Do meczu z Aarhus jeszcze wiele razy będziemy wracać. Będzie przeanalizowany na każdy możliwy sposób, nawet najmniejsze zagranie zostanie w najbliższych dniach wzięte pod lupę. Ale teraz nie o tym. Zastanawiamy się, czy nad Lechem ciąży jakieś fatum, bo inaczej nie można wytłumaczyć tego, czego właśnie byliśmy świadkami.
Przy innych okolicznościach moglibyśmy wyciągnąć z szafy wszystkie frazy typu „w Europie nie ma już słabych drużyn… poza naszymi” i tego podobne, tylko teraz byłoby to mocno niesprawiedliwe. Byłoby niesprawiedliwe zadanym ciosem dla Lecha jako całego klubu, który zrobił absolutnie wszystko, byśmy nie mieli powodu, by „eurowpierdol” zestawiać z hasłem „mistrz Polski”.
Niestety, do Poznania wróciły stare demony i dogoniły podopiecznych Nielsa Frederiksena.
Mokra szmata, hello my old friend. A już było tak dobrze…
Wśród kibiców Lecha, szczególnie tych z większym stażem, w ostatnim czasie panował niepokój. Gdy wszyscy – wraz z nami – zachłysnęli się udanym początkiem sezonu i ogólnie sielankową atmosferą wokół mistrza Polski, to oni tonowali nastroje. A dlaczego? Bo pamiętają te wszystkie bolesne wtopy z przeszłości. Gdy wiele razy wydawało się, że wszystko się tak dobrze układa, to Lech dostawał mokrą ściera w łeb.
I wiecie co? Najbardziej boli, że tym razem władze poznańskiego klubu zrobiły wszystko, by tej słynnej szmaty uniknąć. Zatrzymały wszystkich najważniejszych zawodników, w tym wykupionego za rekordowe pieniądze Luisa Palmę (który później w kluczowym momencie nie trafia na pustą bramkę). Na dłużej został też Niels Frederiksen, któremu sprowadzono nowego asystenta do sztabu i jeszcze dokupiono trzech drogich i na papierze niezwykle jakościowych zawodników.
Co możesz więcej zrobić, jeśli widzisz, jak zawodnik, na którym pobiłeś rekord transferowy robi coś takiego:
🔵⚪️Ja to tylko tu zostawię
— 12zawodnik⭐️Lecha⭐️🏅 (@12zawodnikLecha) July 29, 2026
Tak po ludzku najbardziej w tym wszystkim jest żal Piotra Rutkowskiego, Karola Klimczaka, Tomasza Rząsy i wszystkich ludzi z władz Lecha. Wyobrażamy sobie, ile razy w ich gabinetach może zostać wykrzyczane: „Co jeszcze? Co jeszcze do jasnej cholery mamy zrobić?”
My na to pytanie nie znamy odpowiedzi. Z ich strony nie dało się zrobić absolutnie nic więcej, by zmaksymalizować szanse na sukces. Jedyne co nam przychodzi do głowy, to pójście do jakiejś wróżki, szamana, egzorcysty, kogokolwiek. Kogoś, kto będzie potrafił ściągnąć to fatum, które w ostatnim czasie zostało nieco zagłuszone.
Mogło się wydawać, że Lech uporał się z tym słynnym genem przegrywu. Ale nie! Nie uporał się. On cały czas istnieje i ma się dobrze. Tylko idealnie wyczekał moment, by pokazać się w najmniej spodziewanym momencie. W momencie, w którym wydawało się, że już naprawdę zespół Nielsa Frederiksena jest na autostradzie do wymarzonej Champions League.
Po wygranej 4:1 w Danii mieliśmy przekonanie, że to, co najtrudniejsze już zostało wykonane. W trzeciej rundzie czekał Sabah Baku, którego nikt nie traktował poważnie (okaże się wkrótce, czy słusznie), a w tej decydującej fazie jawiły się zespoły pokroju Omonii Nikozja, Celje czy Vikinga Stavanger. Na fali entuzjazmu myśleliśmy, że nic już nie pokrzyżuje marzeń gabinetów przy Bułgarskiej. Brutalnie się pomyliliśmy.
Czy można wygrać z przeznaczeniem? Wróciły stare wspomnienia
Tych momentów pecha, jakiś niewyobrażalnych wydarzeń w Lechu w ostatnim czasie było zwyczajnie za dużo. Nawet zeszłoroczne eliminacje i wylosowanie Crvenej Zvezdy i Genk z rzędu to było zdarzenie, które naprawdę miało małe szanse prawdopodobieństwa. Wliczając do tego Aarhus, to trzy najgorsze możliwe losowania w eliminacjach z rzędu są naprawdę dużą sztuką. Naprawdę gorzej się nie dało. A później ktoś mówi, że to fatum nad Lechem nie istnieje.
Jeszcze wcześniej również wydawało się, że Lech również jest na najlepszej drodze do osiągnięcia celu. W 2023 roku był to awans do Ligi Konferencji. Żalgiris Kowno, Spartak Trnawa, Dnipro Dnipropietrowsk – taką ścieżkę śmiechu trzeba było pokonać na drodze do fazy grupowej. Wydawało się, że rozpędzony zespół Johna van den Broma nie ma z kim przegrać. A jednak pojechał do Słowacji i brutalnie wtopił.
Rok wcześniej niedość, że nagłe odejście Macieja Skorży, to na start najtrudniejsze możliwe losowanie w postaci Karabachu i jeszcze ten nieszczęsny Artur Rudko.
Cztery europejskie sezony z rzędu z jakąś wtopą, kompromitacją albo niebywałym pechem. Naprawdę za dużo tego, byśmy byli w stanie uwierzyć w przypadek.
A już tak odchodząc od dywagowania nad nieczystymi mocami krążącymi nad Lechem, na koniec mamy dwa apele:
Pierwszy do Piotra Rutkowskiego: Naprawdę współczujemy, życzymy wytrwałości i liczymy, że mimo tych kolejnych wtop dotrzyma pan słowa i się nie podda. Naprawdę nieironicznie, dobrą robotę tam robicie.
Drugi do kibiców: niech ta bezsprzeczna kompromitacja i mokra szmata w pysk jednak nie przyćmi tego, co robią w Poznaniu. Stały rozwój i długofalowy pomysł na klub w końcu prędzej czy później da tę złą sławą owianą Ligę Mistrzów.
Musi.
I to mimo rzuconego fatum.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix