UFC coraz mniej polskie. Nasi fighterzy w odwrocie

Sebastian Warzecha

03 sierpnia 2026, 18:30 • 10 min czytania 4

Reklama
UFC coraz mniej polskie. Nasi fighterzy w odwrocie

Był taki czas, gdy Joanna Jędrzejczyk była najlepszą zawodniczką MMA na świecie. Był też taki, gdy Jan Błachowicz najpierw zdobył pas mistrzowski, a potem udanie go bronił. W odwodzie mieliśmy do tego kilka niezłych nazwisk, z potencjałem na duże rzeczy. A teraz? Teraz o tym, byśmy mieli w UFC polskiego mistrza czy mistrzynię w zasadzie nie ma mowy. Polskie MMA aktualnie w USA przegrywa, a widok znokautowanego Cieszyńskiego Księcia z soboty to tego symbol.

Reklama

Polacy w odwrocie. Coraz trudniej naszym w UFC

37. Tyle osób z Polski wylicza w historii UFC portal Cage Grid. 21 z nich już w tej federacji nie ma – część wyleciała, część skończyła kariery i tak dalej. Tylko kilkoro z tej grupy zrobiło większe kariery, na czele z – rzecz oczywista – Joanną Jędrzejczyk, która ma już przecież swoje miejsce w Hall of Fame największej federacji na świecie. A nawet dwa, bo wprowadzano ją tam właśnie dwukrotnie.

Zostaje nam więc 16 osób, które wciąż przypisane są do UFC.

Ilu z tej szesnastki możemy jednak uznać za fighterów, na których warto zawiesić oko pod kątem opcjonalnych sukcesów? Odpadają na pewno weterani – Jan Błachowicz, Karolina Kowalkiewicz, Marcin Tybura. Wielu innych zawodników albo ma na koncie kilka porażek, albo dopiero próbuje się w UFC i jeszcze nie weszło na poziom, mogący gwarantować im duże walki.

Reklama

Dość napisać, że w TOP 15 – a więc na miejscu notowanym – wszystkich klas wagowych w UFC, mamy aktualnie Mateusza Gamrota (6. w wadze lekkiej), Jana Błachowicza (13. w półciężkiej) i Klaudię Sygułę (15. w wadze koguciej)*. Z całej tej trójki właściwie tylko Syguła jest tu nową siłą i zawodniczką, która może się przebić – przegrała co prawda w debiucie, ale wygrała dwa kolejne pojedynki. Dla wielu sympatyków MMA będzie jednak postacią dość anonimową (zresztą ścieżkę kariery ma ciekawą, bo niedawno walczyła przecież w… FAME i to w pojedynku na specjalnych zasadach), a to też w tym świecie się liczy.

(*w całym tekście jeśli o miejsca rankingowe przydzielane przez UFC mowa, chodzi o pozycje w Meta Rankingu, tworzonym przy wsparciu sztucznej inteligencji, wprowadzonym miesiąc temu i raczej powszechnie chwalonym – w media rankingu Jan Błachowicz jest na przykład na miejscu 4., co zupełnie nie ma pokrycia w rzeczywistości. Przed wprowadzeniem zestawień tworzonych w ten sposób w TOP 15 swojej kategorii był też Marcin Tybura, ale nie było tam Klaudii Syguły).

Klaudia Syguła jest jedną z trzech osób z Polski notowanych w TOP 15 swojej wagi w UFC. Fot. Newspix

Reklama

Gamrot wciąż jest w stanie wierzyć, że osiągnie coś dużego. Błachowicz, wiadomo, to już końcówka kariery, właściwie zaskakiwać może, że walczy tak długo. Zresztą, zahaczmy o jego wątek.

Jano rozbity, Tybura podobnie

W sobotę na gali w Belgradzie walczyła trójka Polaków. Wygrał tylko Mateusz Rębecki i kto wie, czy w ten sposób nie uratował sobie dalszej kariery w UFC, bo o ile do amerykańskiego oktagonu wszedł z przytupem, wygrał kilka walk i to w efektownym stylu, o tyle przed starciem z Kyle’em Prepolecem miał na koncie serię trzech porażek. Widowiskowa wygrana z Kanadyjczykiem na pewno dała mu nieco oddechu.

