Ł»aden zawodnik Ekstraklasy nie zafundował w tym sezonie kibicom swojej drużyny takiej huśtawki nastrojów jak Henrik Ojamaa. Istna sinusoida zakończona… No właśnie. Jak dziś traktować Estończyka? Co o nim myśleć? Jak oceniać? Przez pryzmat dziesiątek akcji, po których Urban wyrywał sobie włosy z głowy czy może obiecującego końca rundy? O tym i o kilku innych sprawach porozmawialiśmy z samym zainteresowanym, którego po wywiadzie można określić jako świadomego i dość inteligentnego sportowca, ale przy tym nieprawdopodobnie bezkrytycznego. Przekonacie się już po kilkunastu zdaniach tego wywiadu.
Jedna rzecz nie zmieniła się od naszej ostatniej rozmowy w czerwcu – Henrik Ojamaa wciąż budzi kontrowersje w polskiej piłce.
OK.
Zgadzasz się?
To chyba dobrze, że macie o czym pisać, co? Mówiąc serio, nigdy nie zwracałem większej uwagi na takie rzeczy i – między innymi z uwagi na język – nawet nie wiem, jakie tematy porusza się w Polsce. Spędziłem w Warszawie sześć interesujących miesięcy i liczę, że dalej tak będzie.
Nie interesuje cię, co się o tobie mówi i pisze?
Nie.
W ogóle?
Nie wzrusza mnie, czy ktoś mnie krytykuje, czy mówi: „Henrik, jesteś fantastyczny, uwielbiam to, co robisz“. Trzeba umieć znaleźć równowagę. Liczy się dla mnie opinia rodziny i bliskich znajomych. Dobrze, że mam taką mentalność i nie zmieniam się w zależności od tego, czy mnie chwalą, czy krytykują.
Masz świadomość, że w pewnym momencie wypowiadali się na twój temat absolutnie wszyscy? Piłkarze, trener, eksperci… Wszyscy cię krytykowali.
Wiedziałem, że coś się dzieje, ale nie pozwoliłbym, by to na mnie wpływało. Każdy ma prawo do własnej opinii i to jest – moim zdaniem – najpiękniejsza rzecz w futbolu. Analizuję swoje mecze i ważne, że sam jestem z siebie zadowolony, a nie koledzy z drużyny czy ktoś oglądający mnie z trybun. To już sprawa drugoplanowa.
Z ilu występów w tej rundzie byłeś zadowolony?
Zwracam uwagę na bardzo różne aspekty. Po zakończeniu rundy poprosiłem w klubie, by nagrali mi wszystkie moje mecze, bym mógł obejrzeć je w domu.
I obejrzałeś wszystkie?
Wszystkie. Z reprezentacji też. Siadaliśmy z bratem, oglądaliśmy i analizowaliśmy. Z ilu byłem zadowolony? Zależy. Jeśli strzeliłem w którymś meczu gola, to nie znaczy, że zaliczyłem fantastyczny występ, bo mogła mi wyjść tylko jedna akcja. Oceniam oddzielnie każdą akcję. Wiele było dobrych, ale mam też nad czym pracować.
Co szczególnie chcesz poprawić? Albo na co zwrócono ci uwagę w klubie?
Teraz przyszedł nowy trener, więc trzeba poczekać, aż wprowadzi swój styl, ale początek jest obiecujący. Co chcę poprawić? To, że jestem szybki, nie znaczy, że nie mogę być jeszcze szybszy. Przez ostatnich kilka miesięcy głównie koncentrowałem się na poprawie lewej nogi. Szczególnie, że często gram na prawym skrzydle i schodząc do środka, najczęściej uderzam właśnie lewą. Wciąż muszę nad tym pracować, bo prawa pomoc to dla mnie nowość. Co jeszcze? Wykończenie akcji i strzał głową. Czasem też, kiedy obrona rywali jest bardzo zwarta, może być frustrujące, że nie masz jak w nich wbiegnąć.
A podawanie?
Potrafię bardzo dobrze podawać.
Właśnie na ten temat wszyscy dyskutowali.
Ludzie nie mogą mówić, że nie potrafię podawać. Same statystyki temu przeczą.
Nie mówię, że nie potrafisz, bo asysta do Kucharczyka była wyborna, ale to wyjątek.W bardzo wielu innych okazjach nie podawałeś.
Do tyłu lub w bok każdy potrafi podać. Legia jest tak mocnym klubem, że ściągniesz gościa z ulicy, każesz mu tak zagrać i pewnie da radę, bo zawsze wyjdzie mu ktoś do gry. Ale jeśli ktoś oczekuje, że moje podania – takie „killer passy“ – będą decydujące, to muszę podejmować ryzyko. Przy dryblingach tak samo. Wiem, że moja gra bardzo opiera się na ryzyku – taki mam styl. Nie będę wybierał najłatwiejszych rozwiązań ani podawał do bramkarza, żeby nie stracić piłki.
Zupełnie nie o to chodzi. Nikt nie sugeruje, że nie ryzykujesz. Wręcz przeciwnie – ryzykujesz za bardzo. Na przykład – dryblując w sytuacjach, gdy powinieneś podawać do lepiej ustawionego kolegi.
To tylko opinia. Mam swoją wizję i nawet nie wiem, o jakich meczach dokładnie mówisz.
Pierwsze z brzegu – Pogoń, Lazio, Trabzonspor…
Obejrzałem wszystkie te mecze. Z Pogonią faktycznie – pamiętam, że raz powinienem był podać do „Beresia“, ale na pewno nie będę żałował, że w innych sytuacjach szukałem strzału. Z Lazio zagrałem krócej i mogłem nawet trafić do siatki. Trabzonspor? Z tego występu byłem dość zadowolony, ale jeśli mamy analizować mecze minuta po minucie, to oczywiście znajdziesz wiele sytuacji, w których mogłem się lepiej zachować. Nigdy jednak nie powiem, że jestem egoistą lub podejmuję samolubne decyzje. To nie leży w mojej naturze. Nie boję się podejmować ryzyka i dalej będę je podejmował.
Czyli twoim zdaniem to zbieg okoliczności, że wszyscy zaczęli mówić o egoistycznym Ojamie?
Nie śledzę tak głęboko polskich mediów. Może nie zbieg okoliczności, ale efekt kuli śniegowej. Jeden komentator coś powie, a ludzie zaczynają mu przytakiwać. „Och, tak, to prawda, on rzeczywiście ma rację“. Zgodzi się z nim jedna osoba, druga, trzecia i tak to się toczy. „Snowball effect“. Sam analizuję swoje mecze i nie zgadzam się z tymi opiniami. To tylko opinie. Nie zadowolisz wszystkich.
Pozwolisz więc, że zacytuję kilka opinii. Jan Urban: „Henrik często myli się przy swoich decyzjach. Cały czas gra zbyt egoistycznie“. Tomasz Brzyski: „Ojamaa musi zrozumieć, że to gra zespołowa. Może chciał wygrać mecz sam“.
Mają prawo do własnych opinii, a z mojej strony byłoby nieetycznym, gdybym teraz wypowiadał się na temat trenera Urbana. W ogóle nie chcę publicznie komentować gry kolegów ani pracy szkoleniowca.
W estońskich mediach jednak się wypowiedziałeś. Cytuję: „Miałem wiele indywidualnych rozmów z Janem Urbanem. Nie zgadzaliśmy się w temacie stylu gry, który prezentowałem. Ostatecznie szkoleniowiec wysyłał sygnały, że nie próbuję nic zmienić. Skończyło się na tym, że trenera nie ma już w klubie, a ja mam być ważnym graczem u Henninga Berga“.
Nie powiedziałem tak.
Taki przekaz trafił do Polski z estońskich mediów.
Powiedziałem, że odbyłem z trenerem Urbanem wiele rozmów – raz z mojej, raz jego inicjatywy – i nigdy nie mieliśmy problemu z komunikacją. Nie stwierdziłem jednak, że będę ważnym piłkarzem u Henninga Berga. Jak mógłbym tak powiedzieć? Osoba, która to tłumaczyła, nie wykonała dobrze swojej pracy.
Takie tłumaczenie znalazło się na polskich stronach.
Widziałem ten wywiad i estoński dziennikarz też nie napisał takich słów. Ktoś chyba chciał wykreować ciekawą historię (śmiech).
