Witamy Lecha i Jagiellonię w innym świecie. Europa to nie Konferencja

AbsurDB

Autor:AbsurDB

28 sierpnia 2026, 17:56 • 6 min czytania 10

Reklama
Witamy Lecha i Jagiellonię w innym świecie. Europa to nie Konferencja

Liga Konferencji to był nasz dom. Rozgościliśmy się w nim na poważnie. Mieszkało tam aż czterech naszych przedstawicieli. Ale to się skończyło. Dostaliśmy eksmisję. Co prawda połowa wyleciała na bruk wraz z piątym pretendentem, ale dwójka zaproszona została do znacznie lepszego lokum. Do Ligi Europy. Choć drzwi do niej nie otworzyły się za darmo. Klucz do nich trzeba było zdobyć na boisku. Czas na parapetówę. Trzeba poznać nowe mieszkanie. Jest zupełnie inne niż poprzednie: obszerniejsze. Wyższe progi bronią nie tylko drzwi wejściowych. Znacznie trudniej będąc już w środku, przedostać się na salony. 

Reklama

Liga Europy a Liga Konferencji. Porównanie z punktu widzenia Lecha i Jagiellonii

Spróbujmy porównać zeszłorocznych rywali Lecha i Jagiellonii z fazy ligowej Ligi Konferencji do tegorocznych z Ligi Europy.

Gdyby pokusić się o znalezienie najbliższych odpowiedników, to można przyjąć, że w przypadku Lecha:

  • Mainz to mniej więcej poziom Unionu Saint-Gilloise
  • Lincoln – Torreense, choć o realnej sile przeciętnego portugalskiego drugoligowca trudno mówić bez ryzyka
  • Lausanne to mniej więcej OFI Kreta,
  • a Rapid Wiedeń – Ferencvaros

Spośród zeszłorocznych przeciwników zostają nam Rayo i Sigma. Zamiast nich, Kolejorz zmierzy się z Benfiką, Sunderlandem, Bayerem Leverkusen i Crystal Palace. To przeskok na inny poziom. Nawet jeżeli naciągając fakty uznać, że Rayo to półka któregoś z klubów angielskich, to zamiast meczu z czeskim przeciętniakiem mamy boje z zespołami z niedawnym mistrzem Niemiec, portugalską potęgą i zespołem z górnej części tabeli Premier League.

Jednak trzeba pamiętać, że w spotkaniach z Mainz, Lincoln, Lausanne i Rapidem Lech zdobył w zeszłym roku aż siedem punktów. Gdyby powtórzył te wyniki, to brakowałoby mu do progu dającego 24. miejsce w tabeli zaledwie jednego zwycięstwa (lub przy odrobinie szczęścia nawet dwóch remisów). Problem w tym, że w starciach z Anglikami, Benfiką i Bayerem wcale nie byłoby o to łatwo.

Reklama

Jagiellonia musi się poprawić

W przypadku Jagiellonii porównanie wygląda następująco:

  • zeszłoroczne Rayo to mniej więcej obecny Olympiakos
  • Shkendija prezentuje poziom zbliżony do Araratu
  • Alkmaar to klasa Anderlechtu
  • Strasbourg na siłę można porównać do Lyonu

Zostają nam zeszłoroczne mecze z Hamrun Spartans i Kuopio. W ich miejsce mamy tegoroczne boje z Lewskim Sofia, Viktorią Pilzno, Sunderlandem i Crystal Palace. I znów, nawet jeśli bardzo naciągając fakty porównamy Kuopio do Bułgarów, to zamiast meczu z Maltańczykami, Adrian Siemieniec zmierzy się z topową ekipą z Czech i dwoma drużynami angielskimi.

Różnica jest zatem nie tylko w liczbie meczów (będzie ich osiem zamiast sześciu), ale przede wszystkim w klasie rywali. W dodatku w spotkaniach z Rayo, Shkendiją, Alkmaar i Strasbourgiem Jagiellonia w zeszłym roku zdobyła zaledwie trzy punkty. Awans wywalczyła dzięki zwycięstwom w starciach z najsłabszymi przeciwnikami, a takich tym razem nie będzie.

Gdyby Jaga powtórzyła tamte wyniki, oznaczałoby to, że potrzebowałaby jeszcze dodatkowych sześciu, a nawet siedmiu punktów w pozostałych czterech meczach. A zatem nawet wygrane z Lewskim i Viktorią mogłyby nie wystarczyć do awansu. Potrzebny byłby punkcik z Anglikami.

