Reklama

Masz pieniądze? Pojawią się ludzie chcący „pomóc ci przy inwestycjach”

redakcja

Autor:redakcja

18 lutego 2019, 20:04 • 25 min czytania 0 komentarzy

Dawid Plizga, jeszcze do niedawna wyróżniający się ligowiec, który zagrał w kadrze u Smudy i Nawałki. Dziś, zwerbowany do LKS Goczałkowice, występuje w czwartoligowym klubie Łukasza Piszczka.

Masz pieniądze? Pojawią się ludzie chcący „pomóc ci przy inwestycjach”

Nie narzeka jednak. Piłka wciąż sprawia mu tyle samo frajdy, a finansowo należy do tych zawodników, którzy potrafili podczas najlepszych lat zabezpieczyć się na przyszłość poprzez różne inwestycje, między innymi… w zabytkowe samochody.

Co nie znaczy, że wszystkie inwestycje były trafne. Czego musi wystrzegać się piłkarz? Jakich osób, jakich wydatków? 

Dlaczego musiał się ukrywać z dodatkowymi treningami? Czy polski piłkarz powinien trenować więcej?

W jakim klubie testowano zawodnika na prochach? Jaki ligowiec mógłby się równać przeglądem szafy z Grzegorzem Krychowiakiem?

Reklama

Dlaczego Wiktor Płaneta, zwycięzca reality show „Piłkarski Diament”, nie poradził sobie w poważnej piłce? Z kim trzeba było rozmawiać przez Google Translatora? Ile lat miał naprawdę Moussa Yahaya?

Zapraszamy.

***

Jaki jest twój aktualny status?

Podpisałem kartę amatora, więc chyba amator. Cieszę się, że cały czas mogę grać, piłka sprawia mi wciąż mnóstwo frajdy.

Latem mówiłeś, że w Goczałkowicach zostaniesz tylko na pół roku, a potem rozejrzysz się za czymś wyżej.

Reklama

Taki był plan, ale plany trzeba weryfikować.

Co się stało, że musiałeś je weryfikować?

Nie miałem żadnej konkretnej oferty. Widocznie PESEL nie pozwala już… nie powiem, że grać wyżej, bo wciąż czuję się bardzo dobrze, ale wiemy jakie są czasy, dziś stawia się na młodych.

Zakopałeś się w IV lidze, wyrzucił cię ten ruch na margines?

Nie wiem czy się zakopałem, ale wolę grać w IV lidze niż trenować samemu i czekać na oferty. Bez porównania ciekawsza opcja.

Czym zaskoczyły cię niższe ligi?

Niczym, miałem z nimi kontakt czasami grając w rezerwach Górnika w III lidze. Spodziewałem się słabych boisk, które podkreślają rolę przypadku w futbolu. Naturalne murawy z reguły są krzywe, a sztuczne tak zniszczone jak byśmy grali na betonie. Mecz z rezerwami Podbeskidzia w Bielsku: boisko było tak twarde, że mimo długich opadów deszczu nie nadawało się by grać na niej w lankach, musiałem założyć buty przeznaczone na zmrożona nawierzchnię. Bardzo niebezpieczna „murawa”, jedno krzyżowe u nas wtedy poszło.

Rywale spinają się na Dawida Plizgę?

Wydaje mi się, że tak, ale to naturalne. Identycznie bym reagował na ich miejscu. Podobnie jest choćby z polskimi drużynami, które grają w europejskich pucharach z mocnymi zespołami – nikogo nie trzeba motywować, każdy chce się pokazać, czasem nawet, za przeproszeniem, wpierdolić się komuś. Grałem przeciwko Inieście w U21, on już wtedy brylował w Barcelonie. Dostałem na nim żółtą kartę za wślizg. I tak nie szło mu odebrać piłki, dziewięćdziesiąt minut bez straty. Jak my wtedy wygraliśmy 0:1 – do dziś nie wiem.

ówną rolę w twoich przenosinach do Goczałkowic odegrał Łukasz Piszczek. Długo się wahałeś?

Trenowałem sam, ciekawych ofert nie było, tylko telefony z drugiej, trzeciej ligi, ale i tak bez konkretów. Zadzwonił Łukasz. Znaliśmy się od lat, jeszcze z kadry młodzieżowej Śląska, a później także z Zagłębia Lubin. Spotkaliśmy się na obiedzie. Zapytał, czy jeżeli nic nie będę miał, to taka opcja wchodzi w grę. Od razu pokazał mi na telefonie jakim ustawieniem grają, jakie preferują schematy gry… stwierdziłem, że nie będę w domu dłużej siedział, czekał na nie wiadomo co, czas wrócić na boisko.

Prezes Piszczek często interweniuje jak wam nie idzie?

Bardziej wtedy z trenerem rozmawia. Ogląda natomiast wszystkie mecze, nawet sparingi – dzisiejszy też oglądał. Jak coś jest nie tak, od razu pisze. Żyje wszystkimi sprawami związanymi z klubem. Końcówkę rundy jesiennej mieliśmy na pewno lepszą, a trzeba też brać pod uwagę, że w Goczałkowicach dopiero powstaje baza, więc do tej pory wszystko graliśmy na wyjazdach.

