Każda historia ma gdzieś swój początek. Roberto Carlos debiutuje w kadrze

Piotr Tomasik

26 lutego 2016, 12:02 • 2 min czytania

Reklama
Każda historia ma gdzieś swój początek. Roberto Carlos debiutuje w kadrze

Towarzyski mecz Brazylii z USA mógłby być szybko zapomniany – ot, zwykłe spotkanie dwóch drużyn, chcących przetestować nowe warianty gry. I tak by pewnie było, gdyby nie pewien szczegół: to właśnie wtedy, w 1992 roku, pierwszy raz w reprezentacji wystąpił jeden z najlepszych lewych obrońców w historii, Roberto Carlos.

Reklama

Carlos Alberto Parreira potrzebował świeżej krwi w kadrze, drużyna wymagała nowego rozdania po słabiutkim Mundialu z 1990 roku, kiedy odpadła już w 1/8 finału. Ale postawienie na 18-letniego defensora wymagało sporej odwagi – Carlos grał dla przeciętnego União São João, ledwie w drugiej lidze swojego kraju. Szkoleniowiec jednak się nie pomylił, młodzian zagrał przyzwoicie i pomógł zespołowi w utrzymaniu czystego konta, a Brazylia sięgnęła po łatwe 3:0. Piłkarz natomiast postawił pierwszy krok w definiowaniu pozycji bocznego obrońcy od nowa.

Co prawda na mistrzostwa w 1994 roku jeszcze się nie załapał, ale na kolejne dwa Mundiale jechał już jako postać wybitna. Zdobył srebrny i złoty medal, obie imprezy kończył w najlepszej jedenastce turnieju. Swoją grą zachwycał, trudno było nie doceniać ofensywnego stylu, który proponował, tego jak potrafił podłączyć się do ataku i pomóc drużynie w zdobywaniu bramek. Bo gdy myślisz Roberto Carlos, pierwszym skojarzeniem jest jego strzał – potężne uderzenie, często z nieprzewidywalną rotacją, piekielnie trudne do obrony dla bramkarza. Gol przeciwko Francji wszyscy widzieli pewnie po 100 razy. Ale trudno się dziwić, bo można go oglądać do znudzenia, a gdy żona przychodzi odciągać od monitora, sama siada i patrzy z zachwytem.

Dla Brazylii Carlos zagrał 125 meczów – ostatni raz w żółtej koszulce wystąpił w 2006 roku na niemieckich mistrzostwach świata, gdy Canarinhos odpadli po boju z Francją. Licznik zatrzymał się więc na dość nieprzyjemnym wspomnieniu i choć obrońca doczekał się godnego następcy, Marcelo, to chyba nikt nigdy nie osiągnie jego klasy.

Reklama

Najnowsze

Reklama
Mundial 2026

Ochoa skończył tu, gdzie zaczął. „Warto było przeżyć tę ostatnią chwilę”

Patryk Idasiak
1
Ochoa skończył tu, gdzie zaczął. „Warto było przeżyć tę ostatnią chwilę”

Weszło

Reklama