Nie chodzi o to, żeby wyśmiać teraz golkipera Lecha, bo popełnił jeden kuriozalny błąd. Ogólnie rzecz ujmując bramkarz nie daje mistrzom Polski między słupkami pewności, na którą mogli liczyć, ściągając go z Turcji. Mateusz Lis sam u progu sezonu przyznawał, że nie grał pod taką wyjątkową presją, jak ta pchająca zespół ku kolejnemu triumfowi w lidze i coraz lepszym wynikom w Europie. I może po prostu ma problem, by dostroić się do tego, czego wymaga dziś bycie jedynką Kolejorza. A to również problem Nielsa Frederiksena i spółki.
Bo z czego biorą się błędy? Z braku jakości, to raz, wiadomo. Jeśli jakość jest odpowiednia – a możemy założyć, że Lis coś tam jednak potrafi, z Turcji napływały sygnały o jego dobrej grze, na tle ekstraklasowej stawki ma prawo się nawet wyróżniać, ma zresztą swoje momenty – to jest jeszcze drugi czynnik, czyli właśnie presja. Pod jej wpływem o błędy łatwiej. A styl gry Lecha pod własną bramką tylko może presję zwiększać.
– Lech jest dużo lepszą drużyną niż Goztepe. Jest wyraźna różnica jeśli chodzi o granie w piłkę. To też dwie zupełnie różne koncepcje funkcjonowania na boisku. W Goztepe stosowaliśmy proste środki. Byliśmy nastawieni na obronę, przeszkadzanie rywalowi, bycie nieprzyjemnym. Dużo biegania i zbierania drugich piłek. Tutaj jest po prostu granie w piłkę i kontrolowanie meczu poprzez jej posiadanie. Żeby tak grać, trzeba mieć odpowiednią jakość i my ją mamy. Od razu było to widoczne na treningach, a teraz znajduje potwierdzenie w meczach. Jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób gramy – mówił w rozmowie z Weszło sam Lis.
Świadom różnic, ale i obowiązków, jakie nagle spadną na jego barki. Dziś widać, że to wszystko robi swoje.
Mateusz Lis: Lech jest dużo lepszą drużyną niż Goztepe [WYWIAD]
Mateusz Lis powinien dawać więcej? Lech potrzebuje pewności między słupkami
W sumie jeszcze jeden krok jest potrzebny do tego, by od presji przejść do błędu. Presja powoduje bowiem podejmowanie złych decyzji, a te na pozycji bramkarza przynoszą skutki katastrofalne. Żeby nie szukać bardzo daleko, ale jednocześnie pominąć wydarzenia z meczu z Sunderlandem – często banalne zawahanie przy wyjściu do górnej piłki, drgnięcie ciała, może sprawić, że znacząco zmniejszasz swoje szanse na udaną interwencję. Dobrym przykładem byłby tu drugi gol stracony przez Lecha we wrześniowym meczu ligowym z Górnikiem. Krótko rozegrany rzut rożny, wrzutka Janży, wychodzący w powietrze Prekop i nie ma czego zbierać.
Był jednak moment, który sprawił, że Lis nie ustawił się najlepiej do strzału rywala. Strzału, który przy nieco szybszym przesunięciu się w odpowiedni sektor bramki dałoby się wybronić. Nie to, że ta bramka idzie całkowicie na konto bramkarza Lecha, nie, nie o to chodzi. Chodzi o brak pewności, drobne złe decyzje, które sprawiają, że trudno dać zespołowi coś ekstra.
Tu ten fragment. Ułamek sekundy po kopnięciu piłki przez Janżę Lis podejmuje decyzję o wyjściu na przedpole. Ułamek sekundy później decyzję zmienia, ale jego ciało już przyjęło pierwszy impuls i bramkarz Lecha zrobił krok do przodu. Potem tego jednego kroku braknie.
Ciekawe to o tyle, że Lis sam trafnie zauważył już przed meczem o Superpuchar Polski, też zresztą z Górnikiem, że stres towarzyszący mu w Lechu jest po prostu innym od tego, z którym mierzył się do tej pory.
– Ciała ludzkiego się nie oszuka. Czułem przed Superpucharem Polski, że to coś specjalnego dla organizmu. To był inny stres, niż do tej pory. Bez względu na to, ile miałem doświadczenia – a rozegrałem ponad 100 meczów w tureckiej Super Lig – czułem wtedy od rana, że pojawił się nowy rodzaj napięcia. Stres jest naturalną sprawą, a taki pozytywny stresik to wyznacznik tego, że chce ci się grać w piłkę, ale tutaj chodziło o coś na wyższym poziomie.
Z perspektywy całego sezonu – drobiazg. A jednak znaczący
Dobrego bramkarza, pewnie się zgodzicie, cechuje pewna stałość. Jest solidny, regularny, przewidywalny. W tym fachu są pewne aksjomaty, których po prostu nie można naruszyć. Na przykład zabezpieczenie bliższego słupka, z którym Lis miał efektowny problem w meczu z Widzewem. To był oczywiście błysk Mariusza Fornalczyka, który nie strzelił tak całkowicie przypadkowo, ale jeśli dostajesz takiego gola, to tylko pozytywny wynik – a taki Lech wyciągnął dzięki większemu babolowi Drągowskiego – może cię uratować przed roztrząsaniem jednej sytuacji przez kilka tygodni.
Pamiętacie tego gola, ale możecie go sobie jeszcze odświeżyć. Dla mnie to jeden ze znaków świadczących o tym, że Lis nie ma wystarczającej kontroli nad wydarzeniami pod jego bramką. Tym samym podobny sygnał odbierają jego koledzy z defensywy. A to nie sprzyja nikomu przy budowaniu pewności siebie w tyłach i problemy Lecha w tej materii obnaża potem Liga Europy. Bo w Ekstraklasie wszystko wygląda co najmniej przyzwoicie – szalejąca ofensywa przykrywa wszelkie niedostatki w defensywie i mówimy więcej o tym, że Poznaniacy strzelili 15 goli w trzech ostatnich meczach ligowych, bo to po prostu bardziej rzuca się w oczy.
Nie chodzi oczywiście o to, że Mateusz Lis jest ojcem chrzestnym wszystkich problemów Lecha w obronie. Jest jednak jednym z tych problemów i to takim, którego nie rozwiążesz sprawnie zmianą formacji czy taktyki.
Suma wszystkich strachów. Niepewność Lisa w pigułce
Dwa powyższe przykłady nie są przecież jedynymi. Wielu zwraca uwagę na to, że Lis nie czuje się dobrze na przedpolu i często ma tam problemy z interwencją. Niepewne piąstkowania (dobrym przykładem mecz ze Śląskiem), momenty zawahania, znów cała lista mniej głośnych błędów, które kreują cały obraz. No i król wszystkich drobiazgów, czyli trudny pod względem mentalnym mecz rewanżowy z Aarhus, w którym Lis też się przecież nie popisywał. Po takim wieczorze jak tamten można zagubić się w tysiącu wewnętrznych rozterek.
Przy pierwszym golu piłka na ręce, strzał z ostrego kąta. Zamiast pomagać przeszkadzała trochę obecność Yegbe, ale budzisz się rano z myślą, że dało się zrobić więcej. Potem rzut karny – piłka przechodzi ci jakoś przez nogi, znów czujesz, że dało się pomóc, można było zrobić coś więcej, ale… no nie wyszło, brakło szczęścia. Jakby wątpliwości było mało, to zawsze można się też zastanawiać, czy nie lepiej było wyjść do wrzutki z rożnego, którą Duńczycy zamienili na trzecią bramkę.
WSTYD. Miała być Liga Mistrzów, jest powrót mokrej szmaty [RELACJA]
I na dokładkę gwóźdź do trumny, czyli bramka czwarta. Stracona niedługo po tym, jak Lech odbił się od dna i wydawało się, że jednak oszuka przeznaczenie. Piłka przelewa się przez rękę bramkarza, strzał nie był mocny, ten gol idzie na twoje konto. Na koniec piłkarze Aarhus karne strzelają tak, że nawet nie za bardzo masz szansę pomóc kolegom i to wszystko składa się na prawdziwy koszmar.
Bardzo duża część umiejętności bramkarza leży w głowie, a Mateusz Lis może dziś potwierdzać tę tezę. To nie tak, że jest dramatyczny, to nie tak, że wali babola za babolem i ciągnie cały swój zespół na dno. Często pomaga, według xG nie traci w lidze więcej goli niż powinien. Ale ogólnie ciąży, ciąży niemiłosiernie Lechowi jego elektryczność, która daje o sobie znać w wielu spotkaniach, a uwydatniają ją wieczory o większym ciężarze gatunkowym. Konsekwencje nie zawsze są poważne, częściej nie wynika z tego bezpośrednio nic naprawdę złego, tak jak nic naprawdę złego nie wynikało bezpośrednio z tego, że w meczu z Sunderlandem posłał całą masę niedokładnych podań.
W ogólnym rozrachunku Lis nie jest jednak bramkarzem, na którego liczył Lech w momencie jego zatrudnienia. O złapanie pewności siebie nie będzie mu łatwo także dlatego, że cała linii obrony miewa gorsze momenty i… kłopoty mogą się jeszcze nawarstwiać. Jak to przeciąć? Przydałby się pewnie taki mecz, w którym bramkarz Kolejorza zagra pierwsze skrzypce i jednocześnie nie popełni żadnego poważnego błędu. Ot, uratuje Lecha, pomoże wyciągnąć wynik po jakiejś rozpaczliwej obronie Częstochowy. Przy stylu gry jego drużyny i sile Lecha na tle ligowych rywali raczej próżno czekać na taką okazję w Ekstraklasie. Na tle mocnych klubów europejskich – o szansę łatwiej, ale trudniej o jej wykorzystanie.
Taki mecz z Sunderlandem mógł być przecież meczem Lisa. Zanotował 11 – nawet jeśli kilka było taś-tasiami w koszyczek – obronionych strzałów, ta statystyka robi wrażenie, ale… dobrze wiemy, dlaczego to nie był jednak jego mecz. I znów pewności siebie raczej nie przybędzie.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix