Manchester United na czwórkę. Puchacz w porządku, ale bramkarz Azerów…

Marcin Ziółkowski

10 września 2026, 23:09 • 5 min czytania 4

Reklama
Manchester United na czwórkę. Puchacz w porządku, ale bramkarz Azerów…

Manchester United powrócił do Ligi Mistrzów w bardzo dobrym stylu. Przed pojedynkiem z Sabahem większość stawiała go w roli zdecydowanego faworyta, ale drużyna Michaela Carricka w każdym meczu ligowym traciła dwa gole. Trend ten zmienił się w starciu z bohaterami eliminacji Ligi Mistrzów prosto z Azerbejdżanu. Skończyło się 4:0, choć Sabah pokazał się całkiem przyzwoicie. Debiut w LM w Teatrze Marzeń zanotował Tymoteusz Puchacz.

Reklama

Słabiutki występ zaliczył za to Stas Pokatiłow, bramkarz Azerów. Kuriozalne było zwłaszcza jego zachowanie przy czwartej bramce. Zapachniało regenem Artura Rudko i innych ekstraklasowych ananasów.

Okoliczności meczu

Sabah FK to zespół, który istnieje od …2017 roku. Aby przedstawić to jakoś na osi czasu, gdy rodziło się marzenie o piłce nożnej w Azerbejdżanie, to na Old Trafford Luke Shaw grał już od trzech lat. Anglik jest w klubie do dziś, ale z Azerami nie wystąpił z powodu (a jakże!) kontuzji.

Znacznie mniej, bo niecałe trzy lata – czekano w Teatrze Marzeń na hymn Ligi Mistrzów. Jesienią 2023 roku wygrał tam Bayern Monachium po golu Kingsleya Comana. Co by nie sądzić o Czerwonych Diabłach, dobrze z powrotem mieć tę wyjątkową arenę pośród najlepszych klubów Europy.

Tymoteusz Puchacz rozpoczął spotkanie oczywiście od pierwszej minuty. Valdas Dambrauskas postawił tego wieczoru na sprawdzone konie. Michael Carrick odrobinę porotował – w ataku wyszedł choćby Benjamin Sesko.

Reklama

United XI: Lammens – Mazraoui, Yoro, Martinez, Dorgu – Tielemans, Mainoo – Mbeumo, Fernandes, Cunha – Sesko,

Sabah XI: Pokatiłow – Zedadka, Daszdamirow, McCarthy, Puchacz – Rachmonalijew, Lepinjica – Parris, Simic, Nwachukwu – Mickels.

Reklama

Manchester United spokojnie i finalnie skutecznie

Gospodarze rozpoczęli z animuszem. Próbował Noussair Mazraoui, który do tej pory w 80 meczach dla Czerwonych Diabłów nie trafił ani razu do siatki. Były to jednak strzały głównie do podbicia statystyk, bo jakości w nich za każdym razem brakowało.

Solową akcję przeprowadził Kaheem Parris, przebiegł dobre 60 metrów. Niestety dla niego, zawiodła decyzyjność w pobliżu pola karnego Senne Lammensa. A dość niepewnie rozpoczął mecz Stas Pokatiłow. Bramkarz Sabahu w jednej z sytuacji omal nie powtórzył wyczynu Josepa Martineza z meczu z Realem Madryt. Gra nogami nie była jego mocną stroną w debiucie w Lidze Mistrzów.

Po 27 minutach w końcu doczekaliśmy się zmiany wyniku. Po kilku sekundach od przejęcia piłki, Bruno Fernandes odnalazł Patricka Dorgu. Duńczyk nie zwlekał i dograł do Matheusa Cunhi, a ten nie czekał i uderzył finezyjnie bez przyjęcia. Piłka przeszła po klatce piersiowej Pokatiłowa i było 1:0.

Reklama

Drużyna z Azerbejdżanu nie miała piłki przy nodze często, ale będąc już w jej posiadaniu próbowała stworzyć realne zagrożenie. Widać było całkiem niezłą organizację gry, cierpliwie czekali na swoje szanse. Ponownie wyróżnił się Parris, który podał w polu karnym do Mickelsa. Uprzedził go jednak jeden z obrońców gospodarzy.

Rwandyjczyk był bliski wyrównania w 36. minucie, gdy Ivan Lepinjica rozprowadził akcję na bok do Parrisa, a Jamajczyk świetnie dośrodkował na dalszy słupek. Mickels trafił w boczną siatkę po uderzeniu głową.

I znów jakościowa akcja Czerwonych Diabła odbyła się po lewej stronie. Dorgu, Cunha, wtem zagranie do Tielemansa i wyłożenie Bruno jak na tacy. Różnica klas była w tej sekwencji aż nadto widoczna. Po 42 minutach mieliśmy 2:0.

Reklama

To nie był koniec popisów strzeleckich. Bryan Mbeumo podał między obrońcami do Sesko. Słoweniec w akcji sam na sam minął Polatiłowa i skierował piłkę do pustej bramki.

Goście działali na tyle, na ile pozwalał im rywal i własne umiejętności. Sabah grał z głową, nie przesadzał z czymś, co znamy choćby z gry drużyn Massimiliano Allegriego. Było po prostu kilka zrywów i tyle – na pewno nie mieli się podopieczni Dambrauskasa czego wstydzić. Manchester robił „swoje”, bez większej napinki. Przeważała jakość piłkarzy. Gospodarze strzelili dwa gole w trzy minuty i mieli w zasadzie już mecz wygrany.

Reklama

Bez szaleństw, ale ten bramkarz Sabahu…

Po przerwie Carrick zamienił Tielemansa na Masona Mounta. Nie było presji na kolejne bramki, a więcej spokoju. Całkiem niezłe zawody rozgrywał Tymoteusz Puchacz.

Po godzinie gry podszedł do rzutu wolnego z około 30 metra. Piłka po jego uderzeniu minimalnie minął słupek bramki Lammensa. Nie brakło mu wiele… No ale jeśli znów jeden zespół nie trafia, to zapewne wykorzysta to jego rywal.

I United było w 68. minucie bezlitosne. Bruno Fernandes z rzutu wolnego podciął piłkę i przeleciała ona nad murem. Technicznym zagraniem popisał się Joshua Zirkzee, a zagalopował się Pokatiłow. Fatalny był to występ, wynik nie musiał być tak wysoki, ale bramkarz nie pomógł.

Daszdamirow wybijając piłkę, trafił w swojego w bramkarza. Ten nie ogarnął, gdzie jest futbolówka, nie mógł jej znaleźć, choć była koło niego. Nie wiedział, co się dzieje. Do pustej bramki z góra dwóch metrów trafił więc Lisandro Martinez. Kuriozalne trafienie.

Reklama

Po dłuższym czasie Azerowie mieli ciekawą akcję. Joy-Lance Mickels wbiegł w pole karne i uderzył po dalszym rogu, próba minęła słupek bramki Lammensa. W pierwszej minucie doliczonego czasu Orphe Mina uderzył piłkę głową, a ta wylądowała na poprzeczce. Azerowie ambitnie dążyli do gola honorowego – to mogło się podobać.

I to by było na tyle w dość spokojnej drugiej połowie.

Reklama

Sabah z lepszym bramkarzem nie przegrałby czterema golami. Tymoteusz Puchacz zaprezentował się na przyzwoitym poziomie, trudno go winić o któregokolwiek gola w jego ligomistrzowym debiucie. Stas Pokatiłow zaprezentował jednak kunszt bramkarski na poziomie Artura Rudki czy Angelo Huguesa z najgorszych meczów z polskiej ziemi. United rozpoczęło Ligę Mistrzów od komfortowego zwycięstwa.

Manchester United – Sabah FK 4:0 (3:0)

  • 1:0 – Matheus Cunha – 27′
  • 2:0 – Bruno Fernandes – 42′
  • 3:0 – Benjamin Sesko – 45′
  • 4:0 – Lisandro Martinez – 68′

 

 

Reklama

Fot. Newspix

4 komentarze
Marcin Ziółkowski

Człowiek urodzony w roku stulecia swojego przyszłego ulubionego klubu. Schodzący po czerwonej kartce Jens Lehmann w Paryżu w finale Ligi Mistrzów 2006 to jego pierwsze piłkarskie wspomnienie. Inspiruje się Robertem Kubicą, Fernando Alonso i Ottem Tanakiem, bo jest zdania, że warto dać z siebie sto i więcej procent, nawet mimo niesprzyjających okoliczności. Po szkole godzinami czytał o futbolu na Wikipedii, więc wybudzony nagle po dwóch godzinach snu powie, że Oleg Błochin grał kiedyś w Vorwarts Steyr. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem na odcinek specjalny Rajdu Safari, ale nigdy nie grał w Colina 2.0. Na meczach unihokeja w szkole średniej stawał się regenem Lwa Jaszyna. Esencją piłki jest dla niego styl gry Barcelony i Bayernu Hansiego Flicka, bo Zdenek Zeman i jego podejście to życie, a posiadanie piłki jest przehajpowane

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama