Może jeszcze nie zdobywają złotych medali. Jednak średni poziom w międzynarodowej siatkówce skacze w górę. Coraz więcej krajów chce walczyć – i walczy! – o podia dużych imprez. Coraz więcej też po prostu jest w stanie grać na dobrym poziomie. Siatkówka staje się sportem, który zaczyna wdzierać się odważniej do miejsc do niedawna niekoniecznie z nim kojarzonych. I świetnie, bo właśnie tego potrzebuje.
Siatkówka podbije świat? Coraz więcej krajów gra na poważnie
Polska, Brazylia, Włochy, Stany Zjednoczone i Francja. Wcześniej też Rosja, ale z wiadomych powodów to aktualnie przeszłość. Mniej więcej do takiej listy sprowadza się na ogół kraje, które się w męskiej siatkówce liczą. W ostatnich latach od czasu do czasu wdzierały się na takie listy też Słowenia i Argentyna, a na naprawdę dobry poziom weszła do tego reprezentacja Japonii.
Generalnie jednak: wąskie to grono. I nawet jeśli ktoś je poszerzał, to były to raczej wystrzały.
Na mistrzostwach świata w 2006 roku brązowy medal zdobyli Bułgarzy (przegrali z Polakami w 1/2 finału), ale poszedł za tym tylko brąz mistrzostw Europy w 2009 roku. Odżyli dopiero teraz, zresztą dopiero co – na koniec fazy grupowej – pokonali Polaków (choć ci mieli już pewny awans z pierwszego miejsca). Trafiło się im zresztą znakomite pokolenie, z dwoma braćmi Nikołowami na czele. Pytaniem pozostaje jednak, czy będzie to kilka(naście) lat blisko topu, a potem zjazd, czy tym razem Bułgarzy utrzymają się blisko szczytu?
W 2010 roku srebro mistrzostw świata zdobyli Kubańczycy, a brąz Serbowie. Ci pierwsi posypali się przez sytuację polityczną i wyjazdy (ucieczki) wielkich talentów – w tym Wilfredo Leona, na czym zyskaliśmy my. Serbowie od czasu do czasu zaskakiwali na mistrzostwach Europy (w 2019 roku byli nawet mistrzami!), ale w zasadzie byli ekipą drugiego szeregu, która notuje pojedyncze wielkie chwile. A wszystko wskazuje na to, że teraz mogą przeskoczyć do trzeciego.

MŚ 2010. Półfinał Kuba – Serbia. Atakuje Wilfredo Leon. Fot. Newspix
Byli też Niemcy, brązowi w 2014 roku i srebrni w 2017 roku, ale potem wrócili do fakt, solidnej, ale jednak względnej przeciętności. Po prostu wykorzystali swój moment. Podobnie Argentyńczycy, brązowi na igrzyskach w Tokio. I to w zasadzie jedyny medalista igrzysk w XXI wieku spoza tej wielkiej piątki (szóstki z Rosją). Tam akurat niespodzianki się nie zdarzały, ale to też po prostu bardzo wąskie grono – dostaje się do turnieju olimpijskiego ledwie 12 ekip.
Wszystko wskazuje jednak na to, że to grono faworytów może się nieco poszerzać. Ekipy z drugiego szeregu są bowiem chętne pokazać swoje.
Nacierają ignorowani
Ubiegłoroczne mistrzostwa świata przyniosły dwie niespodzianki. Pierwsza to wspomniani Bułgarzy, srebrni medaliści, którzy grali w dodatku na tych mistrzostwach niezwykle młodym składem. Mieli szczęście do drabinki, oczywiście, ale fenomenalnie to wykorzystali. A zresztą – to wcale nie tak, że ten medal im podarowano, przecież w ćwierćfinale ograli po znakomitej pięciosetówce Stany Zjednoczone. Jasne, w półfinale trafili na drugą z niespodzianek – Czechów. I to już było ich szczęście.
Ale nikt nie zabronił tych Czechów ograć Iranowi, który rywalizował z nimi w 1/4. To byłby już rywal bardziej renomowany.
Obecność Czechów w półfinale – i meczu o 3. miejsce, co oczywiste – była prawdziwą sensacją. Fakt, że nam w rywalizacji o brąz zagrozili – tym bardziej. Czeska siatkówka do niedawna przecież, łagodnie rzecz ujmując, w zasadzie nie istniała na światowej scenie. Na awans do MŚ Czesi czekali od 2010 roku. Były jednak oznaki, że coś zaczyna się tam kleić – kilka finiszów w TOP 10 na mistrzostwach Europy, medale Ligi Europejskiej.
Czesi to ekipa z trzeciego szeregu, która ewidentnie ma ambicje, by przeskoczyć wyżej. Ale to też jeden z wyznaczników takiego trendu – tego typu reprezentacji jest więcej. Jasne, Bułgarzy robią to najskuteczniej, ale oni jednak w tej siatkówce bywali wysoko. To trochę inna sprawa. Natomiast, dajmy na to, Finowie? Finowie swoją siatkówkę rozwijają dopiero ostatnio. I to rozwijają całkiem sprawnie. Oczywiście, nie objawiło się to jeszcze wysokimi miejscami w którymś z dużych turniejów.
Postęp jednak widać.
Przecież na trwających mistrzostwach Europy wyszli ze swojej grupy z drugiego miejsca. Zresztą ciekawa to grupa, bo wyraźnie widać w niej kierunek zmian. Kompletnie padła Holandia, przez wiele lat naprawdę solidna (komplet pięciu porażek w grupie!), z trudem przetrwali Serbowie (trzy wygrane), za to Finowie przegrali tylko ostatni mecz (z Estonią, a ona z kolei odpadła, ale nieco w nim sobie pofolgowali), a grupę wygrała Belgia, do niedawna też ekipa raczej z dalszych miejsc.
Takich mniejszych czy większych niespodzianek trochę się na mistrzostwach trafiło.
Weźmy Grecję, która wyszła z mocnej grupy z Włochami i Słowenią z trzeciego miejsca, wyprzedzając Czechy… choć bezpośredni mecz z nimi przegrała. Grecy sensacyjnie ograli jednak Słoweńców i to za komplet punktów (3:1). W naszej grupie Ukraińcy – też bardzo sprawnie rosną w siłę – niespodziewanie pokonali Bułgarów (3:1), a w grupie D Łotysze w bezpośrednim meczu o awans okazali się lepsi od Turków, a wcześniej też ograli całkiem solidnych Rumunów, którzy byli w stanie z kolei pokonać (3:2) ekipę ze ścisłego topu, czyli Francuzów.
Jednym zdaniem: inne kraje rosną w siłę. Od medali mogą być jeszcze daleko, jednak w pojedynczych meczach są w stanie pokazać jakość.
Stawka się wyrównuje. I dobrze
Zdarzają się, oczywiście, prawdziwe pogromy. Polacy przeszli przez pierwsze trzy mecze turnieju – z Portugalią, Izraelem i Macedonią Północną – nie tylko bez potrzeby gry na przewagi, ale w dodatku tylko raz pozwalając rywalom zdobyć co najmniej 20 punktów w partii! Różnica jest tu więc gigantyczna i widoczna gołym okiem. Mówimy jednak o ekipach, które faktycznie należą do tych słabszych oraz o jednej z dwóch najlepszych reprezentacji ostatniej dekady.
Dlatego takie wyniki nie dziwią.
Najlepsi wciąż są i będą najlepsi. Niemniej: szersza jest stawka ekip, które chcą ich podgryzać. Jest mocna Bułgaria, która współorganizuje te mistrzostwa i pragnie swoje udowodnić. Belgowie mają swoje ambicje (byli w 1/4 ostatnich MŚ). Wiadomo, że Słowenia, Japonia czy nawet Argentyna (choć ci nieco spuścili z tonu), skoro już zdobywali medale – albo byli ich blisko – będą nadal o nie walczyć.
Okazją do zaprezentowania swoich racji staje się Liga Narodów. Najlepsze kadry testują tam siatkarzy, sprawdzają, co zażre, a co nie. Te z drugiego szeregu za to walczą na całego. I na przykład w tym sezonie do finałowej rozgrywki weszli Turcy (też coraz mocniejsi, choć nadal daleko od swoich koleżanek po fachu) oraz Ukraińcy, a poza decydującymi meczami wylądowali Bułgarzy (weszliby, gdyby nie miejsce bezpośrednio przyznane Chinom), Brazylijczycy, Francuzi, Serbowie, Niemcy, Belgowie, Irańczycy i Argentyńczycy.
A to wszystko przecież mocne zespoły.
W zasadzie odstawały od tej całej ferajny dwie reprezentacje – Chińczycy, którzy zajęli ostatnie miejsce, ale nie spadli (bo byli gospodarzem turnieju finałowego) oraz fatalni Kanadyjczycy. To ostatnie zresztą negatywnie zaskoczyło, bo do niedawna wydawało się, że Kanada rośnie w męskiej siatkówce w siłę. Ale może ta ich słabość (bilans meczów 1-11) to właśnie dowód na to, że siatkarska stawka staje się bardziej wyrównana, a Kraj Klonowego Liścia za tym nie nadążył?
