W Bundeslidze bez zmian. Bayern faworytem do mistrzostwa

Jan Broda

Autor:Jan Broda

28 sierpnia 2026, 22:35 • 3 min czytania 1

Reklama
W Bundeslidze bez zmian. Bayern faworytem do mistrzostwa

Bundesliga sezonu 2026/27 oficjalnie wystartowała! Granie na niemieckich boiskach zainaugurowało starcie Bayernu Monachium z VfB Stuttgart. Die Schwaben liczyli na rewanż za majową porażkę w finale Pucharu Niemiec, jednak Kompany i spółka szybko i skutecznie wybili im ten pomysł z głowy. 

Reklama

Stuttgart na początku wyglądał tak, jakby szczerze uwierzył, że potrafi grać w piłkę lepiej od rozpędzonej maszyny Vincenta Kompany’ego. I naprawdę niewiele brakowało, by potwierdził to konkretami, ale w 12. minucie Tiago Tomas obił tylko spojenie słupka z poprzeczką. Szkopuł polegał jednak na tym, że Bayern zbierał się do pracy niczym stary diesel na mrozie – powoli, z prychaniem, trochę ociężale, ale jak już się rozgrzał i złapał właściwy rytm, to przejechał się po rywalach bez patrzenia w lusterka.

Pierwsze ostrzeżenie wysłał już pięć minut później Michael Olise. Francuz był bliski szczęścia i efektownego gola, ale piłka po jego uderzeniu bezpośrednio z rzutu wolnego trafiła w słupek. Ale przecież – co się odwlecze, to nie uciecze. Już chwilę potem słynny kankan wybrzmiał na Allianz Arenie. Wszystko za sprawą Dayota Upamecano, który po dośrodkowaniu Kimmicha głową skierował futbolówkę do siatki.

Reklama

Stuttgart postraszył, Bayern znokautował. Koncert kankana na Alianz

No i się zaczęło. Po pierwszej bramce Bayern na dobre wszedł na swoje fabryczne obroty. Dynamika, przyspieszenie, wymienność pozycji, wszechstronność, dominacja. Stuttgart wyraźnie nie nadążał i jedynie cuda w bramce Bredlowa ratowały ich przed kolejnymi bramkami.

Worek z golami rozwiązał się dopiero w drugiej połowie, choć mieli w tym swój udział również podopieczni Sebastiana Hoenessa. Tuż po przerwie Stuttgart, podobnie jak na początku, ruszył do śmiałych ataków. Tym razem skutecznych. W sporych opałach był Neuer, gdy Pejcinovic groźnie zagłówkował, jednak przy dobitce Vagnomana nie miał już najmniejszych szans.

Trzymając się motoryzacyjnej nomenklatury, goście usiedli gospodarzom na zderzaku i zaczęli świecić długimi. To tylko rozzłościło Kompany’ego i spółkę, którzy natychmiast włączyli tryb sportowy i odjechali im za horyzont. Nie minęły ledwie 3 minuty, a jako pierwszy gaz wcisnął Olise, który urwał się spod krycia, wykorzystując prostopadłe podanie Kimmicha. Potem znów trafił Vagnoman, ale tym razem do własnej bramki i na tablicy wyników w ciągu pięciu minut zrobiło się 3:1.

Reklama

Dla Bayernu to było za mało. Na 4:1 trafił Pavlovcic, a piąte trafienie dołożył w doliczonym czasie gry Diaz. W międzyczasie niewiele brakowało, by Olise skończył mecz z dubletem na koncie, ale sędzia anulował jego gola z powodu minimalnego spalonego. W tej całej strzelaninie aż trudno dopuścić do myśli fakt, że przy żadnej z bramek udziału nie brał Harry Kane.

To na razie nie ma jednak żadnego znaczenia. Bayern wygrał szesnasty ligowy mecz z rzędu i już na samym początku rozgrywek potwierdził mistrzowskie aspiracje. Choć to i tak delikatnie powiedziane, biorąc pod uwagę fakt, że Die Roten od 67. kolejek z rzędu zajmują pierwsze miejsce w tabeli Bundesligi (!) A kandydatów mogących im zagrozić – brak.

Bayern Monachium – VfB Stuttgart 5:1 (1:0)

  • 21′ Upamecano – 1:0
  • 52′ Vagnoman – 1:1
  • 55′ Olise – 2:1
  • 57′ Vagnoman – 3:1
  • 82′ Pavlovic – 4:1
  • 90+2 Diaz – 5:1
Reklama

Fot. Newspix

1 komentarz
Jan Broda

Pasją do futbolu zaraził go tata, za co jest mu dozgonnie wdzięczny - głównie dlatego, że pierwszym meczem, jaki zaliczył z trybun, był bezbramkowy paździerz Wisły ze Śląskiem jesienią 2010 roku. Skoro przetrwał tamto 0:0, przetrwa już wszystko. Dumny wychowanek Bronowianki Kraków, którego nieuchronny marsz po Złotą Piłkę brutalnie zweryfikował chroniczny brak talentu i drewniane nogi. Zamiast więc w piłkę grać, zaczął o niej pisać. Z wykształcenia politolog, którego bardziej niż cyrk odbywający się w Sejmie interesuje wpływ rządów Nicolae Ceaușescu na sukcesy Steauy Bukareszt w latach 80. XX wieku. Kręci go piłkarski plankton, outsiderskie historie spoza mainstreamu i wersy Kaza Bałagane. Baczny obserwator zjawisk na styku świata sportu i brudnej dyplomacji. Z ciekawości nauczył się kilku języków, w tym rumuńskiego, ale najwięcej do powiedzenia ma chyba po polsku. W przeszłości związany m.in. z Tygodnikiem „Piłka Nożna".

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ligue 1

Niesamowity powrót PSG! Z 0:2 na 2:2 w doliczonym czasie

Mikołaj Duda
0
Niesamowity powrót PSG! Z 0:2 na 2:2 w doliczonym czasie
Ekstraklasa

„Na razie nie mamy szczęścia”. Majewski wskazał przyczyny porażki

Mikołaj Duda
2
„Na razie nie mamy szczęścia”. Majewski wskazał przyczyny porażki

Bundesliga

Reklama