Jak grzyby po deszczu wyrastają „Kluby Kokosa”. Kolejny powstał właśnie w Lechii Gdańsk. Z taką różnicą, że zamiast po schodach, nieszczęśnicy biegają… po plaży. Z Brzeźna do Sopotu i z powrotem. – Jak tak dalej pójdzie, chyba zmienimy dyscyplinę na maraton – nie kryje frustracji Arkadiusz Mysona. Jest ich czterech. Prócz wspomnianego Mysony, także Mateusz Bąk, Piotr Kasperkiewicz i Jakub Zabłocki. Po powrocie z urlopów odebrali wiadomość, że nie są mile widziani nie tylko na treningach pierwszej drużyny, ale i w zespole rezerw. Trener Kafarski postawił na nich krzyżyk i nie widzi odwrotu.
Mysona, Bąk, Zabłocki i Kasperkiewicz każdego dnia zbierają się na plaży i… po prostu biegają. Raz i drugi, dzień za dniem. Więcej zrobić się nie da, to nie Copacabana. – Czasem popołudniami chodzimy do siłowni. Piłki, niestety, nie ma gdzie kopnąć. W klubie robimy tyle, ile każą. Przynajmniej nie dostaniemy kar finansowych – przyznaje Mysona.
Co do powiedzenia ma Tomasz Kafarski? Niewiele. Utrzymuje, że cała czwórka ma zapewnione minimum kontraktowe. Co to oznacza, w zasadzie nie wiadomo. Przecież nie mogą uczestniczyć w treningach, a Zabłocki nie dostaje pensji od czterech miesięcy. Skromne więc to gdańskie minimum. – Mam nadzieję, że się pozbierają, ale już nie w Lechii. Do mojej drużyny nie wrócą. Decyzję podjąłem i nie żałuję – deklaruje szkoleniowiec.
W imieniu władz klubu wypowiada się rzecznik prasowy. – Lechia po prostu nie wiąże z tymi piłkarzami przyszłości. W przypadku Zabłockiego dodatkowo zaważyły problemy pozasportowe – informuje Błażej Słowikowski. Te informacje niestety się potwierdzają. – Alkohol, hazard… chłopak jest zainteresowany wszystkim, tylko nie piłką – anonimowo przyznaje jeden z naszych rozmówców. Nie jest tajemnicą, że jeśli Zabłockiemu wiedzie się lepiej, to gra w „Grandzie”, a jak gorzej, to na automatach.
Sam Zabłocki wypowiadać się nie zamierza. Wolałby czym prędzej rozwiązać kontakt i przede wszystkim odzyskać zaległe pieniądze. Oferty z innych klubów? W ostatnim czasie jedna. Podobno z Kazachstanu. – Szukam Kubie nowego pracodawcy od dłuższego czasu. Wiem w jakiej jest sytuacji i nie widzę powodów, dla których osoby niepowołane miałyby się o tym dowiadywać – bulwersuje się jego menedżer, Krzysztof Jakubczak.
Lechia pozbędzie się całej czwórki z wielką chęcią. Najpierw wolałaby jednak odzyskać trochę pieniędzy. Problem w tym, że chętnych na horyzoncie nie widać. – Nie ma żadnych konkretnych sygnałów. Jeśli nie znajdę nowego klubu, będę siedział pół roku w Gdańsku, aż w końcu od tej plaży zostanę maratończykiem – przyznaje Mysona.
W równie kiepskiej sytuacji jest bramkarz Mateusz Bąk. – Przed wyjazdem do Maritimo trener powiedział, że nawet jeśli wrócę na tarczy, zyskam cenne doświadczenie. Niestety, już na pierwszym treningu po powrocie dał mi do zrozumienia, że zmienił zdanie i więcej na mnie nie postawi – opowiada. Jesienią zagrał tylko jeden mecz w rezerwach – wyjazdowy z Pogonią Barlinek. Zabrakło juniora, który mógłby go zastąpić.
Jutro punkt 9. rano pewnie znów zamelduje się na gdańskiej plaży. A wraz z nim cała reszta. I jak co dzień – z Brzeźna do Sopotu. Z Sopotu do Brzeźna. Istny „klub Kokosa”.
PAWEŁ MUZYKA