Reklama

Oczywiście to tylko zabawa. Ani rywale nie są ci sami, ani wyniki się nie powtórzą. Ale trzeba pamiętać, że w zeszłym roku awans do fazy pucharowej był dla polskich klubów praktycznie formalnością, z którą niespodziewanie nie poradziła sobie tylko przechodząca kryzys Legia. Lech i Jagiellonia wypadły znacznie lepiej, a Raków zajął w fazie ligowej drugie miejsce w tabeli. Tym razem jest inaczej.

W przypadku obu zespołów można powiedzieć, że szansa na grę w fazie pucharowej to mniej więcej pół na pół. Lech w prognozowanej tabeli końcowej jest dwudziesty, a Jagiellonia plasuje się o siedem miejsc niżej.

Reklama

Nagrodą jest więcej punktów do rankingu

Pamiętajmy, że bywały w przeszłości przypadki, gdy dwa zespoły z jednego kraju odpadły z Ligi Europy po fazie ligowej. Taki sezon zaliczyły Elfsborg i Malmo, a ostatnio Young Boys i Basel, a także Sturm i Salzburg. Blednie to jednak przy wyczynie Feyenoordu, Utrechtu i Go Ahead Eagles z zakończonych rozgrywek. Cała holenderska trójka odpadła wygrywając łącznie cztery z trzydziestu dwóch meczów. Nikogo w Europie nie zdziwi zatem ewentualne pożegnanie z polskim duetem już po fazie ligowej.

Można więc w uproszczeniu powiedzieć, że w Lidze Europy wejście do wiosennych baraży jest tak samo trudne, jak w Lidze Konferencji dostanie się do etapu o jeden dalszego, a więc 1/8 finału. Nic dziwnego. Wszak łączna wycena składów wszystkich uczestników Ligi Europy to 6,5 miliarda euro, a więc ponad dwa razy więcej niż w najmłodszym z pucharów.

Kolejną różnicą między Ligą Europy a Konferencji jest ranking. Nie tylko mamy o jedną trzecią więcej okazji do punktowania (choć przeciwko mocniejszym rywalom). Co prawda punktów za wygraną jest tyle samo, ale różnią się premie za zajęcie miejsc powyżej dwudziestego piątego. Każda kolejna lokata aż do dziewiątej warta jest 0,25 punktu rankingowego. W Lidze Konferencji nagrody są o połowę niższe. Dwa razy mniejsze są też w niej premie za przejście późniejszych rund w fazie pucharowej.

Miliony euro na osłodę ewentualnych łez

Największą różnicę będzie jednak można dostrzec w portfelu. Za sam start w Lidze Europy dostaje się 4,3 miliona euro, a zatem o milion euro więcej niż w Lidze Konferencji. Pula całkowita jest dwukrotnie większa, także ze względu na znacznie większą liczbę meczów. Różnica w płatności od UEFY za każdy zdobyty punkt nie jest co prawda duża, bo wynosi zaledwie kilkanaście tysięcy euro. Ale już premia za zajęcie każdego miejsca jest prawie trzykrotnie wyższa. A trzeba pamiętać, że różnicuje ona przychody nawet klubów sklasyfikowanych na miejscach od 25. do 36., a więc tych, które nie przeszły dalej.

Reklama

Nagroda za 1/8 finału to aż 1,75 miliona euro, w porównaniu do 800 tysięcy w Lidze Konferencji. Ćwierćfinał to aż 2,5 miliona, czyli dwa razy więcej niż w najmniej prestiżowym z pucharów. Jeszcze lepiej widać to na podsumowaniach wpływów, jakie notowały kluby w poprzednich sezonach.

W Lidze Konferencji nasi przedstawiciele potrafili zarobić nawet około dziesięciu milionów euro, choć wymagało to dotarcia do dość dalekiego etapu rozgrywek. Tyle zarabiają w Lidze Europy najsłabsze zespoły. W zeszłym roku mniej od Jagiellonii zyskali wyłącznie: Maccabi, Utrecht i Malmo, a więc trzy najsłabsze drużyny.

Young Boys, którzy nie zdołali awansować do play-off zarobili więcej od Lecha. Większe przychody od półfinalistów Ligi Konferencji (Strasbourga i Szachtara) zanotowało aż dwudziestu czterech uczestników Ligi Europy. Awans do fazy pucharowej w Lidze Europy, w który przecież celujemy i który nie wydaje się przesadnie odległy, można zatem pod względem finansowym porównać nawet do przejścia ćwierćfinału Ligi Konferencji!

 

Reklama

fot. Newspix

Reklama
10 komentarzy
AbsurDB

Kocha sport, a w nim uwielbia wyliczenia, statystki, rankingi bieżące i historyczne, którymi się nałogowo zajmuje. Kibic Górnika Wałbrzych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Europy

Reklama
Liga Europy

Losowanie nie było złe. Cel: 24. miejsce i play-offy

AbsurDB
16
Losowanie nie było złe. Cel: 24. miejsce i play-offy