gorszy od Kamila Stocha.

Nie ma co ukrywać – jesteśmy szczęściarzami. Najpierw mogliśmy dać się porwać małyszomanii. A gdy już trochę ochłonęliśmy, pojawił się gość, który zabrał nas w nową erę naszych skoków. Erę, w której oglądamy to wszystko już z zupełnie innej perspektywy, a jednak widok jest równie piękny. Kamil Stoch dokonał w swojej karierze czegoś niebywałego – zapełnił lukę po kimś takim jak Adam Małysz. Udźwignął tę presję. Nie tylko zdołał nie dać się jej przygnieść, ale wręcz wyskoczył ponad nią, samemu stając się legendą naszego sportu. I być może to jego największy sukces.

Co ważne: ta legenda wciąż skacze. Co ważniejsze: skacze doskonale. A co najważniejsze: nadal wygrywa..

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Igrzyska

Usłyszała od Piesiewicza, że będzie chorążą. „Jestem dumna”

Jakub Radomski
10
Usłyszała od Piesiewicza, że będzie chorążą. „Jestem dumna”
Igrzyska

Przeanalizował szanse Polaków. „Żurek jedzie po dwa medale”

Jakub Radomski
6
Przeanalizował szanse Polaków. „Żurek jedzie po dwa medale”
Igrzyska

Słaby Stoch w treningach. „Spędziłem 12 godzin w aucie”

Jakub Radomski
14
Słaby Stoch w treningach. „Spędziłem 12 godzin w aucie”
Reklama
Reklama