Jedni mogą, drudzy muszą – starcie smoków z wygłodniałą zwierzyną

Piotr Tomasik

06 lipca 2016, 13:47 • 5 min czytania

Jedni mogą, drudzy muszą – starcie smoków z wygłodniałą zwierzyną

Walia kontra Portugalia, czyli drużyna, która może, przeciwko drużynie, która musi. Starcie debiutantów z wygłodniałą zwierzyną, która jest w stanie zrobić wszystko, by tylko dostać się do koryta. Konfrontacja rewelacji mistrzostw z zespołem, na którym po latach niepowodzeń na ostatniej prostej ciąży niesamowita presja wyniku. No i rzecz jasna, pojedynek dwóch najdroższych – na co dzień będących zresztą klubowymi kolegami – piłkarzy świata, czyli Cristiano Ronaldo i Garetha Bale’a. Jedni i tak napisali już piękną historię, drudzy na tym etapie turnieju znajdują się po raz piąty, a ich jedynym celem jest rozprawienie się z demonami przeszłości.

Reklama

Głód, nienasycenie, niespełnione marzenia i ciągłe rozczarowania. Choć od osiągnięcia celu dzielił ich już nieraz tylko krok lub dwa, zawsze kończyło się tym samym – płaczem i niedowierzaniem. Za każdym razem gdy znajdowali się już pod bramą raju, nikt nie reagował na ich rozpaczliwe pukanie. W półfinale w 1984 roku w ostatniej minucie dogrywki z turnieju wywalił ich Platini, 16 lat później – również w samej końcówce dogrywki – pogrążył ich Zidane, w 2004 ich własny kraj w piekło zamienili w finale Grecy, zaś na poprzednim EURO w rzutach karnych z kwitkiem odprawili ich Hiszpanie.

Portugalia to jedna z najbardziej piłkarsko przeklętych – o ile nie najbardziej przeklęta (przecież nawet Anglicy zdołali kiedyś zdobyć mistrzostwo świata) – nacji świata. „To jest to złote pokolenie”, „Teraz naprawdę może nam się udać”, „Jak nie teraz, to już chyba nigdy”, „Mamy przecież u siebie najlepszego piłkarza świata”, i tak dalej, i tak dalej… Portugalczycy są prawdziwymi mistrzami w zaklinaniu rzeczywistości. Ich głód sukcesu często nie pozwala im na trzeźwą ocenę sytuacji. Tęsknota za pokoleniem Rui Costy, Luisa Figo i Pedro Paulety, które – nawiasem mówiąc – przecież z kadrą także nie zdołało triumfować na żadnej wielkiej imprezie, sprawia, że na każdym kolejnym turnieju wciąż widzą się oni w roli faworytów.

Reklama

W jakiś sposób jesteśmy to jednak w stanie zrozumieć – gdyby to nasza kadra miała właśnie rozgrywać piąty w historii półfinał mistrzostw Starego Kontynentu, też pewnie ślepo wierzylibyśmy, że właśnie nadszedł nasz czas – no bo kiedyś przecież musi. Też pewnie staralibyśmy się przekonać siebie samych i wszystkich dookoła, że mimo padaki prezentowanej na przestrzeni całego turnieju i awansie z grupy wyłącznie dzięki indywidualnemu błyskowi jednego zawodnika jesteśmy w stanie zdziałać cuda. Również wmawialibyśmy całemu światu, że te wszystkie dotychczasowe męki to jedynie zasłona dymna, a najlepsze zostawiliśmy sobie na sam koniec. No i wreszcie – gdyby przyszło nam się mierzyć w półfinale z debiutantem, także oczami wyobraźni widzielibyśmy się już w finale.

Głodny człowiek zawsze desperacko myśli tylko o tym, by jak najszybciej dostać się do pożywienia. Z reprezentacją Portugalii jest identycznie – presja wyniku na EURO we Francji jest olbrzymia. Po ewentualnej klęsce nikogo nie będzie obchodziło, że tak naprawdę już sam półfinał można było rozpatrywać w kategorii sukcesu. Nikogo nie zadowoli fakt, że pomimo kiepskiej gry i tak udało im się znaleźć w gronie czterech najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Nikt nie przyzna wprost, że przegrali, bo obecna generacja piłkarzy – z drobnymi wyjątkami – nie może równać się do tej sprzed kilku czy kilkunastu lat. Porażka z Walią będzie dla Portugalczyków równoznaczna z rozpoczęciem żałoby narodowej oraz zaprojektowaniem okolicznościowej okładki tamtejszego „Faktu”. Szczerze? Naszym zdaniem bycie reprezentantem Portugalii jest dzisiaj wyjątkowo niewdzięczną fuchą. Fakt, że Cristiano i spółka będą dziś faworytami, stanowiłby zaś dla nas mimo wszystko raczej marne pocieszenie. Jakkolwiek jednak patrzeć – dzisiejsze starcie będzie jednym z tych, które oddziela chłopców od mężczyzn.

Walia po odpadnięciu Islandii jest natomiast ostatnią nadzieją i przedłużeniem snu piłkarskich marzycieli. Jasne, w tym przypadku nie mówimy już o zespole z kraju o zaludnieniu mniejszym niż Szczecin, ani też o drużynie, w której skojarzenie przez przeciętnego kibica więcej niż dwóch graczy byłoby powodem do odpalenia fajerwerków i salwy z kilkudziesięciu armat. Wystarczy przecież wspomnieć, że Walia w swoich szeregach ma jednego z najlepszych piłkarzy świata – Garetha Bale’a. Cóż jednak z tego, skoro swego czasu miała też przecież Giggsa czy jeszcze wcześniej Iana Rusha, a jednak historia występów „Smoków” na wielkich imprezach mimo wszystko wciąż ograniczała się jedynie do udziału na mundialu w 1958 roku, czyli w czasach, gdy Pelé dopiero miał objawić światu swój talent.

Nie będziemy nikogo przekonywać na siłę, że Bale nie jest centralną postacią tej reprezentacji, bo temu najzwyczajniej w świecie nie da się temu zaprzeczyć (choć też zapominanie o Aaronie Ramseyu byłoby aktem wyjątkowej ignorancji). Trzeba jednak przyznać, że gra Walijczyków nie polega jedynie na podawaniu piłki gwiazdorowi Realu Madryt i czekaniu na to, aż ten zacznie czynić z nią jakieś cuda i sam wygra mecz, podczas gdy reszta spokojnie dłubie sobie w nosie i modli się o to, by ich największy as miał akurat swój dzień. Nikt nie wychodzi tam już z założenia, że jeśli coś pójdzie nie tak, całą winę koniec końców będzie można zrzucić na jednego zawodnika i spokojnie żyć sobie dalej jak gdyby nigdy nic. Cały zespół doskonale zdaje sobie bowiem sprawę, że właśnie walczy o wieczną chwałę, że stoi przed szansą na dokonanie czegoś absolutnie wielkiego i zjawiskowego.

Walia pokazała już na tych mistrzostwach, że tam każdy jest w stanie włożyć za każdego rękę w ogień. Że nikt nie boi się, iż ubabra sobie spodenki, gdy przyjdzie mu naprawiać błąd kolegi. A gdy trzeba, indywidualnym błyskiem potrafi się popisać nie tylko Bale czy Ramsey (dziś nie zagra on jednak z powodu zawieszenia za kartki), a chociażby Hal Robson-Kanú, który w zeszłym sezonie kopał w Championship, a biodra obrońcom Belgii łamał figurując w rejestrze jako osoba poszukująca zatrudnienia.

Ekipa Chrisa Colemana stanowi dobitny dowód na to, że sukces rodzi się w cierpieniu. Cierpieniu, które możemy postrzegać zarówno przez pryzmat niemal sześćdziesięcioletniej tułaczki po pustyni, jak i również przez pryzmat trwających mistrzostw, w których trakcie – podobnie zresztą jak Portugalczycy – Walia także kilkukrotnie została przecież wystawiona na próbę. Gol z Anglią na 1:2 w ostatniej minucie w fazie grupowej, niesamowite męczarnie z Irlandią Północną w jednej ósmej, konieczność odwracania niekorzystnego rezultatu z faworyzowanymi Belgami w ćwierćfinale… Jak dotąd wszystkie te testy siły charakteru nie były jednak w stanie złamać „Smoków”. Niebywały upór – poparty oczywiście umiejętnościami czysto piłkarskimi – pozwolił im dojść do momentu, w którym jako debiutant stoczą batalię o finał. Batalię, w której – powiedzmy sobie szczerze – wcale nie są bez szans.

Fot. FotoPyK

Najnowsze

La Liga

Barcelona drżała do końca, ale ma półfinał! Słaby Lewandowski

Jakub Radomski
11
Barcelona drżała do końca, ale ma półfinał! Słaby Lewandowski
Reklama

Weszło

Reklama
Reklama