Reklama

Gdy trzeci bramkarz szedł na mundialu w bój

redakcja

Autor:redakcja

11 czerwca 2018, 11:19 • 6 min czytania 38 komentarzy

Trzeci bramkarz, czyli turysta, któremu dodatkowo płaci się za ekskluzywne wakacje i najlepszą miejscówkę na widowni podczas finałów mistrzostw świata. Tak to wygląda prawie w każdym przypadku. No właśnie – prawie. Bartosz Białkowski najprawdopodobniej przeżyje po prostu bardzo fajną przygodę i ładnie spuentuje swoją karierę, choć w Rosji nie zagra ani jednego meczu. Aczkolwiek bywały takie przypadki, że trzeci bramkarz wchodził do gry na mundialu. Zazwyczaj – w marnym stylu.

Gdy trzeci bramkarz szedł na mundialu w bój

1994 – GRECJA

Grecy pojechali na mistrzostwa do USA w roli chłopca do bicia i popisowo się ze swojej misji wywiązali. Nie było amerykańskiego snu, nie było nawet malutkiego greckiego wesela. Najpierw czwórka w czajnik od Argentyny, po hattricku Gabriela Batistuty. Jedną bramkę dorzucił Maradona. Ataki Albicelestes nakręcał jeszcze Claudio Caniggia i to była wystarczająca siła ognia, żeby zdemolować koślawą falangę greckich hoplitów. 36-letni weteran, Antonis Minou przepuścił szmatę na 0:1, potem został już rozstrzelany bez litości. Chwała mu za to – puścił ostatnią bramkę strzeloną przez naćpanego Diego Maradonę na mistrzostwach świata. Boski Diego prawdopodobnie uwagę kontrolerów antydopingowych zwrócił podczas cieszynki, gdy zbliżył swoje dzikie oczy zbyt blisko kamery.

Trener Greków postanowił działać – na drugi mecz w grupie zmienił golkipera, postawił na słynnego Eliasa Atmatsidisa. Naszym zdaniem mógł postawić na kogoś o łatwiejszym do napisania nazwisku, ale wiemy, że nie należy ingerować w taktyczną swobodę selekcjonera. Atmatsidis akurat miał trochę czasu wolnego, bo nie walczył w żadnej wojnie peloponeskiej, więc ochoczo stanął w bramce przeciwko Bułgarom. Efekty roszady były zdumiewające. Otóż, nie zmieniło się nic. Dwie sztuki od Stoiczkowa, jedna o Leczkowa, na dokładkę trafił Borimirow. Znowu 0:4.

Reklama

Selekcjoner Alketas Panagoulias kontynuował jednak poszukiwania panaceum na żałosną postawę swojej defensywy w ten sam sposób. Na trzeci mecz wystawił trzeciego bramkarza. Tym razem padło na Christosa Karkamanisa. Nazwisko wiele mówi o wzroście tego golkipera. Jednak Karkamanis, choć karakan, swoimi karkołomnymi wyczynami w bramce znacząco wpłynął na postawę Greków. Na zakończenie fazy grupowej przegrali z Nigerią zaledwie 0:2.

1982 – BELGIA

Belgowie pojechali do Hiszpanii z całkiem niezłą paczką i dużymi ambicjami. Nie mieli powodów do zmartwień, jeżeli chodzi o obsadę bramki. Między słupkami belgijskiej bramki kręcił się znakomity Jean-Marie Pfaff, wówczas bramkarz Bayernu Monachium. Od tego kręcenia zakręciły mu się loki, dzięki temu poderwał Carmen Seth, spłodził z nią trójkę dzieci i przez prawie dziewięć lat sprzedawał prywatność całej tej wesołej gromady w reality show nazwanym sensacyjnie „De Pfaffs”. Można?

Jean-Marie bronił sobie jak gdyby nigdy nic przez całą pierwszą fazę turnieju, choć po jednym z meczów wpadł do hotelowego basenu i prawię się utopił. Belgowie wyszli z grupy na pierwszym miejscu, przede wszystkim dzięki zwycięstwu z faworyzowaną Argentyną. Potem jednak zaczęły się schody – ulubieniec monachijskich trybun nabawił się kontuzji, choć prawdopodobnie była to zwykła zasłona dymna. Zapewne nie chciał się po prostu pokazać na jednej murawie ze Zbigniewem Bońkiem, jedynym piłkarzem o jeszcze bardziej gustownej fryzurze od niego. Kogoś trzeba było do gry na Camp Nou wystawić, więc selekcjoner Guy Thys postawił przeciwko Polsce na Theo Custersa, znanego pod pseudonimem The Walrus. Cóż, nam by raczej pasowało The Towel, biorąc pod uwagę gola na 0:2, ale wąsiska gość miał rzeczywiście konkretne, afro zresztą też.

Podobno poczciwy Custers po dziś dzień konfiskuje synom i wnukom wszystkie komiksy z Flashem, bo nie potrafi znieść widoku czerwonej błyskawicy. Kiedy ogląda mecz Barcelony i ktoś z kibiców świeci czerwonym laserem po oczach Messiego, Custers ryczy: – To Boniek!, po czym obficie zajada się jakimś belgijskim odpowiednikiem bigosu na uspokojenie.

Reklama

W ostatnim meczu Belgów, zrezygnowany trener odesłał na budę Jacky’ego Munarona, legendę Anderlechtu. Munaron miał to szczęście, że grał w piłkę w czasach, kiedy kluby spoza Hiszpanii jeszcze wygrywały cokolwiek w europejskich pucharach, więc nastukał całkiem sporo trofeów międzynarodowych. Przyszedł na świat w Namurze, choć nie na żadnym murze, tylko w szpitalu położniczym przy placu Louisa Godina, w samym centrum stolicy Walonii. Ale jak Choren Howhannisjan z ZSRR mu walnął bramę, to nie był już taki mądry, więc Belgowie jak niepyszni zawinęli się do domu.