Kolejny cytat, tym razem z „Przeglądu Sportowego“, gdzie twoją grę ocenił były selekcjoner reprezentacji Estonii, Termo Ruutli: „Nie dziwi mnie krytyka Henrika, bo sam odbyłem z nim wiele rozmów. Powtarzałem mu cały czas: „Skup się, jesteś naprawdę dobrym piłkarzem, ale żaden z ciebie Cristiano Ronaldo, dlatego musisz pamiętać o kolegach z zespołu”. On ma potencjał, ale brakuje mu samokrytyki. Kiedyś w przypływie szczerości Ojamaa mi odpowiedział: „Ale trenerze, ja zawsze, gdy mam piłkę, chcę z nią jak najwięcej zrobić”. I to jest właśnie ta jego mentalność, z którą trudno sobie poradzić“.
Pamiętam, jak oglądaliśmy z trenerem jakieś wideo i powiedział coś na temat Ronaldo, ale nie pamiętam szczegółów. Fajnie, że wymienił mnie z nim w jednym zdaniu. To zawsze miłe (śmiech). Trener też ma jednak prawo do swojej opinii. Termo Ruutli pracuje dziś gdzieś w Estonii i już nie mam z nim styczności.
Naprawdę ta krytyka jest ci aż tak obojętna?
Raczej tak (śmiech).
I nie zmienisz stylu?
Człowiek uczy się na błędach, a ja chcę się rozwijać. Legia wiedziała, jakiego zawodnika ściąga, więc chyba nie powinienem teraz myśleć o zmianie stylu.
Prezes Leśnodorski powiedział też, że zaufali skautingowi Lecha, który oglądał cię rok dłużej.
Nie znam aż tak dokładnie kulisów, ale nie sądzę, by Legia kupowała kogokolwiek tylko dlatego, że kupić go chciał też ktoś inny. Całe to zamieszanie również na mnie nie wpłynęło. Czułem tylko, że potrzebuję nowych wyzwań i interesowało mnie podjęcie ważnej decyzji, a nie to, jaka powstanie atmosfera wokół mojego transferu. Cieszę się, że gram akurat w Polsce, bo widać, że tutaj futbol stanowi część codziennego życia i ludzie podchodzą do niego z dużą pasją. Ostatnio opowiadałem też o tym Tomowi Hateleyowi, który właśnie przeszedł do Śląska.
Da się tę ligę w jakiś sposób porównać do szkockiej?
W Szkocji tempo jest niższe, ale tutaj każdy może ograć każdego. Więcej zależy od dyspozycji dnia. Sami zaliczyliśmy kilka porażek z zespołami, które nie powinny nas pokonywać. Ale to wpływa na atrakcyjność ligi, a mnie się podoba, że trafiłem do drużyny, nad którą ciąży maksymalna presja, bo widać, że wszyscy przeciwnicy podchodzą do nas z pełną koncentracją i musimy dorównywać ich wysiłkowi. Dobra nauka.
Myślisz, że polskie kluby powinny częściej sięgać po zawodników do Szkocji? Tamtejsza liga mocno straciła na atrakcyjności po spadku Rangersów, a w większości klubów nie płaci się kokosów.
Nie wiem, czy powinny, ale byłoby o to trudno, bo Szkocja jest za mocno powiązana z Anglią. Każdy zawodnik ze Scottish Premier League myśli o wyjeździe na południe. Większość raczej wolalałby zostać na Wyspach.
Nie jesteś rozczarowany, że sam tam nie zostałeś?