Jednak Rębecki to w tym momencie ta dolna półka polskich fighterów. Musi się odbudować, popracować jeszcze na to, by wrócić do łask szefostwa.

Poza nim byli też na tej gali Marcin Tybura i Jan Błachowicz. Ten pierwszy był w pewnym momencie w szerszej, ale jednak czołówce wagi ciężkiej. Ba, gdyby wygrał jedną czy dwie ważne walki, może nawet dostałby title shota. Ale nie wygrał i w pewnym momencie stał się gościem od sprawdzania nowych, utalentowanych nabytków. Nie miał też Polak siły przebicia, potrzebnej efektowności, „tego czegoś”, więc szybko w notowaniach spadł.

Reklama

W Belgradzie dodatkowo oberwał od Aleksandra Rakicia i była to jego trzecia porażka z rzędu. Do tego chłop ma już na karku czterdziestkę. Karierę zrobił ładną, solidną, możliwe, że nawet nieco ponad oceny jego potencjału, ale jego ostatnie pojedynki pokazują, że to już jest koniec, a przynajmniej jest go blisko.

Podobnie, niestety, Jan Błachowicz.

Najlepszy polski fighter w historii UFC, jedyny Polak (w sensie mężczyzna) z pasem tej organizacji. Piękna kariera, niezapomniane walki i momenty – tak. Równocześnie ostatnio to głównie porażki. Błachowicz w ostatnich pięciu starciach nie wygrał! Na pięć walk dwukrotnie zremisował, trzy razy przegrał. Owszem, było w tych pojedynkach show, a ze dwa razy spokojnie można było punktować je na jego korzyść – i szkoda, że tak się nie stało – ale ewidentnie zaczyna brakować Janowi pary.

Reklama

I trudno się dziwić, Błachowicz ma 43 lata. Sam fakt, że dalej jest w swojej wadze na miejscu notowanym, to coś niezwykłego, serio. Jednak wiecie, wysoko już nie będzie. Navajo Sterling w ich sobotnim pojedynku udowodnił to skutecznymi ciosami.

Ten nokaut na Błachowiczu odpowiada w dużej mierze obecnej sytuacji Polaków w UFC.

Gamer wysoko w rankingu, ale daleko od pasa

Zostaje Mateusz Gamrot, bo Klaudia Syguła gdyby nawet miała się do pasa dobić, to drogę przed sobą ma długą i najpewniej wyboistą. Gamer ma jednak dwa problemy – po pierwsze, o czym mówi się od początku, jest w najmocniej obsadzonej dywizji w UFC. Nie ma drugiej takiej wagi jak lekka, gdzie fighterów na poziomie pasa jest co najmniej pięciu, a kolejnych pięciu marzy o tym, by się do tych walk dobić.

Do tego druga rzecz: Gamrot miał już kilka szans na to, by do tego okołomistrzowskiego obrazka wskoczyć. I z żadnej nie skorzystał.

Reklama

Była w 2022 roku walka z Beneilem Dariushem, przegrana po decyzji (i dominacji rywala). Dwa lata później pojedynek z Danem Hookerem, w którym Gamrot też okazał się zdaniem sędziów gorszy od rywala. Przegrał też – co akurat nie zaskoczyło – pojedynek z Charlesem Oliveirą, gdzie wskoczył na zastępstwo. Sęk w tym, że został poddany, a takie obrazki nigdy nie pomagają. I fakt, że Gamrot zawsze jest gotowy do walki, bierze, kogo daje mu szefostwo, owszem, może być ceniony przez szefostwo.

Brakuje jednak Gamrotowi eksplozywności, wielkich zwycięstw. Brakuje siły przebicia, tego gwiazdorskiego efektu „wow”, który sprawia, że czasem nieco gorsi fighterzy dostają lepsze walki.

