Jedna właśnie, po trzech latach przerwy, wróciła na fotel lidera Bundesligi. Druga po czterech kolejkach nie ma choćby jednego punktu, zmieniła trenera i musi gasić pożar, który w klubie tlił się od dłuższego czasu. Dortmund i Moenchengladbach na początku sezonu mają ze sobą wspólne tylko jedno – Borussię w nazwie.
Borussia Dortmund: cztery mecze, cztery zwycięstwa, 12 punktów i pierwsze miejsce w tabeli Bundesligi. Borussia Moenchengladbach: cztery mecze, cztery porażki, zero punktów i ostatnia pozycja.
Trudno o bardziej symboliczny rozjazd dwóch niemieckich imienniczek.
Dortmund nie musi już zachwycać? Ważne, że wygrywa
Borussia Dortmund czwartą kolejkę kończyła sobotnim Topspielem w Stuttgarcie. Z MHPArena przywiozła skromne 1:0. Nie było fajerwerków, wręcz przeciwnie: zapowiadane jako hit spotkanie było szarpane, a długimi fragmentami brakowało dogodnych sytuacji.
Jeżeli ktoś BVB pamięta z czasów Juergena Kloppa i ciut późniejszych – jako drużynę efektowną, ofensywną, czasami naiwną, ale zawsze cieszącą oko – może poważnie się zdziwić odpalając mecze Dortmundczyków. Zespół Niko Kovaca wygląda dziś zupełnie inaczej.
Borussia w Stuttgarcie nie potrzebowała 90 minut dominacji i trzech-czterech zdobytych bramek. Ba, w całym meczu oddała zaledwie dwa celne strzały, a do wygranej wystarczył jej zaledwie jeden z nich. W 70. minucie Jobe Bellingham zagrał płasko wzdłuż pola karnego, Maximilian Beier uprzedził obrońcę i trafił do siatki Fabiana Bredlowa. Tyle było potrzeba, by spokojnie udać się na przerwę reprezentacyjną.

Niemieckie media piszą o kolejnym kroku w rozwoju BVB, ale nie dlatego, że ta gra olśniewająco. Przeciwnie, Ruhr Nachrichten doceniło tak Borussię za to, że w trudnym meczu udało jej się znaleźć sposób na zwycięstwo.
To pokazuje zmianę priorytetów. Jeszcze niedawno Borussia musiała grać ładnie, dziś – ma przede wszystkim wygrywać. I choć nawiązanie walki z Bayernem Monachium będzie niezwykle trudne, to miło chociaż przez chwilę usiąść na szczycie tabeli.
Zwłaszcza, że fani BVB odzwyczaili się trochę od tego uczucia. Dortmundczycy fotel lidera objęli po raz pierwszy od… 1212 dni. To wówczas, przed ostatnią kolejką sezonu 2022/23 BVB miała wszystko w swoich rękach, ale ostatecznie nie potrafiła wygrać w Moguncji, więc tytuł znów, tradycyjnie, powędrował do Bawarii.
Teraz Dortmundczycy znów prowadzą w Bundeslidze, choć ich gra nie wzbudza powszechnego zachwytu. A mimo tego – BVB potrafiła odwrócić losy spotkania z Hoffenheim (przegrywała 0:2, by wygrać 3:2), w takim samym stosunku wygrała też w LM z Villarrealem. Do tego Kovac zbiera pochwały za coraz lepsze wykorzystanie szerokości kadry.
Solidna obrona zamiast efektownej ofensywy
Bilans bramkowy Borussii Dortmund po czterech meczach nie rzuca na kolana. Tylko dziewięć strzelonych goli – Bayern siedem wrzucił ostatnio samemu Unionowi – ale za to tylko dwa stracone. Tyle samo co Bawarczycy, którzy potknęli się jednak na Schalke, któremu przez 90 minut nie potrafili strzelić żadnego gola.
To właśnie solidna gra defensywna stoi u podstaw dobrych wyników ekipy Kovaca. W Stuttgarcie znów pod tym względem BVB wyglądała nieźle, świetne zawody rozegrał były gracz VfB Waldemar Anton, a gdy trzeba było się wykazać: błysnął i Gregor Kobel.
To najważniejsza różnica względem wcześniejszych wersji Borussii Dortmund: nawet kiedy ofensywa nie funkcjonuje na najwyższym poziomie, zespół potrafi przetrwać trudne momenty. Na to, by powiedzieć, że BVB znów rzuca rękawice Bayernowi jest jeszcze za wcześniej, ale zmianę w DNA Dortmundczyków widać dziś gołym okiem.
To drużyna, która nie musi już wygrywać każdego spotkania w efektownym stylu.

