Kiwi. Ochrzczony przez Maorysów, zaskakujący Europejczyków

Antoni Figlewicz

22 czerwca 2026, 17:40 • 9 min czytania 0

Reklama
Kiwi. Ochrzczony przez Maorysów, zaskakujący Europejczyków

Jest na świecie co najmniej jeden facet, który zdążył już zadać fundamentalne pytanie – czy pierwsze było kiwi, czy może jednak kiwi? Co więcej, udało mu się ten niezwykle ważny dylemat rozstrzygnąć, zauważając, że najpierw Maorysi nazwali śmiesznego, puszystego ptaka, a dopiero lata później, ktoś zauważył jego podobieństwo do śmiesznego, włochatego owocu. Kiwi to dziś jedno z pierwszych skojarzeń z Nową Zelandią. Wraz z plenerami z Władcy Pierścieni i charakterystyczną wieżą w Auckland momentalnie łączy się w naszych głowach z tym malowniczym, ale przez wieki bardzo tajemniczym kawałkiem lądu.

Reklama

To artykuł z mundialowego cyklu „Kilka minut w…”, w ramach którego na parę chwil zabieramy was do krajów-uczestników tegorocznych mistrzostw świata. Opowieści, ciekawostki, wspomnienia – jedna historia na jedną reprezentację marzącą o podbiciu największej futbolowej sceny.

Wierzcie albo nie, ale owoc kiwi nazywany był wcześniej chińskim agrestem (w Państwie Środka usłyszycie nazwę míhóutáo), aż ludzie wpadli na pomysł, by nazwać go inaczej. Bardzo przyjemny w odbiorze tekst napisał na ten temat Thanh Truong, który tłumaczy dokładnie, jak to się stało, że kiwi stało się kiwi dzięki kiwi. Na początku XX wieku ten skądinąd smaczny dar natury trafił na teren Nowej Zelandii, tu zero zaskoczenia, z Chin. Przyjechał i szybko podbił kolejny ląd, a stamtąd miał podbić kolejne. Firmy eksportujące chiński agrest na odleglejsze rynki, głównie te świata zachodniego, miały jednak pewną zagwozdkę.

Jeden ze współpracujących z nimi w Stanach Zjednoczonych klientów, Norman Sondag, zasugerował, że o wiele łatwiej byłoby ten owoc sprzedawać, gdyby nie miał on nic wspólnego z Chinami, a już na pewno z… agrestem. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku amerykańskie przepisy dotyczące importu owoców nakładały bardzo konkretne restrykcje na wszelkiego rodzaju „berries” – jagody, maliny, jeżyny, poziomki czy właśnie agrest. Wszystko przez możliwe zanieczyszczenie ich glebą, przy której rosną. Nic to, że chiński agrest rośnie bardziej jak winogrono, na podpieranych pnączach. Dla osób przydzielających owoce do konkretnych kategorii był wystarczająco podejrzany, by budzić wątpliwości.

Tak narodził się więc owoc kiwi. O wdzięcznej, niekojarzącej się z niczym poza pewnym państwem w Oceanii nazwie. A przy okazji z mieszkańcami tego państwa i wyjątkowym ptakiem.

Reklama

Ptak kiwi. Najpopularniejsze słowo ze słownika Maorysów?

Kiwi, kiwi – wołali kiedyś Kupe i jego kumple, kiedy chcieli przywołać tego dziwnego, śmiesznie tuptającego ptaka. Maorysi, bo o nich mowa, są w pełni odpowiedzialni za tę zgrabną nazwę, która w pierwszej kolejności przylgnęła do ptaka, potem stała się jednym z popularnych określeń mieszkańców Nowej Zelandii, a dopiero na koniec zaczęła też należeć do owocu. To też jednak nazwa w języku Maorysów mało dokładna. Ptak kiwi był bowiem nazywany przede wszystkim te manu huna a Tāne – w języku polskim powinniśmy przyporządkować temu określeniu nasze „ukryty ptak Tane” czy „bóg lasu”, bo frazie przypisuje się dwa znaczenia.

Maorysi to w ogóle wyjątkowy lud, z perspektywy europejskiej bardzo odległy i egzotyczny. Im właśnie przypisuje się odkrycie Nowej Zelandii, do której zgodnie z legendą przypłynęli na siedmiu statkach – od tamtego momentu nazywali ten ląd Aotearoa, czyli krajem białej chmury. Tym samym to właśnie Maorysi jako pierwsi mieli okazję spotkać, jednocześnie nazwać, kiwi.

Wylądowali na obu wyspach Nowej Zelandii i z czasem zaczęli czynić sobie ląd poddanym. Ten okres uznaje się za pierwszą fazę odkryć poczynionych na tamtych terenach, ale z natury rzeczy nie jest ona silnie udokumentowana. – Rośliny i zwierzęta, które odkryli Maorysi, zostały uwzględnione w ich wszechogarniającym widoku na świat. Środowisko naturalne i ludzie zostali wpleceni w złożone tradycje ustne, które tworzyły jedno, spójne spojrzenie na świat i jego mieszkańców. Kontrastowało to z myślą zachodnią, która wyraźniej rozróżniała ludzi i naturę – pisze John Andrews w „Te Ara Encyclopedia of New Zealand”.

Reklama

Kupe, maoryski wódz uznawany za tego, który jako pierwszy postawił stopę na terenie dzisiejszej Nowej Zelandii. Wielu przekonuje jednak, że jego historia jest zbyt zniekształcona w przekazie ustnym, by uznawać ją za prawdziwą…

Maorysi zawsze uważali kiwi za wyjątkowego ptaka. Płaszcze z jego piór (kahu kiwi) były prawdziwymi skarbami (taonga) zwykle zarezerwowanymi dla wodzów. Pióra kiwi, teraz wplecione w lniane płaszcze, są nadal bardzo cenione – uzupełnia z kolei Jock Phillips. – Maorysi jedli też kiwi, przygotowując je w ptasim tłuszczu i piekąc w swoich ziemnych piecach (hāngī) – dodaje.

Nie lata i wygląda jak jajko z dziobem

Kiwi to typowy, ścisły endemit. W naturze żyje tylko na terenie Nowej Zelandii i dziś uznaje się go za wyjątkowo zagrożonego. W tym momencie populacja tego zwierzęcia oscyluje w okolicach 60 tysięcy sztuk, ale niepokojące raporty z ostatnich lat donoszą o regularnym jej spadku nawet o 2% w skali roku. Wyginięcie kiwi wydaje się mimo wszystko scenariuszem mało prawdopodobnym, bo o powstrzymanie go starają się zadbać sami Nowozelandczycy, dla których to prawdziwy symbol narodowy. Niektórym problemom zaradzić jednak niełatwo.

Reklama

Na nielotne kiwi czeka na ziemi wiele niebezpieczeństw, głównie te z ostrymi zębami i pazurami. Fretki czy łasice są dla tych ptaków wyjątkowo groźne, a bezpieczeństwa gatunku nie podnosi jego zwyczajowa hałaśliwość. Kiwi mają bowiem bardzo zły zwyczaj robienia niewiarygodnego rumoru podczas poszukiwania pożywienia. Z głośnym okrzykiem na dziobie szukają małych robaków, owadów, skorupiaków czy korzonków i owoców, a ich tropem nierzadko podążają drapieżniki.

Ptak kiwi ma bardzo charakterystyczną budowę. On naprawdę jest jedyny w swoim rodzaju

Wiele cech kiwi sprawia, że ptak ten podobnym jest nieco do… ssaka. Jego pióra przypominają sierść. Kości wypełnione szpikiem w niewielkim stopniu podobne są do lekkich, ptasich. Uszy widoczne są gołym okiem – jak na ptaka są naprawdę duże i dają kiwi jedną z ich tajnych mocy, czyli świetny słuch.

Reklama

Zresztą nocny tryb życia wymusza na kiwi wytężanie wszelkich zmysłów. Ich bronią jest też doskonały węch, który pomaga w zdobywaniu pożywienia i bazuje na całkiem wyjątkowej konstrukcji dzioba. Ptaki zwykle mają nozdrza u nasady dzioba, podczas gdy kiwi mogą się pochwalić ich umiejscowieniem na samym jego czubku. Mimo wyjątkowej budowy zaliczają się – pod względem systematyki – do tej samej grupy, co strusie. Pewne podobieństwo widać, a badania DNA, na które powołuje się Philips, faktycznie wykazują, że genetyczne korzenie kiwi sięgają Afryki. Konkretnie mamutaka, który zamieszkiwał Madagaskar i nazywany był też strusiem madagaskarskim czy ptakiem-słoniem.

Szok dla Europejczyków. Niezwykłe spotkanie z kiwi

Wyjątkowa budowa ptaka kiwi była niesamowitym odkryciem dla badaczy europejskich, którzy z biegiem czasu zaczęli docierać do Nowej Zelandii. Pierwszym, który opisał to niezwykłe zwierzę na potrzeby nauki zachodniej był George Shaw, do którego dotarła swego czasu przywieziona z jednej z wypraw skóra. Wyjątkowo gruba, sugerująca pewne podobieństwa nowozelandzkiego gatunku z pingwinem. Shaw miał duże doświadczenie w opisywaniu zwierząt australijskich, ale takiego ptaka po prostu wcześniej nie widział, więc przy swojej pracy opierał się na kilku przypuszczeniach. I przez to stworzony przez niego obraz kiwi odbiegał od faktycznego stanu rzeczy.

Ten ptak kiwi tylko trochę przypomina prawdziwego. Shaw zaznaczył jednak ważne jego cechy jak umiejscowienie nozdrzy czy masywne nogi 

Reklama

Dopracować opisu Shaw nie zdołał, bowiem na krótko po publikacji, w lipcu 1813 roku, zmarł i jego pracę musieli pociągnąć inni badacze. W XIX wieku wiedza na temat ptaka kiwi szybko się jednak rozprzestrzeniała, bo pierwsze opisy wzbudzały niemałe zainteresowanie. Tajemnicze zwierzę z odległego świata – każdy zoolog musiał czuć na plecach dreszcz ekscytacji. Coraz częstsze były też wyprawy morskie do Nowej Zelandii, co niewątpliwie pomagało badaniom posuwać się do przodu. Relatywnie wcześnie, bo już w 1851 roku pierwszy żywy ptak kiwi trafił nawet do londyńskiego zoo, co pozwalało odrzeć ten gatunek z wielu tajemnic.

Nie wszystkich, bo nadal pozostawało do ustalenia, jak kiwi żyją w naturze, jak się rozmnażają i jakie miejsce zajmują w łańcuchu pokarmowym na terenie Nowej Zelandii. Niewielu też było na tyle odważnych, by dowiedzieć się czegoś, co dotychczas wiedzieli głównie Maorysi. Jak smakuje kiwi?

W tej kwestii cennym był opis Charliego Douglasa, który pod koniec XIX wieku poświęcił się dla nauki. A tak naprawdę skręcił podczas eksploracji Nowej Zelandii kostkę, co na jakiś czas go uziemiło i zmusiło do poszukiwania pożywienia. A że w pobliżu akurat były dwie puchate kulki z długimi dziobami… Douglas przyznał, że wielkie jajka składane przez kiwi były naprawdę smaczne, ale mięso ocenił raczej negatywnie. W „Mr Explorer Douglas” czytamy wystarczająco dokładny opis.

– Jak kawałek wieprzowiny gotowany w starej trumnie – żalił się odkrywca.

Reklama

George Shaw jako pierwszy opisał ptaka kiwi na potrzeby europejskiej nauki

Symbol. Kiwi zawędrował na znaczki i pudełka pasty do butów

Mimo kiepskiego smaku ptak kiwi cieszy się w Nowej Zelandii niesłabnącą sympatią lokalsów. Renomę wyrobił sobie także poza granicami ojczyzny, głównie dzięki niewinnemu wyglądowi i wyjątkowej budowie. Nic więc dziwnego, że przez lata pojawiał się w popkulturze czy życiu codziennym. Zdobił znaczki pocztowe, monety, a w naszych domach może gościć jako znak rozpoznawczy pasty do butów.

Na początku XX wieku pewien Australijczyk, William Ramsey, rozpoczął na antypodach produkcję pasty do butów, której nazwę nadał z myślą o żonie. Ta pochodziła z Nowej Zelandii, więc nic dziwnego, że nowy produkt pieszczotliwie określono mianem „kiwi”. Na pudełeczku znalazło się miejsce dla endemicznego ptaka, a z biegiem lat pasta podbiła świat i stała się dostępna w wielu zakątkach globu. W ostatnim czasie prawa do marki nabył branżowy gigant, firma S. C. Johnson, co nie zmienia faktu, że pastę do butów nadal zdobi nowozelandzki symbol, tak jak wymyślił to sobie Ramsey.

Reklama

Puszka pasty Kiwi. Hołd dla żony jej twórcy i jej nowozelandzkich korzeni

Tak Australijczyk dołożył swoją cegiełkę do światowej sławy kiwi, za co wdzięczni muszą być dumni ze swojego narodowego symbolu Nowozelandczycy. Oni też mają swoje sposoby na to, by promować i pokazywać wielkie przywiązanie do nielota. W latach trzydziestych ubiegłego wieku wraz z emisją pierwszej narodowej waluty nowozelandzkiej kiwi ozdobił dwuszylingową monetę, a nawet dziesięcioszylingowy banknot. Później, w latach sześćdziesiątych pojawił się też na dwudziestocentówce, co skrupulatnie odnotowuje „Te Ara”.

Reklama

Charakterystyczna dwudzestocentówka z ptakiem kiwi. W sieci możecie ją kupić za jakieś 20 złotych

Była też cała seria znaczków, na których nielot pojawił się już w roku 1900 i od tego czasu gości na poczcie regularnie. Raz na jakiś czas New Zealand Post emituje zresztą nowe wzory z ukochanym w kraju ptakiem, żeby tylko czasem nikt nie zapomniał, że kiwi ma status absolutnie wyjątkowy. W roku 2000 wyszedł zresztą specjalny egzemplarz znaczka, który powstał we współpracy z pocztą francuską – list z ptakiem kiwi mogliście więc dostać zarówno z antypodów, jak i z ojczyzny Napoleona.

Możliwe też, że kiedyś natraficie w sieci na stary komiks z odważnym kiwi w roli głównej, wojskowe broszki w ozdobione przez tego ptaka czy bezpośrednie zrównanie terminu „kiwi” z mieszkańcami Nowej Zelandii, którzy mniej więcej od czasów I wojny światowej niezwykle silnie się z tym określeniem utożsamiają. Tak jak owoc jest kiwi, tak ptak jest kiwi i tak również człowiek jest kiwi.

Za każdym jednak razem to proste, wprowadzone do naszych słowników jeszcze przez Maorysów, słowo kojarzy się Nowozelandczykom z wielką dumą. Jest silnym znakiem ich narodowej odrębności. Dowodem na to, że fajnie mieć coś całkiem swojego. Nawet jeśli jest to pokraczny, uroczy nielot.

Reklama

Fot. Historical Society od Montgomery County, Wikipedia, Te Ara Encyclopedia of New Zealand

0 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Mundial 2026

Reklama