– Wylądowałem nie na cztery łapy, tylko na osiem – tak rok temu komentował swój transfer do Tromso Jarosław Fojut. Miał być czołowy klub Norwegii, co roku bijący się o najwyższe lokaty. W perspektywie odskocznia do ligi angielskiej, której skauci ponoć masowo odwiedzają norweskie stadiony. Tymczasem jest spadek do drugiej ligi, kolejny krok w tył. Nie ma facet szczęścia. A może nie o szczęście tutaj chodzi?
Na północy są w szoku. Przecież Tromso zdobyło brązowy medal w 2010, wicemistrzostwo w 2011, w zeszłym roku zajęło czwarte miejsce i grało w finale pucharu. A teraz katastrofa, przedostatnia pozycja i zasłużony spadek. Spuścić uznaną lokalnie markę, grającą rok w rok w pucharach i mającą solidny budżet to spore „osiągnięcie”. Fojuta i całą tegoroczną kadrę zapamiętają w tej okolicy na długo. Choć oczywiście otwarte pozostaje pytanie: czy akurat do niego ktoś będzie miał wielkie pretensje?
Wszyscy podkreślają, że klub spuściła forma wyjazdowa, ale nie jest to do końca prawda. Owszem, na wyjazdach byli frajerami rzadkiej klasy. Zdobyć przez cały sezon cztery punkty na cudzych stadionach, nie wygrać ani razu, a zakończyć jedenastoma kolejnymi porażkami w roli gości to blamaż wyjątkowy. Tromso jednak nigdy nie było potęgą poza swoim obiektem, większy problem więc w tym, że jesienią grali fatalnie również u siebie. Ogółem przecież na półmetku znajdowali się w środku stawki. Zajmowali ósme miejsce, grali bez błysku, ale solidnie. Nikt nie spodziewałby się wówczas, że za zakrętem czeka kompletna implozja formy. Od początku lipca, czyli od pierwszej kolejki rundy rewanżowej, wygrali u siebie ledwie dwa razy. W błyskawicznym tempie zjeżdżali w dół tabeli, aż zjechali na samo dno.
Jaki miał w tym udział Fojut? Cóż, więcej pretensji na pewno mają w Tromso do graczy defensywnych, niż ofensywnych. 41 strzelonych bramek to może żadna rewelacja, ale i żadna tragedia, ot, ósmy wynik ligi. Tyle samo goli strzelił na przykład trzeci Haugesund. To słaba gra w obronie zaważyła na spadku, bowiem zespół Polaka dał sobie strzelić 50 bramek, tylko dwie ekipy straciły ich więcej. I najważniejsze: aż 33 z tych goli padło w rundzie rewanżowej. Wiosną Fojut i cała reszta bronili całkiem dobrze. Warto też przypomnieć, że rok wcześniej, a więc bez Polaka w składzie, przez cały sezon bramkarz Tromso dał się pokonać tylko 32 razy.
Nie braknie osób, które zechcą powiedzieć, że to Liga Europy zaważyła na spadku. Przecież tu nie było wielkich zmian kadrowych latem, po prostu doszły dodatkowe rozgrywki. A Norwedzy musieli walczyć w nich od pierwszej rundy eliminacyjnej, jeździć na dalekie wyjazdy do Azerbejdżanu czy też Turcji. Pamiętajmy, że Tromso weszło też do fazy grupowej mimo porażki w play-off, zastąpiło bowiem zdyskwalifikowany Besiktas. Ale chyba z perspektywy czasu kibice tego klubu woleliby, żeby ten „fart” jednak ich ominął.
Co dalej z samym Fojutem? Wiosną, gdy tylko wskoczył do składu, zbierał dobre recenzje. Miał być na celowniku uznanych klubów skandynawskich, mówiło się choćby o zainteresowaniu FC Kopenhagi. Był pewniakiem przez cały rok, zarówno w lidze jak i pucharach, ani razu nie został zmieniony. Z Anży zagrał nawet jako kapitan. Z drugiej strony po spadku wątpliwe, by miał na rynku transferowym mocną kartę przetargową. Poza tym jest związany jeszcze półtorarocznym kontraktem, a Tromso nie ma problemów finansowych, nie będzie więc wypuszczać swoich graczy za grosze. Ewentualny nabywca najpewniej swoje musiałby zapłacić.