W prasie dzisiaj bez fajerwerków, ale tekst o Rudniewie można przeczytać. Króluje Adamek i Kliczko – co oczywiste.
PRZEGLĄD SPORTOWY
W głównym grzbiecie o piłce prawie nic, tylko kolejna analiza Antoniego Bugajskiego. Bugajski analizuje więcej niż Biuro Analiz Sejmowych, jest w stanie przeanalizować wszystko i wszędzie, dogłębnie lub powierzchownie – zależy, jak kto woli. Jako że to my zawsze musimy być czarnymi charakterami, to nam przypadł obowiązek napisania: chłopie, zajebiście przynudzasz. Pisz dwa razy mniej, ale za to dwa razy ciekawiej i czytelnicy będą zadowoleni.
W dodatku przedligowym jest kilka interesujących pozycji, chociaż sam dodatek jest dzisiaj chyba najgorszy z dotychczasowych (co nie znaczy, że zły). Zaczyna się oczywiście od krótkiej analizy Bugajskiego.
Najciekawszy jest ten na temat Rudniewa. Autor dotarł do kilku osób, które poznały tego napastnika już kilka lat wcześniej. Fragment…
Chłopak miał 18 lat, ale jako pierwszy podszedł do nas, obcokrajowców. Porozmawiał, zapytał czy czegoś potrzeba. Mieliśmy auto, więc odwdzięczaliśmy się wożąc go z treningów do domu. To była 20-minutowa trasa, a on w zamian uczył nas języka rosyjskiego. A że pochodził z rosyjskiej mniejszości, to mówił najczyściej. Właściwie tylko jego rozumieliśmy. Ten pogodny, otwarty i uśmiechnięty chłopak został naszym nauczycielem w Dyneburgu – przypomina sobie Bartłomiej Socha, który w klubie FC Daugava (wówczas Ditton Dyneburg) grał przez pół roku. Towarzyszył mu tam drugi Polak, Damian Augustyniak.
Cztery lata później polscy piłkarze zobaczyli swego nauczyciela w telewizji. Pogodny nastolatek przemienił się w killera. Na oczach zszokowanej Polski wbijał trzy gole Juventusowi Turyn. Zanim jednak zaliczył hat trick na Stadio Olimpico, Artiom Rudniew musiał dojrzeć i wyrwać się z łotewskiego miasteczka wypełnionego rosyjską mniejszością i ukraińskimi emigrantami.
– Na tle innych młodych zawodników widać było, że będzie z niego piłkarz, ale kto mógł sądzić, że aż taki – kiwa głową Socha. Obaj z Augustyniakiem w 2006 roku uczestniczyli w pierwszym seniorskim treningu Rudniewa i odtąd trzymali się razem z nim.
– Nasze boisko to były kępy trawy, chwasty, no polska okręgówka, a „Cioma”, bo tak na niego wołaliśmy, wyróżniał się, ale znowu bez przesady. Coś tam było widać, ale że aż tak? Po prostu pomocny chłopak był. Gdy szukaliśmy jakiegoś sklepu, to wskakiwał i jechał z nami. Frajda, że się z takim grało – cieszy się Augustyniak.
FAKT
Tabloid – jako gazeta obrazka – ma dziś jedną fajną rzecz: zdjęcie pozszywanego Maora Meliksona. Wszyscy piszą o kontuzji zawodnika, ale nikt jej nie pokazał.
Poza tym rozbawił nas fragment tekstu o wyborze „Piłkarza Faktu”. „Fakt” wznowił ten plebiscyt w tym sezonie, porozmawiał też z Tomaszem Frankowskim, który ma szansę na drugie w karierze zwycięstwo. O ile się nie mylimy, to „Franek” powiedział dziennikarzowi, że zaszczytne trofeum wyrzucił do śmieci. Cytat…
Pamiętam puchar za moje zwycięstwo w edycji Piłkarza Faktu. Kiedy go dostałem, grałem już w Elche i gdy parę miesięcy później wracałem do kraju, nie zmieścił się do walizki. Ważył chyba z 8 kilogramów, a ja już miałem nadbagaż…
GAZETA WYBORCZA
Malutko o piłce, tylko wywiad – niezbyt długi – z Andrzejem Juskowiakiem na temat meczu Lech – Wisła.
POLSKA THE TIMES
Jak w „GW”, czyli prawie nic. W obu gazetach, co zrozumiałe, rządzą Adamek i Kliczko.
SPORT
„Sport” mocno gra ligą, przede wszystkim meczami, które odbędą się na Śląsku (stąd dużo o Zagłębiu Lubin, rywalu Ruchu). Jest też wywiad z Leszkiem Ojrzyńskim, który umiłował opowieści o biedzie.
Kiedyś pracowałem w klubie, w którym nie płacono pensji przez pół roku. Doszło do tego, że trzeba było wyprzedawać swój dobytek albo chodzić na grzyby – żeby przeżyć. W innym zespole nie wystawiałem pierwszej jedenastki w oparciu o aktualną formę sportową, bo musiał grać ten, kto ma w torbie lepsze buty. Jak lało i boisko było błotniste, to najpierw musiałem zobaczyć, kto ma wkręty. Dopiero potem rozpisywałem meczowy skłąd.
Coraz częściej jak to czytamy, to mamy wrażenie, że facet niesamowicie pieprzy. Zresztą kilka dni temu mniej więcej coś takiego powiedział Jakub Wawrzyniak – że Ojrzyński pieprzy. Jak grali w Stargardzie, to rzeczywiście poszli na grzyby, ale dla relaksu, a nie z głodu. I że nikt się o żadne pierogi nie bił.
Obawiamy się, że w opowieściach o butach jest tyle samo prawdy…