Ciężko się przestawić na czwartą ligę po Ekstraklasie?

Nie. Tu jest piłka, tam jest piłka. Tu biega po jedenastu, tam po jedenastu. Gramy ambitnie, bo nie ma u nas lagi, tylko próbujemy krótkich podań po ziemi. Na słabej jakości boiskach nie jest to łatwe, ale na długą metę powinno przynieść korzyść.

Skoro masz status amatora, to z czego aktualnie się utrzymujesz?

Mam inne źródła dochodu. Nie przetańczyłem pieniędzy. Nigdy nie byłem szczególnym imprezowiczem, choć nie ukrywam: zaliczyłem parę nieudanych inwestycji. Parę też jednak udanych, więc nie ma co narzekać.

Pokutuje mit, że piłkarz potrafi przepuścić wielkie pieniądze na zbędne luksusy. Im więcej z wami rozmawiam, tym bardziej wydaje mi się, że najwięcej pochłaniają nietrafione inwestycje.

Z niektórymi ludźmi do dziś się sądzę. Jeśli masz duże pieniądze, pojawiają się nagle dużo ludzi, którzy chcą ci „pomóc przy inwestycjach”. Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że fundusze inwestycyjne nie są najgorsze, uczą odkładania pieniędzy, ale ciężko na nich zarobić. Najgorsze są tak zwane pewniaki, szybki zarobek w krótkim czasie, a trzeba pamiętać, że w inwestycjach nigdy nie ma nic pewnego. Wszystkie propozycje wysokiej stopy zwrotu – 15, 20% – w krótkim czasie są bardzo ryzykowne, jeżeli nie są oparte na rzeczy materialnej, np. obrazach, autach zabytkowych. Okazje są, ale wymagają dogłębnej wiedzy. Trzeba albo się to bardzo mocno zagłębić, albo trafić na odpowiednich ludzi, godnych zaufania i znających się na rzeczy. Gra na giełdzie to też ryzyko, szczególnie, jeśli się na tym nie znamy, mimo to polska giełda jest bezpieczniejsza niż choćby rynek walut.

Grałeś na giełdzie?

Gram cały czas na polskim rynku akcyjnym. Troszeczkę o tym czytałem, troszeczkę mam też czasu, żeby temu poświęcić, wejść w temat. Jest z tego dochód, mały bo mały, ale drobnymi kroczkami buduje się kapitał i kolejne źródło pasywnego dochodu.

Ciężko się oswoić ze stratą dużych pieniędzy, które źle się zainwestowało?

I tak i nie. Na pewno boli, bo to pieniądze, za które można by kupić mieszkanie. Ale tego nie zmienię. Nie mam na to wpływu. Stało się, zaufaliśmy pewnym osobom, nacięliśmy się, koniec. Mogę tylko wyciągnąć z tych błędów naukę i wierzę, że tak zrobiłem.

Na czym najbardziej się naciąłeś?

Na tym, że pewne osoby będą obracać moimi pieniędzmi na rynku walutowym. Początkowo to fajnie wyglądało, trochę zarobiłem i wypłaciłem, ale później się zepsuło.

Może to taki schemat. Na początku pokazują ci wyniki, żeby cię wciągnąć, a później okradają.

Zgadza się, model z piramid finansowych, Amber Gold i innych podobnych. Trzeba się wystrzegać.

A co byś polecał piłkarzom?

Najbezpieczniejsze są mieszkania, ziemia, lokal użytkowy. Sam mam w Katowicach lokal użytkowy pod wynajem, trzy działki kupione, mieszkanie w Bielsku… Jest tego trochę. Posiadam też samochód zabytkowy. Wcześniej ukończyliśmy i sprzedaliśmy Glas 1500GT, teraz mamy na ukończeniu Fiata Ghia.

Ghia_450_silver_vl_TCE

Źródło: Wikipedia

Co jest w nich takiego wyjątkowego?

Nie wiem! Od tego są odpowiedni ludzie, którzy się tym zajmują. Proponują mi auta, które schodzą, ja je oglądam, oceniam ryzyko i zajmuję się finansami. Podchodzę do tego stricte biznesowo, nie mam wielkiej pasji motoryzacyjnej. Prywatnie od jedenastu lat jeżdżę tym samym samochodem, Hondą Civic. Pierwsze auto, a służy do dziś. Piłkarze często ogromne pieniądze wydają na samochody. Mnie to nigdy nie kusiło, jeździ? Nie psuje się? To po co lepsze.

Jak ważne jest, żeby mieć poukładane życie prywatne? Znasz takich, co nie mieli tego komfortu i wytrącało ich to z równowagi?

Widziałem związki z miłości, ale miłości do pieniędzy. Powiem tak: dużo mam wśród swoich znajomych rozwodów. Co chwila ktoś. Ja miałem to szczęście, że poznałem swoją żonę jeszcze jak byłem juniorem, pieniędzy nie miałem wcale, statusu żadnego – topowy piłkarz, owszem, jest na piedestale, cieszy się dużym statusem społecznym. Na reprezentacji spotykałem piłkarzy uznanych, będących z dala od swoich partnerek. Widziałem jakie robią wrażenie na dziewczynach. Różnie się to kończyło. Ja tam akurat nigdy nie byłem, nie imprezowałem, jak mam nieprzespaną noc to się źle czuję, nie wiem co się działo dalej. Ale z tego co wiem, kończyło się to czasem z rozwodami. Na piłkarza czeka wiele pokus. Fajne samochody, dużo pieniędzy, rozpoznawalność. Ma co uderzyć do głowy. Jak w młodym wieku to wszystko zaczyna cię dotyczyć, a czasem jest osiągnięte niewielkim kosztem, małym wysiłkiem, to zawodnik czuje się „bogiem”, miasta chociażby. Wszędzie zapraszają, wszędzie drzwi otwarte, każdy klub, każda restauracja. Trzeba siły woli, świadomości i – nie ukrywajmy – odpowiednich ludzi wokół, by się temu nie poddać.

Myślisz, że jakby porównywać zawodami, rozwodów u piłkarzy będzie najwięcej?

Nie wiem czy najwięcej, ale na pewno powyżej średniej. U niektórych problem zaczyna się po zawieszeniu butów na kołku. Niektóre kobiety pokazują wtedy prawdziwe oblicze. Przyzwyczaiły się do pewnej wysokiej stopy życiowej i nie mogą się oswoić, że przestały wpływać na konto pięciocyfrowe pensje. Różnie bywa: inne te pieniądze, które zarabia piłkarz, inwestują w siebie, otwierają biznes.

W jaki sposób dzisiaj podchodzisz do piłki?

Tak samo jak zawsze. Trenujemy trzy raz w tygodniu, do tego mecz. Ja sam dokładam sobie dodatkowo trzy treningi, co robiłem mając również profesjonalny kontrakt.

W profesjonalnej piłce trenerzy czasem zabraniają dodatkowych treningów. Patryk Lipski opowiadał mi, że w Ruchu Chorzów chcieli potrenować rzuty wolne, ale byli wyganiani z boiska, żeby zachować świeżość. Musiałeś się ukrywać z dodatkowymi treningami?

Tak, w większości przypadków. Jeśli chodziłem na siłownię czy trening biegowy, z reguły robiłem to w takich miejscach i godzinach, żeby mnie nikt nie widział. Raz miałem już nawet przygotowaną karę za to, że sam trenowałem – dziesięć tysięcy złotych.

Polski piłkarz trenuje za mało?

Według mnie mógłby trenować więcej. Dla każdego jest to kwestia indywidualna, wrzucanie wszystkich do jednego worka na szczęście skończyło się dawno temu, ale trzeba znać siebie i swój organizm. Dla kogoś trening będzie optymalny, dla kogoś innego to będzie o wiele za mało. Ja czułem, że potrzebuję więcej i dokładałem sobie dwie jednostki treningowe, nie jakieś specjalnie długie, po 30 do 45 minut, ale zawsze. Miałem trzy operacje kolana, dużo wiedziałem o swoim organizmie i wiedziałem czego potrzebuję, zarazem żeby nie przeszarżować.

Teraz czytelnik powie: no dobra, dokładałeś treningi, ale łapałeś poważne kontuzje. Może to dlatego? Może trenerzy zakazujący zajęć na własną rękę mają rację?

Z tym, że ostatnią kontuzję kolana miałem w 2011 roku i to ona uświadomiła mi, że powinienem trenować więcej. Podczas rehabilitacji więzadła pracowałem tak ciężko, że miałem odruchy wymiotne. Jak schodziłem z zajęć, w amoku kładłem się na kwadrans, zjadałem szybko kilka owoców i dopiero potem zaczynałem kumać co się dzieje. Oczywiście czasem pojawiały się myśli: po co tak się katuję? Niektórzy trenują na pół gwizdka i dobrze się czują. Ale mi to było potrzebne, po powrocie czułem się rewelacyjnie. Nie miałem już później żadnych urazów zmęczeniowych. To wcześniej dwa razy zrywałem więzadła na tle zmęczeniowym, ale z braku zadbania o właściwą regenerację. Najpierw mając dziewiętnaście lat, zagrałem szybko kilka meczów w dorosłej piłce, nie byłem na to jeszcze fizycznie przygotowany i stało się. Za drugim razem lekarze mówili, że jestem już gotowy do powrotu, ale kompletnie nie byłem, ich błąd, poszły znowu. Za trzecim razem graliśmy trzy wyjazdowe mecze z Jagiellonią na przestrzeni dziewięciu dni, czułem się źle i kolano nie wytrzymało.

To jakie robiłeś zaniedbania jeśli chodzi o regenerację?

Odnowa biologiczna, regeneracja – dopiero dziś wiem, że są tak samo ważne jak trening. Nie twierdzę, że to była dla mnie czarna magia, ale nie przywiązywałem do tego wielkiej wagi. Masaże? A tam, szkoda czasu. Wysiedzieć w zimnej wodzie? A po co, chodźmy na basen. Na pewno można było zrobić więcej.

Jak patrzysz na lata wstecz, czujesz niedosyt czy zadowolenie?

Nie myślę, czy mogłem osiągnąć więcej czy mniej, każdemu młodemu chłopakowi życzę, żeby zagrał w Ekstraklasie, strzelił bramkę na kadrze. Jestem na pewno zadowolony, że po trzech zerwanych więzadłach i operacji barku, gdzie takie kontuzje to wielki wysiłek fizyczny i psychiczny, wróciłem i grałem dobrze. Na tyle, by dostać jeszcze powołanie do kadry u trenera Nawałki. Ktoś powie: to tylko mecz ligowców. Dobrze. Nie twierdzę, że było inaczej. Ale niech ktoś pojedzie i zobaczy jak to wygląda z bliska, jaka jest rywalizacja.

Była szansa zostać w kadrze Smudy przed Euro? Znaliście się z Lubina, na meczu strzeliłeś bramkę.

Strzeliłem, ale moim zdaniem Smuda miał już ustaloną kadrę, a na moją pozycję zawodników o bardziej uznanej marce. Zero pretensji. Szkoda, że nie udało się dostać do kadry wcześniej, może jakbym trafił za młodu, zadomowiłbym bym się w niej na dłużej.

Powiedziałeś, że dzisiaj mocno patrzy się na wiek.

A jeszcze od przyszłej rundy wchodzi obowiązkowa gra młodzieżowca. Znajdź mi kilkudziesięciu bardzo dobrych młodzieżowców, a tylu będzie potrzebnych, bo przecież potrzeba przynajmniej trzech-czterech w klubie, żeby trener miał jakiekolwiek pole manewru. Kluby będą się o nich bić, a ci mają możliwość podbijania ceny.

Wylęgarnia patologii?

Oby nie. Oby jak najwięcej z nich trafiło do reprezentacji Polski, oby wyjeżdżali na Zachód i się rozwijali. Ale parasol ochronny nad młodymi piłkarzami już jest rozłożony. Ja wchodziłem do szatni z uznanymi markami, Ryśkiem Czerwcem, Mirkiem Widuchem, nie było patrzenia na to kto młody, a kto stary, tylko wychodzisz, zapierdzielasz. Jesteś dobry to się utrzymasz. Prosta, naturalna selekcja. Teraz trenerzy będą mieli dylemat. Daj Boże, żeby to był pozytywny ból głowy i znalazły się talenty, ale co jeśli takich nie ma?

Chyba, że są zasoby w niższych ligach. Ja jestem zdania, że wielu chłopakom z takich rozgrywek brakuje tylko i aż regularnych treningów. Ta sama skala talentu, ale ktoś trenuje dwa razy więcej, a drugi hobbystycznie po ośmiu godzinach pracy – w fizycznie zorientowanej piłce wiadomo jaką to może stworzyć różnicę. Ale stwórz temu pierwszemu podobne warunki, nie musi być gorszy.

Myślę, że wielu dałoby radę, mają umiejętności może ciut gorsze, ale ambicji i serca tyle samo. Tylko trenują trzy razy w tygodniu, gdzie profesjonalista trenuje siedem, osiem razy, w dodatku pod okiem fachowców z najwyższej piłki. Nie mieli tyle szczęścia, co my, zawodnicy co zagrali w Ekstraklasie. Bo nie oszukujmy się. Szczęście jest również ważne, ja je miałem. GKS Katowice nie miał pieniędzy. Zimna woda w kranach, obozy dochodzeniowe w Katowicach, w hotelu przy Ceglanej. Biegaliśmy po parku, trenowaliśmy na zakolach boiska głównego albo gdzieś z bloku. Niektórzy nie dostali wielu wypłat, ale ja dzięki temu dostałem szansę, zarówno na grę, jak i profesjonalne treningi od lat nastoletnich.

Kogo najmilej wspominasz z pierwszej szatni? Ważny moment dla piłkarza: wchodzi do seniorów, przyda się wsparcie.

To była taka ekipa, że każdy pomagał. Wspomniany Mirek Widuch z jednej strony, z drugiej Artur Andruszczak, który mieszkał koło mnie i woził mnie na treningi, jeśli akurat nie szedłem do szkoły. Do tego Mateusz Sławik, Tadziu Bartnik czy Rysiek Czerwiec, który zawsze służył dobrą radą. Piłkarsko niesamowity.

Do dzisiaj gra raptem ligę niżej od ciebie.

Nie dziwię się. Rysiek może z koła nie wychodzić, a kilka asyst zawsze da. Mi mówił wtedy: słuchaj, stój z odpalonym motorem i bądź gotowy. Będę miał piłkę to ci zagram.

A pamiętasz Moussę Yahayę?

W szatni się nie spotkaliśmy, ale krążyły o nim w Katowicach legendy. Największe o jego wieku. Grał w GKS-ie, poszedł do Legii, a potem wrócił znowu do nas. I wciąż miał tyle samo lat. Ja nie wiem, czy w Warszawie wolniej czas płynie? Grałem też z Traore i podobna historia: nie wiadomo było czy to rocznik 1982 czy 1986.

Dramatyczny był twój drugi sezon w GKS, przegraliście w nim choćby z Zagłębiem Lubin 0:7.

Dzień wcześniej trenera Boreckiego zmienił trener Broniszewski. Zaaplikował nam mocny trening przed meczem i stało się jak się stało. Ja wszedłem na dziesięć minut i nawet tyle nie mogłem biegać. Ale nie chcę szukać wymówek. Wstyd, kto wie, czy nie największa porażka GKS-u i największa wygrana Zagłębia.

A tamtym GKS mówi się również przez pryzmat brudów korupcyjnych.

Przeglądałem później słynną listę meczów Fryzjera (link do listy – KLIK – przyp.red.). Okazało się, że w pięciu meczach grałem lub siedziałem na ławce. Z boiska bym nie powiedział, może poza jednym przypadkiem na Cracovii. Płakałem na boisku. Chciałem z niego zejść. 0:0, wychodzę sam na sam, mijam bramkarza, on wycina mnie przed polem karnym. Ewidentna czerwona. Sędzia nic, gramy dalej. Nie wierzyłem co się dzieje.

Przegraliście 0:2, sędziował Zbigniew Marczyk.

Nie szło nic zrobić, mimo wielu prób. Jestem pewny, że nikt z naszych przy tym meczu nic nie mieszał, ale powiem tak: ten arbiter na pewno miewał lepsze mecze. (Pamięć bywa zawodna. Ustawienie meczu Cracovia – GKS było przeprowadzoną we współpracy ze służbami prowokacją Dziurowicza, dzięki której zatrzymano Fijarczyka. Na liście meczów ustawionych tego spotkania nie ma – przyp. red.)

 Po GKS-ie trafiłeś pod skrzydła Smudy do Lubina.

Szybko polubiłem samego trenera i jego treningi. Może nie były taktycznie wybitnie ułożone, ale uważam, że tamto Zagłębie grało świetną piłkę. Każdy trening opierał się na piłce, dużo gry po ziemi, a mieliśmy mocny środek: Darek Jackiewicz, Andrzej Szczypkowski, Maciej Iwański, to miał kto rozgrywać. Pamiętam, że Smuda nienawidził, jak ktoś kantuje przy faulach. Wojtek Łobodziński lubił się podłożyć, robił to dobrze, ale choć zespół uzyskiwał dzięki temu korzyść, trener rzucał butelką i wyskakiwał:

– Łobo, pier…ony padolino, ja cię zaraz nauczę!

A takiego ananasa jak Caetano pamiętasz? Piętnaście minut, czerwona kartka, wyjazd z klubu.

Pamiętam. Miał problem z nadwagą i znajomością języków. Robiliśmy test na rowerku, cztery minuty rozgrzewki, a potem trzydzieści sekund na maksa. Nie wiem czy nie rozumiał, czy nie chciał rozumieć. Pedałował pięć sekund, przerwa, pięć sekund, przerwa.

Nie lubił się przepracowywać.

Nie poznaliśmy go z tej strony, żeby pracował.

A Ibrahim Sunday?

Świetny piłkarz, jeszcze lepszy człowiek. Syn trenera Smudy, Franz go bardzo cenił. Ibrahim fajnie się ubierał, dużo złota, kapelusze, kolorowe marynarki – przegląd szafy miał bardzo dobry, z Grześkiem Krychowiakiem mógłby rywalizować. Z przybyszami z Afryki zawsze było wesoło, to bardzo otwarci, weseli ludzie. Piłkarsko różnie z nimi bywało, ale nigdy nie można im było odmówić warunków fizycznych. Takiego Abwo dogonić dało się tylko na motorze. Choć niski był, żartowaliśmy z niego jak jechał samochodem, że powinien kupić sobie fotelik dziecięcy. Martins Ekwueme miał wtedy czarne Volvo, jak wsiedli razem z Davidem, Costą i Traore to śmialiśmy się, że nie wiadomo czy ktoś jest w aucie czy samo jedzie.

Pod względem piłkarskim najbardziej zapadł mi w pamięć Rui Miguel. Tęsknił bardzo za Portugalią, ale piłkarsko – mega. Z piłką umiał zrobić wszystko. Nie zawsze to było widać na meczach, ale na treningu kozak.

 Piotrek Włodarczyk był duszą szatni, opowiadał dużo anegdot. Zawsze wspominał trenera Urbana i Bartka Grzelaka. Grzelak wtedy łapał mnóstwo kontuzji. Idzie, przed nim kałuża. Trener Urban:

– Grzelu, nie przechodź przez kałużę bo zachorujesz.

Piotrek Świerczewski był bardzo pozytywny, choć jak wyszedł na trening, to od razu po nogach. Pamiętam, przegraliśmy w pucharze z Piastem Kobylina 1:3. Trener Lesiak zarządził kary finansowe dla całego zespołu. Łukasz Hanzel był wtedy na juniorskim kontrakcie, dla niego to był duży wysiłek finansowy. Jeździł takim starym Golfem, przychodzi do niego Świrek:

– Hanzi, nie martw się, odkupię od ciebie tego Golfa i będziesz miał na karę.

Kiedyś na testy podczas zgrupowania w Turcji przyjechał chłopak z Półwyspu Iberyjskiego. Dzień wcześniej nieźle wypadł na treningu. OK, zobaczymy jak pójdzie mu w sparingu. Patrzymy, a on dwie godziny przed meczem już przebrany i w korkach biega po korytarzu. Potem wchodzi do pokoju chłopaków i robi wymachy na balkonie, trzymając się balustrady. Wychodzi na mecz i stoi na środku, linię ma między nogami, nie rusza się. My nie wiemy o co chodzi. W końcu ruszył, ale za akcjami… wracał tyłem. Chce widzieć piłkę? No dobra. Ale w końcu stanął w naszym polu karnymi i ani w jedną, ani w drugą. Myśleliśmy, że może jakaś kontuzja, ale on nic. Trenerem był trener Bajor, ale Smuda już był wtedy na treningu. Zagotowany mówi do masażysty, świętej pamięci Zygmunta Stanowskiego:

– Zrób coś!

Ten pomyślał. Wziął butelkę z wodą.

– Water? Water?

Ten kiwnął głową, tak tak, przybiegł, a ci go za fraki i z boiska. Podobno był na jakichś prochach. Trafił ostatecznie do trzeciej ligi hiszpańskiej i w pucharze strzelił Barcelonie w słupek na Camp Nou.

Mistrzostwo Lubina oglądałeś tylko z trybun, na cały rok wyłączyła cię kontuzja.

Nie miałem na to wpływu. Stało się jak się stało. Była opcja, żebym pojechał do Łęcznej i zagrał, żeby też być formalnym mistrzem Polski. Trener Michniewicz stwierdził jednak rozsądnie, że nie ma co ryzykować. Ostatecznie na fecie dał mi swój złoty medal za mistrzostwo. Duży gest. Kiedyś przeznaczę go na aukcję. Spotkaliśmy się też w Białymstoku, miałem akurat trudniejszy czas, wiele rzeczy się nałożyło, a on: nie przejmuj się, widzę jak pracujesz, zagrasz dwa, trzy mecze i będzie okej.

Co ci się nałożyło?

Życie. Zmieniałem klub, miałem w tym czasie przeprowadzkę i wesele, a zero urlopu. Zaraz po weselu  jechałem już z Górnego Śląska na Podlasie. Dojechałem o północy, po drodze nie raz mi się oczy zamykały, bo przecież noc nie przespana. A jeszcze o 3 żona mnie odwoziła na dworzec, bo na obóz jechałem. Żadnej podróży poślubnej, nic, tylko treningi.

Co cię sprowadziło do Białego?

Chęć zmiany. Byłem w Lubinie 6 lat. Trener Probierz dzwonił, namawiał, pomyślałem: czemu nie?

Dzięki temu posmakowałeś europucharów.

Oj tak, Irtysz Pawłodar, sławetna podróż do Kazachstanu. Wyruszaliśmy trzy dni przed meczem. Najpierw jechaliśmy do Mińska. Mieliśmy mieć załatwione przejście graniczne tak, żeby nie stać. Staliśmy cztery godziny. Na miejsce dotarliśmy w nocy. Na drugi dzień trening, potem wylot do Pawłodaru, kolejne kilka godzin, podczas których przekroczyliśmy cztery strefy czasowe. To jednak sporo, ciężko się przestawić. Warunki na miejscu bardzo dobre, w hotelu także, na nic nie można narzekać, może tylko na to, że było bardzo gorąco, a nie posiadał klimatyzacji. Wymówki dla naszej porażki nie ma – trzeba było załatwić wszystko w Białymstoku. Przegraliśmy, miałem okazję zostać bohaterem, ale zmarnowałem patelnię w 92 minucie. Ot, życie. Dziś wiemy, że każdy klub ma swoje Irtysze, Stjarnany i Dudelange, taka jest piłka.

W Jadze grałeś z jedynym Koreańczykiem w historii polskiej ligi.

Pamiętam. Bylem u niego nawet na kolacji z żoną. Miał swoje przyprawy, swoje ryże, zrobił nam tradycyjne koreańskie jedzenie. Jak wychodziłem do domu, nie wiedziałem którą stroną ze mnie popłynie. Dobrze mnie przepłukało. Tyle szczęścia, że w jednym bloku mieszkaliśmy, to zdążyłem do toalety.

Później graliśmy na Podbeskidziu. Mecz o 13:30, śniadanie mieliśmy między 9:30 a 10. Schodzi Kim. Patrzymy, a on nakłada sobie jajecznicę, kiełbaskę z grilla, cebulę, bekonik – wszystko po kolei. Później biegał za mną – ja na dziewiątce, on na dziesiątce – i tylko mu się bekało cały czas. Dostaliśmy czwórkę. Przyszedł do nas z japońskiej ligi, tam jest taki zwyczaj, że przed meczami mają wystawione tylko te posiłki, które powinni zjeść. Tu było wszystko wystawione, jak to w hotelu.

Piłkarsko się bronił?

Świetny, technicznie znakomity. Nawet fizycznie dobrze wyglądał, ale odległość, tęsknota za krajem i bariera językowa nie dały mu się u nas rozwinąć. Nawet po angielsku ledwo dukał. Rozmawiało się z nim przez Google Translator. Wpisywałem po polsku co chciałem mu powiedzieć i tłumaczyłem na koreański. Potem on w drugą stronę.

A jaki był Ebi Smolarek?