W Derby County ciężko mi się było przebić do pierwszego zespołu. Wyjechałem tam jako młody piłkarz, a przez trzy lata pracowałem z trzema-czterema trenerami. Początkowo szło mi świetnie, w wieku 18 lat dostałem nawet nagrodę dla najlepszego młodego zawodnika roku w klubie… Czułem się bardzo przywiązany do Derby ale przy tych wszystkich zmianach menedżerów moja sytuacja się pogarszała. Szkoda, bo w bardzo młodym wieku trenowałem z dorosłą drużyną i byłem pewien, że uda mi się odnieść sukces w Derby. Nigel Clough nie miał do mnie jednak takiego podejścia, jak Billy Davies czy Paul Jewell, nie dał mi szansy i musiałem obrać inną ścieżkę. Cóż, mam dopiero 22 lata, a przy tym naprawdę duże doświadczenie. To daje tylko mentalną siłę, wytrwałość i pewność siebie. A to przydaje się w najtrudniejszych momentach, jak ten ostatni sezon w Derby. Szkoda, miałem pecha, bo czułem się wtedy gotowy na profesjonalną piłkę. Pamiętam nawet taki mecz… Graliśmy z rezerwami w Mansfield, strzeliłem dwa gole, a tydzień później czekał nas pucharowy mecz z Manchesterem United. Dwóch naszych napastników narzekało na kontuzję i naprawdę wierzyłem, że zagram. Nie udało się. To chyba największe rozczarowanie w karierze.
Tym bardziej bolesny musiał być wyjazd z Anglii.
Na pewno pod tym względem, że poznałem tam wielu wartościowych ludzi. Zżyłem się z nimi do tego stopnia, że część ostatnich wakacji zimowych spędziłem w Wielkiej Brytanii. Ale Legia też jest dla mnie dużym wyzwaniem. Człowiek nie powinien się przyzwyczajać do swojej strefy komfortu. Czasem trzeba ją opuścić.
Zaskakuje mnie, że spędziłeś tak dużo czasu w brytyjskiej piłce i jesteś abstynentem. Jak to w ogóle możliwe?
Napływ obcokrajowców zmienił tę sytuację. Dziś już się nie pije tyle, co kiedyś. Obejrzyj sobie mecze Premier League sprzed 20 lat. Tempo zdecydowanie niższe, a piłkarze gorzej przygotowani fizycznie. Od tamtej pory szybkość gry tak poszła w górę, że jeśli chcesz jej dorównać, musisz być maksymalnym profesjonalistą. Dziś czytamy autobiografie Paula Gascoigne’a czy Paula Mersona, którzy byli wspaniałymi piłkarzami ze względu na technikę i umiejętności. Wymagania Premier League pozwalały im jednak balować kilka razy w tygodniu. Nie sądzę, żeby dziś było to możliwe. W Estonii też znałem wielu młodych piłkarzy, o których wszyscy mówili, że się przebiją, a dziś grają półamatorsko. To pokazuje, że jeśli dostaniesz szansę w profesjonalnej piłce, to trzeba ją maksymalnie wykorzystać.
Zastanawiam się, czy da się normalnie funkcjonować w młodej angielskiej drużynie bez wychodzenia na imprezy i czy nie zaczną cię traktować jak odludka.
Każdy podejmuje swoją decyzje, a mnie zostało wiele przyjaźni, więc pewnie się da.
A tutaj, w Warszawie?
Nigdy nie byłem w żadnym nightclubie ani tego typu miejscach.
Nigdy?!
Nigdy. To nie mój styl.
Nikt cię nie zapraszał?
Nie o to chodzi. Wiem, że kiedy dostajemy kilka dni wolnego, to chłopaki idą na imprezę, ale mi się to po prostu nie podoba. Mogę wyjść na kolację, trzymam się w Legii z Portugalczykami, ale nie lubię imprezować.
Z Polakami się nie zakumplujesz.
Skoro takie są wymagania, to pewnie nie (śmiech).
A tak serio, to złapałeś z którymś kontakt?
Staram się zagadywać po polsku, ale idzie mi ciężko. Angielskiego nauczyłem się szybko, niemiecki też był dość łatwy, ale polski? Ucząc się innych języków, widzisz pewne podobieństwa, a tutaj samo budowanie zdań sprawia największą trudność. Powiedziałem jednak w Legia.com, że jeśli zdobędziemy mistrzostwo, udzielę wywiadu po polsku.
Dasz radę?
Tak. Teraz, przy takiej presji, muszę być gotowy.
Poczułeś ulgę, gdy Legia zatrudniła Henninga Berga?
