Tak, były to derby Mediolanu stojące pod znakiem przeraźliwego męczenia buły. Tempo chwilami jak na pierwszej lidze, autobus Interu dożynające je jeszcze skutecznie, Milan dość niemrawo próbujący napocząć rywala. Z dwóch powodów mogą być to jednak derby historyczne, po pierwsze – prędko nie zdarzy się chyba, żeby Inter przez cały mecz nie oddał celnego strzału. Jakiegokolwiek. Choćby piłki prosto w bramkarza, niemrawej, uderzonej z czterdziestu metrów. Abbiati mógł dziś spokojnie oprzeć się o słupek i słuchać hitów na mp3, nie będąc niepokojonym. Po drugie, prędko nie będzie derbów Mediolanu, w których stawką byłby zaledwie awans do eliminacji Ligi Europy. A przynajmniej kibice obu drużyn mają taką nadzieję.
Powiedzmy sobie jasno, w tym słabiutkim spotkaniu Milan jak najbardziej zasłużył na wygraną. Chciał, atakował, a że nie szło, cóż – gra się tak, jak przeciwnik pozwala, Inter dzisiaj murował, doskonale zdając sobie sprawę, że remis w zupełności ich urządza, a „Rossoneri” muszą wygrać. W pierwszej połowie jedyną interesującą sytuacją był strzał Kaki w poprzeczkę, poza tym trzeba było trzymać oczy na zapałkach.
Niektórych irytowały rzuty wolne Balotelliego. Dlaczego facet o takim wzroście nie pomaga walczyć w polu karnym? No i okazało się dlaczego – bo co jak co, ale wolne Balo zwykle potrafi wykonać znacznie precyzyjniej niż koledzy. Dziś dograł piłkę De Jongowi, a ten przesądził o wyniku. Dodajmy, że to dopiero drugi gol Holendra w barwach Milanu. Inter próbował zaatakować, ale starczyło mu werwy na jedną sytuację Palacio, oczywiście również nie zakończoną celnym strzałem, więc tak czy inaczej mizernie.
Milan wygrał – uwaga, engelizm – szalenie ważny mecz, teraz przed nim starcia z Atalantą i Sassuolo. Dwa zwycięstwa powinny dać mu awans do pucharów. Trudniej wygląda sytuacją choćby Kamila Glika, bo Torino ma jeszcze na rozkładzie choćby Atalantę.
Przypomnijmy, że były to ostatnie derby Mediolanu z udziałem Zanettiego. Dziś Javier przesiedział cały mecz na ławce.
A tu skrót:
***
Właściwie sami zastanawiamy się czy uznać scudetto dla Juventusu wydarzeniem dnia. Przecież doskonale było wiadomo od miesięcy, że tak właśnie musi się stać; za postawioną w styczniu na triumf „Starej Damy” złotówkę można było wygrać… złotówkę i parę groszy. Cóż, jedynym zaskakującym faktem może być sposób w jaki Juve przypieczętowało mistrzostwo. Mianowicie za Conte i spółkę robotę odwaliła Catania.
I to w wielkim stylu, bo Roma, ta wspaniale broniąca Roma, dostała dzisiaj cztery bramki od ekipy walczącej o utrzymanie. Jedną odpowiedział Totti, ale dziś to nie był dzień „Giallorossich”. Tak czy inaczej wielkiego smutku w Rzymie nie będzie, zdobycz punktowa okazała, a i perspektywa gry w Lidze Mistrzów osłodzi porażkę w lidze.
Na innych stadionach warto zwrócić uwagę na niezły trening strzelecki jaki zrobiły sobie Udinese i Livorno. 5:3, z czego siedem goli padło do przerwy! Z naszych stranieri na murawie pojawił się Glik (90 minut) i niestety to by było na tyle.