Gladbach z najgorszym początkiem w historii
Choć stadiony obu Borussii dzieli zaledwie godzina drogi, to w czasie tej podróży nastrój może zmienić się diametralnie. W Gladbach krajobraz u progu przerwy reprezentacyjnej przypomina ten po bitwie.
Zero punktów. Sześć zdobytych bramek, ale aż szesnaście straconych. Średnio aż cztery na mecz. Ostatnie miejsce w tabeli. Do tego zmiana trenera już po trzeciej kolejce.
Eugen Polanski Gladbach objął 15 września zeszłego roku, ale nie dotrwał do rocznicy tego wydarzenia. Pracę stracił dwa dni wcześniej, przegrywając z Freiburgiem 0:5. Kibice mogli przeżyć wówczas swoiste deja vu – sezon wcześniej trenera też zwalniano po trzeciej kolejce, gdy Polanski zastępował Gerardo Seoane.
Teraz zespół tymczasowo objął Jan-Moritz Lichte, ale zamiast reakcji była kolejna porażka. Mimo objętego prowadzenia Gladbach przegrało 3:4 z Mainz, w meczu który przypomniał niedawne starcie z Elversbergiem. W starciu z beniaminkiem ekipa Polanskiego prowadziła 1:0, a później 3:1, by także przegrać wynikiem 3:4.
Podczas gdy my po meczu z Mainz cieszyliśmy się z debiutu w wyjściowym składzie Jana Leszczyńskiego, niemieckie media zwracały uwagę na coś innego. Gladbach zaliczyło właśnie najgorszy początek sezonu w historii istnienia klubu.

Trwają poszukiwania trenera
Po klęsce we Fryburgu tymczasowy trener Lichte ograniczył piłkarzom dostęp do mediów, a kibicom do treningów, chcąc zapewnić zespołowi spokój w przygotowaniach do meczu. Nie pomogło, Gladbach wciąż nie ma na koncie żadnego punktu.
Po meczu z Mainz dyrektor sportowy Rouven Schroeder poinformował, że klub osiągnął ustne porozumienie z nowym szkoleniowcem. Jako najbardziej prawdopodobną opcję wymienia się Alexandra Blessina, czyli niedawnego trenera St. Pauli.
Gladbach uporządkowania defensywy potrzebuje na już, a to właśnie Blessin – specjalista od gry obronnej – ma zagwarantować. Najlepszy dowód, że to trener, który wie jak to zrobić: w sezonie 2024/25 jego St. Pauli do końca walczyło o utrzymanie w lidze, ostatecznie zajęło 14. miejsce, ale miało przy tym… drugą najskuteczniejszą defensywę w lidze. Mniej goli w całym sezonie stracił tylko mistrzowski Bayern Monachium!
Wygląda na to, że w Gladbach jedyną drogą ratunku może być niejako pójście w ślady swojej imienniczki. Nawet najlepsza ofensywna bowiem nie pomoże, gdy obrona przypomina szwajcarski ser.
Dortmund i Gladbach łączy dziś tylko nazwa
Oczywiście, po czterech kolejkach trudno wyrokować jak zakończy się sezon. Początek jest jednak skrajnie różny – jedna Borussia otwiera ligową tabelę, druga ją zamyka.
W Dortmundzie po trzech latach przerwy znów mogą przymierzać plastron lidera, w Gladbach – czerwień ze wstydu koresponduje z kolorem ligowej latarni. Jedni przerwę na reprezentację spędzą z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku, drudzy: bez trenera, bez punktów i z szesnastoma golami w sieci.
Po starcie sezonu trudno wyobrazić sobie większy kontrast. Jedna Borussia spogląda w kierunku Bayernu Monachium, druga – patrzy, by nie spaść do drugiej ligi. Dziś wszystko co mają ze sobą wspólnego, to nazwa klubu.