Efekt jest taki, że gdy rozmawia się o walce o pas, nazwisko Gamrota – mimo że w rankingu jest niezmiennie dość wysoko – się raczej nie pojawia. I jedynym, co mogłoby odmienić jego los, jest seria zwycięstw. To możliwe, oczywiście, że tak – w tym roku pokonał już Estebana Ribovicsa (przez poddanie), a w tę sobotę zawalczy z notowanym na 9. miejscu Quillanem Salkilldem. I to już walka, w której zwycięstwo przed czasem mogłoby sporo Gamrotowi dać.

Reklama

Do walki o pas na pewno potrzebowałby jednak jeszcze więcej. Na czele z przychylnością władz UFC i dobrym ułożeniem się sytuacji u rywali – tak, żeby pojedynek o złoto akurat otworzył się przed Gamrotem.

Inna sprawa, że Jan Błachowicz był w pewnym momencie już właściwie skreślony, jeśli o takie starcia chodzi. A potem się do tego pasa dorwał. Wiele w UFC jest możliwe, na ten moment jednak nie mamy Polaka, który mógłby w najbliższej przyszłości walczyć o mistrzostwo, tak się wydaje.

Gdzie leży problem?

Można napisać, że to po prostu – wraz z rozwojem MMA i UFC – rywale stali się za mocni, a ich napływ z krajów, które wcześniej UFC się aż tak nie interesowały (kraje Afryki, Azji, również Australia) sprawił, że jest o wygrane jeszcze trudniej. To prawda, oczywiście, stawka stała się – przynajmniej w części kategorii – prawdopodobnie mocniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. UFC nie jest może dziś tak przebojowe jak dekadę temu, mniej ma gwiazd nie tylko MMA, ale całego sportu, natomiast jeśli chodzi o sam poziom fighterów – jest znakomicie, nawet jeśli często mniej widowiskowo.

Dlaczego jednak Polacy nie mieliby się w tym odnaleźć?

Reklama

Wydaje się, że problemem może być kryzys całego polskiego MMA. KSW mocno spuściło bowiem z tonu, ale wciąż płaci dobrze. Część utalentowanych zawodników zostaje więc w Polsce, nie robi kroku naprzód. Inna część próbuje, ale niekoniecznie jest idealnie do UFC przygotowana, bo przeskok okazuje się po prostu zbyt duży. Mniejsze jest też w Polsce zainteresowanie samym MMA, a większe rozwarstwienie, bo dużą część uwagi najzwyczajniej w świecie przejęły federacje freak fightowe, gdzie poziom sportowy na ogół jest, owszem, mniejszy, ale ogląda się znane postaci i więcej jest memicznych (to chyba idealne słowo) momentów

Przy czym trafiają się i tam walki na poziomie. Jest ich jednak mniej niż tych organizowanych dla czystego show.

W tej sytuacji polskie MMA nieco podumiera. Nie wyrobiło sobie bowiem nigdy renomy takiej jak UFC właśnie, nie walą tam tłumnie fighterzy z innych krajów. Brakuje też odpowiedniego zaplecza. Złote czasy KSW już były… i możliwe, że nie wrócą. To dalej będzie solidna federacja, dająca dobre walki i tworząca niezłych fighterów, może nawet kilku wybitnych. Natomiast możliwe, że drugiego Błachowicza – który przez KSW przecież przeszedł – nie dostaniemy.

Ba, kto wie, czy trafi się tam ktoś na poziomie Mateusza Gamrota.

Reklama

Kto dobrze rokuje?

Nie jest jednak tak, że w UFC jesteśmy bezradni, nawet jeśli sytuacja nie jest kolorowa. Szkoda, że kontuzji w debiucie w amerykańskiej federacji (nie licząc Dana White’s Conteder Series) doznał Cezary Oleksiejczuk – brat Michała, który też w UFC jest, ale jego kariera tam to sinusoida – bo wygrał to pierwsze starcie w efektownym stylu. Uraz był jednak poważny, Czarek przeszedł dwie operacje kolan i ponad pół roku później dalej trudno powiedzieć, kiedy do oktagonu wróci.

Ciekawie rozwija się Jakub Wikłacz, który po świetnym okresie w KSW przeskoczył do UFC i wygrał dwa pierwsze starcia. Trzecie miał mieć w czerwcu, zostało jednak odwołane, bo Polak doznał kontuzji. Pech, który nieco ten rozwój zahamował, ale było to solidne wejście do amerykańskiej federacji. Na tyle, że portal Tapology „wycenia” go na 26. miejscu wśród wszystkich fighterów w jego wadze w UFC.

Kolejna wygrana mogłaby sprawić, że pojawiłby się nawet na miejscu notowanym przez samą federację. I oby w tę stronę to wszystko szło.

Reklama

Nadzieje daje też – jak już ustaliliśmy – Klaudia Syguła, aczkolwiek w jej przypadku dużo jest niewiadomych. Jest też jednak w UFC gość, po którym chyba wszyscy aktualnie obiecują sobie naprawdę dużo.

Zwie się Iwo Baraniewski.

Baraniewski największą nadzieją?

Jeśli ktoś nie śledzi aktywnie sceny MMA, to Baraniewski mógł wyłonić się dla niego znikąd. Nie przeszedł przez KSW, był w Babilonie. Zawalczył tam pięć razy, niezmiennie wygrywał w pierwszej rundzie. Nie zdobył jednak nawet pasa, po prostu poszedł wyżej, zaryzykował, zjawił się na nagraniach Dana White’s Contender Series. I jedną walką zapewnił sobie kontrakt z UFC. Ba, zrobił to w 20 sekund, bo tyle wystarczyło, żeby rozbił Mahameda Aly’ego.

To najszybsza wygrana w historii programu. White był zachwycony tym, co pokazał Polak. A fani Iwo tym bardziej – szczególnie, że na tym się nie zatrzymał.

Reklama

Już w tym „właściwym” UFC jego licznik to w tym momencie trzy wygrane. Ibo Aslana w debiucie pokonał w półtora minuty po szalonym starciu. Austen Lane oberwał od niego w 28 sekund. Junior Tafa wytrzymał 85. Każda z tych walk to też dla Iwo bonus za występ wieczoru. Polak jest wręcz gwarancją efektownego nokautu. I jasne, jeszcze nikt nie przetestował go na dystansie – ale to nie problem Baraniewskiego, że trafia, a rywale siły jego ciosów nie wytrzymują.

„Rudy” z pewnością potrzebuje jednak walki z kimś znanym i już w miarę uznanym. We wrześniu czeka go starcie z Alonzo Menifieldem i to właśnie szansa dla Polaka. Amerykanin jest bowiem notowany na 14. miejscu przez samo UFC. Podobna wygrana co te dotychczasowe, z rywalem, który w tym rankingu ma swoje miejsce, to byłoby to „coś”, co jest potrzebne, by samemu przedrzeć się wyżej.

(Swoją drogą Iwo to ta sama waga co Jan Błachowicz, ciekawe czy komuś w UFC nie przyjdzie do głowy, by na koniec kariery Jana zestawić go z młodszym rodakiem?).

Reklama

W każdym razie – na razie Iwo ma karierę genialną. W dziewięciu zawodowych walkach spędził w oktagonie 18 minut i 7 sekund. Gdyby walczył do decyzji – nabiłby 15 minut jednym pojedynkiem, a jemu średnio wychodzą dwie minuty na walkę. Taka eksplozywność to coś, co znakomicie przebija się w higlightach, wszelkich shortach czy rolkach. Baraniewski ma w sobie potencjał na naprawdę duże rzeczy.

I kto wie, czy to właśnie on nie stanie się kolejnym polskim mistrzem. Na razie wciąż jest na początku tej drogi, ale polskie MMA na pewno by taką historią nie pogardziło.

Fot. Newspix

Reklama
4 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama