Zaledwie trzech trenerów w historii wzięło udział w co najmniej pięciu mundialach. Co ich łączy? Że w zasadzie żadną pracą nie gardzili, nie byli też wielcy i wspaniali (choć jeden został mistrzem świata!), ale i trudno ich nazwać słabymi. Ot, okazali się tacy w sam raz. Na Kuwejt, Kostarykę, Arabię Saudyjską czy Iran. Ten trzeci z nich, Carlos Queiroz, dołączył do tego grona na tych mistrzostwach, prowadząc Ghanę. A z kim przyjeżdżał na mundiale wcześniej? I kto jeszcze jest w tej niekoniecznie legendarnej, ale na pewno regularnej trójcy?
Specjaliści od mundiali. Trzech trenerów w rolach stałych bywalców
Gdy myślimy o mundialowych szkoleniowcach, do głowy przychodzą od razu najwięksi. Didier Deschamps, który dwukrotnie był w finale (i ma już na koncie cztery turnieje!) czy też pozostali dwaj, co wygrywali mistrzostwo jako zawodnicy i trenerzy: Franz Beckenbauer oraz Mario Zagallo. Pokolenie z XXI wieku pewnie pomyśli o Vicente del Bosque albo Luizie Felipe Scolarim. To starsze może przywoływać Kazimierza Górskiego, Antoniego Piechniczka albo na przykład Carlosa Bilardo.
Jednak najczęściej na mundialach bywali ci mniejsi. Mniejsi nawet mimo tego, że rekordzista – sześciokrotny uczestnik mistrzostw – akurat ma tytuł mistrza świata. Zdobył go z rodzimą Brazylią, mimo że wcześniej prowadził kraje-outsiderów. Od niego zresztą zaczniemy, bo po pierwsze: rekord jest rekordem, a po drugie – z tej trójki to on najwcześniej pojechał na mundial.
Przenieśmy się więc do 1982 roku.
Spis treści
- Specjaliści od mundiali. Trzech trenerów w rolach stałych bywalców
- