WSTYD. Miała być Liga Mistrzów, jest powrót mokrej szmaty

Aleksander Rachwał

29 lipca 2026, 22:22 • 5 min czytania 94

Reklama
WSTYD. Miała być Liga Mistrzów, jest powrót mokrej szmaty

Aarhus jechało do Poznania tylko honorowo pożegnać się z eliminacjami Ligi Mistrzów. Trzybramkowa strata po pierwszym meczu, rewanż na terenie rywala, kontuzje ważnych graczy – odwrócenie losów dwumeczu w takiej sytuacji wydawało się graniczyć z cudem. Awans Duńczyków nie jest jednak efektem żadnego niewytłumaczalnego zrządzenia losu. Przesądziła o tym fatalna postawa mistrza Polski. Kolejorz miał dopełnić formalności, a ostatecznie obudził w kibicach najboleśniejsze traumy.

Reklama

Na miejscu Jakoba Poulsena poszlibyśmy dzisiaj puścić los w totolotka, bo trener duńskiej ekipy ewidentnie jest mocny w przewidywanie. – Spróbujemy strzelić pierwszą bramkę i zobaczymy, co się wydarzy. Może uda nam się zdobyć drugą i będziemy mieli już tylko gola straty – mówił przed meczem szkoleniowiec. Ta całkiem ostrożna, ale jednak pełna nadziei wypowiedź sprawdziła się co do joty.

Z drugiej strony Niels Frederiksen i jego zawodnicy zapewniali, że przecież nic nie jest rozstrzygnięte i w rewanżu trzeba zagrać na maksa. Cóż, właściwie oni też trafili w sedno.

Lech Poznań odpada z eliminacji Ligi Mistrzów. Kompromitacja mistrza Polski w rewanżu z Aarhus

Nie zarzucamy poznańskiej drużynie minimalizmu, w końcu wyszła na rewanż mocnym składem i nie miała zamiaru wyłącznie bronić swojego pola karnego. Nie, lechici nie zlekceważyli rywala, oni zagrali zwyczajnie źle. Nieodpowiedzialnie w defensywie i bez błysku w ataku. To może wystarczyłoby w Danii, gdzie rywal grał w osłabieniu, a lechici byli do bólu skuteczni. No ale tym razem okoliczności były inne.

To na ile od początku gospodarze pozwalali rywalom… Kolejorz miał zagrać mądrze (kolejna zapowiedź Frederiksena), a zamiast tego wręcz prosił się o kłopoty. Nie dziwimy się więc Duńczykowi, że wściekał się przy linii bocznej, patrząc jak jego podopieczni dopuszczają przeciwników do kolejnych sytuacji. Taka postawa gospodarzy zwyczajnie musiała się zemścić.

Reklama

Pierwszy akt tego dramatu zaczął się od niedokładnego zagrania Gumnego do Walemarka przy linii bocznej. Z tego prezentu skorzystał Arnstad, wpadł w szesnastkę, zagrał do Becha i cyk – goście mieli co chcieli. Przewaga Lecha stopniała do dwóch goli, więc u przyjezdnych odżyła wiara, że mając jeszcze godzinę gry da się wywalczyć korzystny rezultat.

Gumny za Pereirę to jedyna zmiana w składzie Lecha w stosunku do jedenastki, która rozpoczęła mecz w Danii, i – jak się okazało – nietrafiona. Poza błędem, który doprowadził do pierwszego gola, wychowanek Kolejorza zagrał też ręką w polu karnym, co poskutkowało podyktowaniem jedenastki zamienionej przez Arnstada na drugiego gola dla Aarhus. Jedenastki przyznanej słusznie, bo nawet jeśli było to zagranie przypadkowe, to jednak tak doświadczony obrońca musi być w takich sytuacjach ostrożniejszy.

Pojedynczy błąd oczywiście zawsze może się przydarzyć. Gumny popełnił dwa i to kardynalne, ale to nie on był problemem Lecha (przynajmniej nie jedynym). Kłopot gospodarzy polegał na tym, że wynik po prostu dobrze odzwierciedlał to, w czyje żagle dął wiatr. Goście po drugim golu nie mogli się już bardziej nakręcić, a Lech nawet jeśli chciał się pozbierać, to zwyczajnie nie był w stanie wskoczyć na swoje właściwe obroty. To, co udawało się z coraz większą łatwością rozpędzonym Duńczykom, Kolejorzowi sprawiało problemy.

Podania były niedokładne, dryblingi nie wychodziły, piłka odskakiwała od nóg, przy nielicznych dobrych sytuacjach szwankowało wykończenie. Nie można powiedzieć, że Lech nie tworzył sobie okazji. Już na samym początku próbował Walemark, ale uderzył zbyt lekko w środek bramki. Palma, generalnie bardzo słaby tego dnia (zwłaszcza może żałować setki zmarnowanej w pierwszej połowie), miał jedno groźne uderzenie z rzutu wolnego. Groźnie głową uderzał Ishak. Te pojedyncze okazje to jednak za mało, gdy przez cały mecz partoli się akcję za akcją.

Reklama

No i wreszcie kompletnie pogubiony Lech roztrwonił całą potężną zaliczkę z pierwszego spotkania. Rzut rożny, Yegbe z Ishakiem nie dali rady powstrzymać w powietrzu Tingagera. Piłka w siatce, 0:3. Dogrywka.

Dla zgromadzonych przy Bułgarskiej kibiców Aarhus musiał to być jeden z lepszych momentów w ich kibicowskim życiu. Wśród fanów Kolejorza odżyły zaś traumy, które wydawało się, że w ostatnich latach zostały zażegnane. To znów był ten Lech, który frajersko wypuszcza z rąk sukces. Ten, który zawodzi w kluczowym momencie, gdy wydawało się, że jest w sytuacji, której zaprzepaścić zwyczajnie się nie da.

Taki horror nie mógł oczywiście zakończyć się inaczej niż serią rzutów karnych. To znaczy mógł, bo przecież już na początku dogrywki do siatki trafił Jagiełło. Ten gol przyszedł gospodarzom ze sporym trudem, choć była to sytuacja wymarzona – bramkarz odbił piłkę prosto pod pomocnika Lecha, ale ta mu odskoczyła. Ostatecznie zdążył jednak do niej dopaść i w ten sposób kibice Kolejorza mieli w zasadzie jedyny tego wieczoru moment radości (piłkarze natomiast świętowali to trafienie jakby wywalczyli awans do fazy ligowej Ligi Mistrzów). Słowo „moment” jest tu jednak nieprzypadkowe – po pięciu minutach w dwumeczu znów był remis. Dopiero co wprowadzony na boisko Kristjansson dostał mnóstwo miejsca po lewej stronie i idealnie dokręcił futbolówkę w kierunku dalszego słupka. Końcówka była już całkowicie szalona – pewnie ze trzy kontry Lecha mogły rozstrzygnąć dwumecz, ale wprowadzeni z ławki Agnero i Hakans nie byli w stanie sfinalizować żadnej z nich.

Dostaliśmy więc karne. Loteria – można by zarzucić wyświechtanym tekstem. Trudno jednak o większą bzdurę. Strzały z jedenastu metrów bardziej niż cokolwiek wymagają pewności siebie, ale Lech dzisiaj jej nie miał. Jagiełło – dość nieoczekiwanie najjaśniejszy punkt gospodarzy – zaczął dobrze, a po nim pomylił się Arnstad, ale na tym goście skończyli pudłować. A gospodarze wręcz przeciwnie – kolejne karne zmarnowali Sayyadmanesh i Kozubal. Pewnie wykonane Agnero i Pereiry nie zdały się już na nic.

Reklama

Dramat. Horror. Koszmar. Wpiszcie co jeszcze chcecie. Co mamy więcej napisać? Mamy kolejną lekcję tego, że polski kibic po prostu nigdy nie może opuszczać gardy z pokory. Wydawało się, że Lech ma wszystko by to był dla niego ten sezon. I wtedy znów ze schowka została wyciągnięta ona – słynna poznańska mokra szmata.

Nie tęskniliśmy.

Lech Poznań – Aarhus GF 1:4 (0:1) (5:5 w dwumeczu), rzuty karne: 3:4

  • 0:1 – Bech 32′
  • 0:2 – Arnstad 55′ (rzut karny)
  • 0:3 – Tingager 75′
  • 1:3 – Jagiełło 95′
  • 1:4 – Kristjansson 100′

Fot. Newspix

Reklama
94 komentarzy
Aleksander Rachwał

Zainteresowany futbolem od kiedy jako 10-latek wziął wolne w szkole żeby zobaczyć pierwszy w życiu mecz reprezentacji Polski na mistrzostwach świata. Na szczęście później zobaczył też Ronaldo wygrywającego mundial, bo mógłby nie zapałać uczuciem do piłki. Niegdyś kibic ligi hiszpańskiej i angielskiej, dziś miłośnik Ekstraklasy i to takiej z gatunku Stal Mielec – Piast Gliwice w poniedziałkowy wieczór.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Liga Mistrzów

Lech z rekordem Ligi Mistrzów. Nikt nie roztrwonił takiej przewagi

AbsurDB
8
Lech z rekordem Ligi Mistrzów. Nikt nie roztrwonił takiej przewagi

Liga Mistrzów

Reklama
Liga Mistrzów

Lech z rekordem Ligi Mistrzów. Nikt nie roztrwonił takiej przewagi

AbsurDB
8
Lech z rekordem Ligi Mistrzów. Nikt nie roztrwonił takiej przewagi