1982 – CZECHOSŁOWACJA

To były złote czasy dla wszystkich adeptów nauk geograficznych – Czesi i Słowacy nie zawracali gitary, jedno państwo, jedna stolica, ileż mniej nauki. Turniej zaczęli od meczu z zawsze niewygodnym Kuwejtem, ale ustawili sobie rywali i szybko wyszli na prowadzenie. Gola z rzutu karnego zdobył Anotnin Panenka. Bramkarz przeciwników, Al-Golkiper, odrobił lekcje i przytomnie przeczuwał, że Panenka pewnie zrobi panenkę, więc został na środku bramki. Jednak Panenka, zamiast zrobić panenkę, puścił jakiegoś nieatrakcyjnego szczura po ziemi, pozostawiając stojącego jak żona Lota bramkarza w osłupieniu.

Za karę Kuwejt wyrównał. Al-Bombazdystansu, prekursor ognistego strzału z gry FIFA World Cup 2002, przygrzmocił w sam środek bramki, ale z taką siłą, że pokraczna parada Zdenka Hruski spełzła na niczym. Selekcjoner Jozef Venglos dostał na widok tej dziadowskiej interwencji szewskiej pasji i w meczu przeciwko Anglikom wystawił Stanislava Semana. To był olbrzymi błąd.

Seman najpierw skompromitował się przy rzucie rożnym, przepuszczając piłkę przez dziurawe łapy, później zainscenizował interwencję, a tak naprawdę z premedytacją wpuścił samobójcze uderzenie czeskiego (lub słowackiego) obrońcy.

Po takim ciosie selekcjonerowi Czechosłowaków nie pozostało nic innego, jak wpuścić na murawę trzeciego ananasa. Padło na Karela Stromsika. Ten zaczął rozrabiać dość późno, bo dopiero w drugiej połowie. Po jego nieporozumieniu z obrońcą, piłkę do siatki wcisnął Didier Six. Zresztą – w 66′ minucie, zatem diabelskie moce z pewnością miały w tym swój udział. Szósty z Didierów (po Deschampsie, Drogbie, Zokorze, Ya Konanie i Agathe) na tym jednym golu jednakże poprzestał, jego koledzy także nie pognębili już Stromsika. Wyrównał za to Panenka. Z karnego. Pieprznął z całej siły, w prawy róg. Taki był z niego właśnie Panenka, dobre sobie. Całe szczęście, że to był już tylko gol na otarcie łez, a Czesi zabrali ze sobą Słowaków i wrócili do domu, żeby w spokoju zatopić się w lekturze „Przygód dobrego wojaka Szwejka”.

1978 – FRANCJA

W pierwszym meczu mistrzostw, trener Trójkolorowych wymyślił sobie, że w bramce wystawi Jeana-Paula Bertranda-Demanesa. Facet został legendą Nantes, ale na mundial okazało się to zdecydowanie za mało. Miał fatalny zwyczaj – przed każdą interwencją wymieniał sobie w głowie wszystkie swoje imiona i nazwiska, co katastrofalnie wpływało na jego refleks. Skrzętnie z tego skorzystali w pierwszym meczu Włosi, a przede wszystkim Renato Zaccarelli, który nie napełnił paska strzału nawet w jednej dziesiątej, a futbolówka i tak wturlała się do siatki, kiedy francuski golkiper dopiero kończył sobie przypominać, co było po „Bertrand”.

Selekcjoner Michel Hidalgo okazał się jednak nie lada sabotażystą i w kolejnym spotkaniu znów postawił na Jeana-Pierre’a-Claude’a Bertranda-Traore-Darscheville’a-Macrona. Efekt był taki, że Francja do przerwy przegrywała z Argentyną. Na całe szczęście dla Les Bleus, feralny bramkarz tak się zamyślił nad opracowywaniem sobie jakichś nowych imion, że w roztargnieniu wpadł na słupek i uszkodził sobie kręgosłup. Z murawy zniesiono go na noszach, a Hidalgo nie miał już wyjścia i musiał wpuścić do gry Dominique Baratellego. Ten dostał taką bramkę od Leopoldo Luque, że aż chciałoby się powiedzieć „stadiony świata”, gdyby nie to, że to rzeczywiście był jeden z najbardziej kultowych obiektów na świecie, bo Estadio Monumental w Buenos Aires.

Baratelli nie puścił żadnego farfocla, więc, zgodnie z pokrętną logiką selekcjonera, w kolejnym meczu murawy już nie powąchał. Zmienił go Dominique Dropsy, który na mistrzostwa miał w ogóle nie jechać, ale psim swędem wkręcił się do autokaru, zajmując miejsce kontuzjowanego kolegi i koniec końców dochrapał się nawet występu na mundialu, na dodatek w zwycięskim meczu z Węgrami. Jedną bramkę co prawda puścił, ale taką, że aż nie wypadałoby tego obronić. Poza tym – bez większych zarzutów, co tłumaczy, dlaczego Hidalgo traktował go pierwotnie dopiero jako czwartą opcję w zespole.

*

Cztery przypadki, gdy trzeci bramkarz pojechał do gry, a nie na wycieczkę i chyba tylko o Belgach można powiedzieć, że zagrali przyzwoity mundial. Poza tym – grecka tragedia, czechosłowacka bryndza i francuska kompromitacja. Bartku, z całą sympatią. Historia jest przeciwko tobie.

fot. 400mm.pl

Najnowsze

Komentarze

38 komentarzy

Loading...