Niemożliwy gość, wyjątkowo spokojny. Jeździliśmy na trening do Pogorzałek z Białegostoku, to zazwyczaj się jechało sto, sto dwadzieścia. A Ebi sześćdziesiąt, powolutku, na wszystko jest czas. Jak schodziliśmy z treningu, Ebi już zazwyczaj w aucie było. Prymu w szatni nie wiódł, czasem zażartował, dużo ważniejszą postacią był Tomek Frankowski. Już wtedy zajmował się powoli swoją kamienicą. Podwoził mnie czasem, to wcześniej dzwonił: Dawid, prowadź, muszę parę telefonów wykonać. Przychodziliśmy do klubu godzinę przed treningiem na zbiórkę, Tomek szedł do salki, rozkładał laptopa, załatwiał wszystkie sprawy. To nie przeszkadzało mu cały czas bramki strzelać.

Ty mieszkałeś obok Piotrka Wołosika z „Przeglądu Sportowego”..

Dwa piętra pode mną mieszkał, a raczej do dziś tam mieszka. Często wpadał na mecze, na Ligę Mistrzów, zawsze z dzieciakami. Żona zajmowała się dziećmi, a my mecze oglądaliśmy. Dla kibica to pewnie tabu: jak to, dziennikarz z piłkarzem w tak bliskich stosunkach? Gdzie potem obiektywizm? Ale to jest życie. Każdy jest człowiekiem, jesteśmy w jednym środowisku, normalne, że zawiązują się przyjaźnie. Do dziś utrzymujemy kontakt, razem spędzaliśmy sylwestra, jego opowieści można słuchać godzinami.

Wystawił ci kiedyś słabą notę?

Nie sprawdzałem not. Na początku kariery tak, jarałem się dobrymi, a smuciłem złymi. Później to olewałem, im mniej wiesz, tym masz spokojniejszą głowę.

Jaką relację miałeś z trenerem Hajto?

Ciężko powiedzieć. Leczyłem się w Gliwicach po zerwanych więzadłach. Klub powiedział, że opłaci mi rehabilitację w Białymstoku, ale miałem więcej zaufania do gliwickiej kliniki, uzgodniłem w Jagiellonii, że będę się leczył tam i na własny koszt. Zgodzili się. Jak tylko w klubie pojawił się trener Hajto, od razu mu się to nie spodobało. Powiedział, że mam przyjechać do Białegostoku.

– Tak nie może być, że ty się leczysz na Śląsku, nikt nie wie co z tobą!

– Co to da, jak będę jeździł w tą i z powrotem? Niebawem będę gotowy, to moje zdrowie, chcę zrobić w ten sposób.

Jak wróciłem do gry, początkowo dobrze to wyglądało, gol, asysta, wywalczenie karnego. Przyszedł obóz przygotowawczy na Słowenii. Starcie z Thiago, który nadepnął mi na mały palec w stopie. Niby nic, ale kurczę, cały czas mnie boli. Idę do fizjoterapeuty:

– Coś z nim jest, ale nie wiem co.

Blokada, jedna, druga, trzecia, ale nie daję rady nawet na blokadzie. Ból taki, że zatyka. Zrobiliśmy prześwietlenie i okazało się, że to złamanie z przemieszczeniem małego palca. Gips na kilka tygodni. Trener Hajto się o tym dowiedział.

– Kurwa, jak można z takiej przyczyny w gips? Mały palec jest ci niepotrzebny do niczego, możesz go amputować, on i tak zanika w toku ewolucji. U mnie już nie zagrasz.

W Górniku spotkałeś Rafała Kurzawę. Zapowiadał się tak dobrze?

Nie, ale na pewno miał bardzo dobrze ułożoną lewą nogę. Zostawaliśmy po treningach i rywalizowaliśmy w strzałach z wolnych, był wymagającym rywalem. Rzadko się odzywał, pokerowa twarz.

Myślę, że trafił do złej ligi. Liga francuska jest taka, że po bokach zazwyczaj grają zawodnicy z Czarnego Lądu, silni, szybcy, wybiegani. Rafał nie jest takim zawodnikiem, który będzie biegał od linii do linii. Myślę, że bardziej pasowałaby mu Serie A. Tam jest więcej miejsca. Ligue 1 fizycznie chyba go przerosła.

Byłeś w Górniku w czasach duetu Dankowski-Warzycha. Podśmiewywaliście się z tego, że trener ogląda mecze z trybun?

Może tylko na początku były jakieś podśmiechujki i pytania do kierownika,czy nie dostał SMS-a o zmianie, ale to tyle.

Mieszkałeś w Niecieczy po transferze do Termaliki?

Spokojnie! Ani w Niecieczy, ani w Żabnie. W Tarnowie. Pamiętam swój pierwszy moment w Niecieczy. Jeszcze stary stadion. Stanąłem z tyłu trybun, z jednej strony pole, z drugiej boisko. Końcówka lutego. Pomyślałem:

– Dobra. Trzy miesiące wytrzymam. Co zrobić.

Patrzyłem w tabelę, lider, zrobimy awans, a potem się pomyśli. Warunki organizacyjne wyobrażałem sobie wtedy inaczej. Tutaj jeden fizjoterapeuta, zrzutki na pranie… Pieniądze na czas i płacone regularnie, ale to, co dzisiaj jest w Niecieczy a wtedy to duża różnica. Pamiętam też, że na fecie wszyscy byli ważniejsi od piłkarzy: wójt, ksiądz, kto był tam jeszcze z notabli zaproszony. My trochę jak piąte koło u wozu.

Był tam Wiktor Płaneta, który wygrał „Piłkarski Diament”. Jak się twoim zdaniem prezentował?

Jakbym grał na podwórku, pierwszego bym go brał do drużyny. Umiał każdy trik, każdą sztuczkę, każdy zwód. Technicznie potrafił wszystko. Ale jak pojawiał się przeciwnik, agresja w grze, różne meczowe zmienne, które są nieodzowne na boisku, robił się problem. Za bardzo polegał na tym, że technika wszystko za niego załatwi, ale futbol dzisiaj wymaga wielu atutów.

Z Niecieczy na pewno zapadły ci w pamięć mecze z Legią.

Na pewno duże wydarzenie, że wioska pokonuje Legię. U siebie mogliśmy przegrywać 0:3, Legia przycisnęła, ale potem dość przypadkowa bramka Wojtka Kędziory i poszło. Zaczęły się dziury w obronie Legii, trener Mandrysz lubił grę po ziemi i je wykorzystywaliśmy. Mogło się nawet wyżej skończyć niż 3:0 dla nas. Dostaliśmy też premię 100 tysięcy złotych do podziału. Nieciecza to fajne, przyjemne miejsce, znajomi pozostali do teraz. To klub poukładany, baza bardzo się rozwinęła.

Dzwoni jutro Bruk-Bet, stawiasz się?

Akurat nie, jestem w piłkarskim sądzie polubownym z panią Witkowską, zapomniała mi przelać jedną premię. Ja bym tam poszedł, mi to nie przeszkadza, ale myślę, że pani Witkowska nie byłaby chętna. Była taka sytuacja, że nim wysłałem pismo do Piłkarskiego Sądu Polubownego chciałem osobiście się dogadać, pojechałem na mecz do Niecieczy, żeby się z nią zobaczyć – wcześniej wykonałem mnóstwo telefonów, nigdy nie odebrała – czekałem z godzinę, po czym gdy ją zobaczyłem, czmychnęła do gabinetu i wysłała ochraniarza, żeby mnie wyprowadził ze stadionu.

Wyjątkowy przypadek: będąc wypożyczonym z Górnika, strzeliłeś mu w lidze dwa gole. Górnik spadł, Termalika się utrzymała.

Tak, nie miałem klauzuli, że nie mogę grać z Górnikiem, bo całą pensję pokrywała Nieciecza.

Niewiele punktów zabrakło Górnikowi, można dywagować czy by się utrzymał gdybyś nie zagrał w tamtym meczu.

Ale Górnik grał w ostatniej kolejce z Niecieczą, mógł się utrzymać. Zwycięstwo dawało mu Ekstraklasę. My mieliśmy już utrzymanie po meczu z Jagiellonią. Nie wykorzystał szansy. Ja w tym meczu nie zagrałem, miałem wstrząśnienie mózgu po Białymstoku. Już przed meczem mówiłem trenerowi, że wolałbym nie grać, byłoby to dla mnie niezręczne. .

Niesamowity awans Górnika z I ligi musiał mieć dla ciebie akurat słodko-gorzki smak. Grałeś dobrze jesienią, na finiszu byłeś odstawiony.

Trzeba spytać trenera czemu mnie odstawił, jego decyzja. Nie ma co dywagować, bo nieważne co bym powiedział, wynik bronią trenera. Z beznadziejnej sytuacji zrobił awans, chwała mu za to, bo miejsce Górnika jest w Ekstraklasie.

Poszedłeś do Katowic, gdzie spodziewano się po tobie wiele. Oczekiwań nie spełniłeś.

Jesień może nie była taka zła, końcówka w miarę dobra, ale wiosna na ławce. Zagrałem jeden mecz, poza tym same trybuny. Trener Paszulewicz wystawił mnie w Olsztynie, potem znów nic. Może uznał, że nigdy tam nie grałem, a chciałbym? A tak serio: po części go rozumiem, nie pasowałem do defensywnego stylu gry, jaki preferował.

Presja kibiców w Katowicach: mit czy prawda?

Po trzeciej kolejce mieliśmy już cztery spotkania z kibicami. Było nerwowo, raz kamień wybił nam szybę w szatni… Ale to był też efekt frustracji za poprzedni sezon, gdzie było blisko upragnionego awansu. Z tego co wiem, teraz, mimo dużo trudniejszej sytuacji, chłopaki mają spokój.

Zamierzasz grać jak najdłużej w piłkę?

Nie wiem na ile zdrowie pozwoli. Mam zamiar iść w trenerkę, skończyłem kurs UEFA B, zapisałem się na A, w przyszłym skończę prawdopodobnie kurs przygotowania motorycznego. Myślę, że dam sobie radę w życiu.

Nie boisz się trenerki? Trudny fach.

Piłkarz też cały czas jest na piedestale, jak zagra dobrze to go wynoszą pod niebiosa, jak przegra nie nadaje się do A-klasy. Jestem z tym oswojony.

Wyobrażasz sobie życie bez piłki?

Myślę, że nie. Nawet żona, jak wytatuowała sobie naszą rodzinę, to mnie z piłką. Ta piłka zawsze była, jest i będzie.

Leszek Milewski

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...