Reklama

W Łodzi kleiły się tylko oczy

redakcja

Autor:redakcja

15 lutego 2020, 17:49 • 4 min czytania 0 komentarzy

Na 96 minut meczu przez 50 nie działo się absolutnie nic, bo piłka była w ruchu zaledwie przez 46. Celnych strzałów było mniej niż żółtych kartek, strzałów w ogóle – o 15 mniej niż fauli. Goli? Oczywiście w takim wypadku zero. Mecz ŁKS – Wisła Płock mógłby się nie odbyć, panowie mogliby sobie w tunelu podać ręce, ustalić że dzielą się punktami, a i my, i wy, i oni – wszyscy zaoszczędziliby jakieś dwie godziny.

W Łodzi kleiły się tylko oczy

Można było odnieść wrażenie, że ktokolwiek by się na boisku pojawił, jakimkolwiek technicznym grajkiem by był, i tak zostałby przez dwudziestu jeden pozostałych szybko sprowadzony do parteru i koniec końców wraz z nimi babrał w tej kopaninie. Symboliczne było to, co działo się tuż po zmianach. Taki Damian Rasak zaliczył trzy kontakty z glebą jeszcze nim zaliczył trzy z piłką, a wprowadzony niedługo wcześniej Cillian Sheridan w pierwszej swojej akcji od razu znalazł się w centrum walki pięciu (!) zawodników o piłkę na kilku metrach kwadratowych.

Najdelikatniej rzecz ujmując, w Łodzi gra kleiła się jak klej w sztyfcie zostawiony przez miesiąc bez nakrętki. Ale my nie od tego, by być delikatnymi. Ten mecz był po prostu do dupy. Bardzo ciężkostrawny, z każdą minutą coraz mocniej krzyczący: „olej mnie, jest tyle fajnych rzeczy do roboty”. Jeśli po spotkaniu w trzech urywkach zakwalifikowanych jako „akcje meczu” mamy jeden strzał, który po rykoszecie poleciał obok bramki, jeden z ostrego kąta po tym, jak Malarz wypuścił z rąk piłkę, której wypuścić nie miał prawa i jedno uderzenie w środek bramki z dystansu, no to coś tu jest nie tak, przyznacie.

Mieliśmy w tym spotkaniu dostać następcę Daniego Ramireza, wobec którego nadzieje są spore. Antonio Dominguez pokazał się jednak tylko w kilku dryblingach, często bezcelowych i finiszowanych stratą lub podaniem do tyłu, a także dał poznać, jako gość, który lubi uderzyć. Nawet jeśli ma trzydzieści metrów do bramki, stara się złapać równowagę i rozsądek podpowiada, że szanse na powodzenie są takie, jak na wygraną w Dużym Lotku.

Reklama

Nastawialiśmy się na kolejny obiecujący występ Dawida Kocyły, który bez kompleksów, przebojem wdarł się do ekstraklasy w meczu z Pogonią Szczecin. Zamiast tego jednak okazało się, że zęby ostrzymy na dużo mniej efektowną grę, podsumowaną dośrodkowaniem z prawego skrzydła, które wylądowało bliżej prawej chorągiewki narożnej niż pola karnego.

I tak można by wymieniać długo – w zasadzie jedyni, którzy mogli się podobać, to obrońcy. Gracia i Dąbrowski wyglądali jak para stoperów, jakiej ŁKS-owi tak straszliwie jesienią brakowało, cały blok obronny Wisły Płock radził sobie w większości sytuacji bez większych kłopotów z każdą próbą zawiązania składnej akcji w okolicach szesnastki gości. Gdzieś tam próbował szarpać Merebaszwili, który zdaje się być najlepiej dysponowanym piłkarzem ofensywnym płocczan początku rundy, dużo dobrego – nie tylko ze stojącej piłki – dawał w środku pola Furman, zaliczając sporo udanych przechwytów. Obiecujący był też pierwszy tak długi występ Ratajczyka – spartolił sytuację, gdy dostał piłkę po lewej stronie pola karnego, ale czekał za długo, by Rzeźniczak nie zdołał wybić piłki. Ale też mógł mieć naprawdę śliczną asystę, gdy minął trzech zawodników w tłoku i wyłożył piłkę do Piątka. Tylko blok Urygi ustrzegł Wisłę przed stratą późnego gola na 1:0.

Gdyby jednak padła bramka, zakłamałaby ona totalnie obraz tego meczu. Obraz nędzy i rozpaczy. Gol paść mógł też – a może i powinien – gdy w pierwszej połowie w nogi Bogusza wpakował się Furman. Ręce do góry w geście niewinności podniósł już zmierzając w kierunku piłkarza ŁKS-u, ale wydaje się, że jego kontakt z nogą postawną prawego obrońcy łodzian był. I że Jarosław Przybył po konsultacji z sędzią VAR powinien był wskazać na jedenasty metr. Swoją drogą tak jak piłkarze, tak i Przybył nie miał dziś najlepszego dnia. Jeśli założyć, że brak karnego w tej sytuacji to nie był jasny, oczywisty błąd, jakie ma rugować VAR, to po prostu momentami mecz wymykał mu się spod kontroli. Karał więc kartkami piłkarzy, karał trenerów, a chamskich zagrywek nie było mniej, a więcej.

I taki to właśnie był mecz. Słaby piłkarsko, słaby sędziowsko, na – póki nie zostanie zbudowany do końca – jednym z najsłabiej wyglądających dziś ekstraklasowych obiektów. Kto nie oglądał, ten wygrał.

FireShot Capture 079 - ŁKS Łódź - Wisła Płock - 207.154.235.120

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

0 komentarzy

Loading...