Dostałem telefon z klubu i potraktowałem to jako ciekawą informację. Przede wszystkim – ze względu na dorobek piłkarski trenera. Potem zadzwoniłem do kolegi z czasów Derby, Jake’a Keane’a. Powiedział, że Berg krótko był w Blackburn, ale to przystępny człowiek i łatwo się z nim pracuje. Dziś natomiast widzę, że styl, który stara się wdrożyć, powinien spodobać się kibicom. W pierwszej rundzie zdarzało nam się wygrywać mecze, gdzie – mimo wyższych umiejętności indywidualnych – nie potrafiliśmy zdominować przeciwnika. Teraz musimy nauczyć się trzymać kontrolę nad meczem.
Berg widzi cię w ataku, a nie na skrzydle?
Tak to wyglądało w sparingach, rozmawialiśmy na ten temat w Turcji i nie jest tajemnicą, że sam wolę grać w ataku. Na razie wygląda to dość dobrze.
Lepiej się czujesz w ataku niż na skrzydle?
Oczywiście. To, że musiałem grać w Legii na skrzydle, było dla mnie dużą niespodzianką. Tym bardziej, że nigdy nie występowałem na tej pozycji. W Szkocji grałem raczej za napastnikami. Sporo rozmawiałem o tym z trenerem Urbanem, ale on nigdy nie widział mnie w ataku. Jego następca ma chyba inny plan.
W końcu ludzie przestaną narzekać, że nie podajesz.
W Motherwell grając w tej roli lub za napastnikiem, miałem 16-17 asyst, więc chyba jednak potrafię pomóc drużynie. A jedną z moich największych zalet jest szybkie wbieganie w pole karne.
Henrik, tak szczerze… Nie obawiałeś się mniej więcej w połowie poprzedniej rundy, że szatnia po prostu przestanie cię akceptować?
Jak ktoś ma mój numer, to może dzwonić. Chętnie porozmawiam.
A taka sytuacja, jak Kuciak biegnie przez całe boisko, żeby cię zjechać, też cię nie rusza?
Jak chce, to niech sobie biegnie do chorągiewki. Zupełnie mnie to nie rusza. Pytaj Kuciaka.
Bramkarz leci do ciebie przez 60 metrów, żeby ci coś wygarnąć, a ty podchodzisz do tego z takim spokojem?
Ja zostałem na swojej pozycji, a biegł on. Nie wiem, o co tu chodziło.
A incydent w szatni z Vrdoljakiem, który chciał cię złapać za szyję?
Świetnie dogaduję się dzisiaj z Ivo i nie ma sensu rozmawiać o tym, co działo się w szatni.
I tym też się nie przejąłęś?
Nie.
A co byś zrobił, gdyby piłkarz złapał cię w szatni za szyję?
Sprawa na pewno nie ograniczyłaby się do słów i podjąłbym agresywniejsze środki. Taki jest futbol. Czasem lepiej wdać się w małą wojnę słowną niż w ogóle się nie wypowiadać, obgadywać za plecami lub lecieć do mediów. Czegoś takiego nie szanuję. Jak ktoś coś do mnie ma, to zdecydowanie wolę konfrontację twarzą w twarz.
To z Brzyskim się nie zakumplujesz.
Powtarzam: jeśli komuś nie odpowiada, co robię, zawsze może ze mną o tym porozmawiać. To chyba normalne, że takie rzeczy załatwia się wewnątrz drużyny.
Nikt w szatni z tobą o tym nie rozmawiał? Nie narzekał na twój styl?
Nikt.
Ani jeden zawodnik?
Ani jeden.
Może dlatego, że nie mówią po angielsku.
Może.
To prawda, że przed meczem w Poznaniu pokłóciłeś się ze skautem Lecha, który cię polecił do tego klubu?
Nie, i dobrze, że o to pytasz, bo bardzo mnie zaniepokoiły takie plotki. Odbyłem z nim miłą rozmowę i uważam go za sympatycznego gościa. To on wprowadził mnie np. na mecz Lecha z Koroną i cieszę się, że podszedł zapytać, jak mi się wiedzie w Polsce. Wszystko odbyło się w bardzo przyjaznej atmosferze, a potem ktoś w nie wiadomo jakim celu opowiada jakieś niestworzone historie. Przykre.
Porozmawiajmy na koniec o twoim treningu, bo jednak na tle innych skrzydłowych czy nawet napastników w lidze wyróżniasz się tym, że jesteś chyba najmocniej zbudowany, a przy tym nie tracisz szybkości.
Bardzo dobre pytanie. Nad przygotowaniem fizycznym zacząłem pracować po przyjeździe do Anglii. Na treningach z pierwszą drużyną zauważyłem, że nawet jeśli ktoś jest ode mnie dużo wolniejszy, to dzięki swojej sile może z łatwością wyłączyć mnie z gry. Mając 16-17 lat rozpocząłem realizować pewien program, z którego korzystam do dziś. W Anglii niektórzy obawiają się, że jeśli zaczną pracować na ciężarach, to szybko stracą szybkość, ale zawsze powtarzam: zwróćmy uwagę na rugby czy futbol amerykański. Ci goście, przy 80-90 kilogramach, imponują niesamowitą szybkością. Sam widzę po sobie, że zyskując masę mięśniową, nie staję się wolniejszy. Ale to wszystko kwestia indywidualna. Nie może być tak, że cała drużyna wykonuje te same ćwiczenia. Każdy zawodnik powinien stać się swoją najsilniejszą i najszybszą wersją.
Korzystasz z wiedzy trenerów Legii czy masz taką świadomość swojego organizmu, że ci ona niepotrzebna?
W każdym klubie nauczyłem się czegoś nowego i dziś realizuję swoją rozpiskę. Na tym etapie sezonu ćwiczę z ciężarami dwa-trzy razy w tygodniu, w zależności od tego, kiedy gramy. Piłka staje się coraz bardziej fizyczna. Trzeba nad sobą pracować. A w Legii sporo się nauczyłem, jeśli chodzi o stretching całego ciała po treningu.
Jesteś dziś najszybszy w Legii?
Musiałbyś zapytać Cesara (trener od przygotowania fizycznego – przyp. red.), ale tak, myślę, że miałem najlepsze wyniki.
W Bundeslidze każdy piłkarz – zdaniem trenerów Hannoveru – musi wycisnąć na ławeczce ponad 80 kilogramów.
80 kilo? Ł»aden problem (śmiech). Ale tu nie chodzi o budowanie masy, typowy „bodybuilding“ i bicie swoich rekordów, by wycisnąć, jak najwięcej przy jednym powtórzeniu. Celuję w eksplozywność, czyli np. cztery ćwiczenia po cztery powtórzenia. Trenując w ten sposób, twoje ciało osiąga największą moc. Jeśli chcesz poznać mój rekord przy jednym powótrzeniu, zadaj mi to pytanie za pół roku. Spróbuję w międzyczasie.
Piłkarz Bundesligi musi się też sześć razy podciągnąć.
Dobrze, że mówisz akurat o Niemczech, bo spędziłem rok w 2. Bundeslidze, gdzie bardzo dobrze pracuje się nad sferą fizyczną – dużo treningu siłowego i biegania. Kapitan reprezentacji Estonii, Ragnar Klavan z Augsburga mówi, że w Niemczech kładzie się na to większy nacisk niż np. w Holandii. Po kilku miesiącach w Augsburgu czuł korzyści z przeprowadzki. Ile razy bym się podciągnął? Z piętnaście?
Zrobiłeś sobie w ogóle jakieś wakacje? Kiedy inni piłkarze wyjeżdżali na wczasy, ty wrzucałeś na Instagrama fotki z siłowni.
Przez tydzień byłem w Szkocji i faktycznie mocno potrenowałem na siłowni, ale teraz, przy okazji sezonu, na pewno nie będę korzystał z tak dużych ciężarów.
A jeśli chodzi o dietę – masz jakieś restrykcje poza alkoholem?
Nie chodzi o restrykcje, bo czasem lubię zjeść coś słodkiego, ale nigdy nie chodzę do McDonalda ani do KFC. Nie interesuje mnie sztucznie przetwarzane jedzenie. Wolę samemu przygotowywać posiłki. Powiedzmy, że przez 80 procent czasu odżywiam się zdrowo, a przez 20… Na przykład piekę muffiny. Moje życie w Polsce ogranicza się do stadionu i mieszkania, więc mam na wszystko czas. Ale przyjechałem tu grać w piłkę, a nie balować.
Rozmawiał TOMASZ ĆWIÄ„KAŁA
Fot. FotoPyK