Właściwie już teraz można się jednak zastanowić, czy w Lidze Narodów nie przydałyby się dwa miejsca dla spadkowiczów. Większy przemiał, więcej szans dla ekip, których na co dzień tam brakuje – to mogłoby zadziałać. Zresztą dwie edycje temu powiększono LN z 16 do 18 zespołów, a spadkowiczami okazywały się inne zespoły od tych, które do stawki dołączyły. Zleciały w końcu Holandia i Kanada (choć w tym roku spadłyby Chiny, gdyby nie były gospodarzem – ale nie wiadomo, czy bez gwarancji pozostania w LN nie wygrałyby więcej).
Beniaminkowie bez pewnego utrzymania – Ukraina w 2025 i Belgia w 2026 roku – spokojnie zapewniły sobie pozostanie w Lidze Narodów. I wygląda, że mogą zadomowić się tam na dłużej.
Reszta świata też idzie w górę
Ciekawie robi się też na innych kontynentach.
W Azji w siłę zaczęła rosnąć ostatnio ekipa Korei Południowej, która kilka lat temu poważniej zniknęła z radarów europejskich fanów. Mocno w siatkę inwestują na Filipinach, gdzie odbywały się mistrzostwa świata w ubiegłym roku, a także w Katarze, gdzie zdają się mieć (choć wątpliwości budzi ich wiek) kilka talentów na poziomie młodzieżowym. Siatkówkę w ostatnich latach poważniej „odkryły” też zespoły afrykańskie, w czym zapewne pomogło poszerzenie listy uczestników MŚ – ale tu na ten moment wybijają się tylko kraje północne, na czele z Tunezją i Egiptem.
W Amerykach obok standardowych – USA, Kanady, Brazylii, Argentyny i Kuby – też ugrać coś próbują nowe nacje. Chilijczycy czy Kolumbijczycy nie podbili co prawda ostatnich mistrzostw świata, ale mieli okazję się na nich pokazać. Na Północy z kolei nieco ożywiły się zespoły z Ameryki Środkowej, a także na przykład Dominikana.
Jasne, wielu z nich nadal sporo brakuje nawet do zespołów z drugiego czy trzeciego europejskiego szeregu. Ale sam fakt, że grają tam w siatkę i do tego grają coraz lepiej (oceniając wizualnie, trzeba napisać, że naprawdę jest spory, ogólnoświatowy postęp) – jest wart docenienia.
Do niedawna bowiem największym problemem siatkówki było to, że nie potrafiła sprawniej wyjść poza swoją „strefę komfortu”, używając języka mówców motywacyjnych. Ograniczała się do kilku krajów, reszta była na dostawkę. Jakiś czas temu zaczęto jednak ją promować, inwestować, zapraszać kadry z zewnątrz do tej zabawy. I okazało się, że mogą one być dodatkiem – czasem egzotyką, a czasem faktycznie kimś, kto powalczy o sety, wygrane, a nawet medale.
Na razie to ostatnie zdarza się rzadko i na ogół to wciąż domena tych samych kilku krajów. Na razie.
Siatkówka ma potencjał. Warto go wykorzystać
Bo trend na ten moment jest jasny. Oczywiste, że siatkówka nigdy nie wygra z piłką nożną czy nawet koszykówką – to nie ta skala zajawki i możliwości (jednak gra w siatkę wymaga jasno wyznaczonego boiska). Może być natomiast niezłym urozmaiceniem. Ostatecznie to też sport „niskokosztowy” – odpowiednia piłka, siatka zrobiona nawet chałupniczymi metodami, kilka linii. I można próbować grać.
To ma potencjał. I zdaje się, że wreszcie same władze siatkówki to zrozumiały. A wraz z nimi zrobiło to kilka kolejnych krajów. Nie tylko u mężczyzn – u kobiet też to tak wygląda.
I możliwe, że mistrzostwa Europy skończą się podium, na którym staną Polska oraz Włochy, a z nimi ktoś trzeci, ale z grona ekip mocnych. Jednak spokojnie, na medale dla innych być może przyjdzie czas. Na razie kluczowe, by ten trend, który zdaje się trwać, się nie odwrócił. Niech się ci Czesi, ci Finowie, ci Tunezyjczycy, ci Kolumbijczycy czy ci Grecy – z których część kiedyś grała nieźle, a część jest zupełnie nowa na tej scenie – rozwijają.
Bo to tu kryje się wielka szansa dla siatkówki.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix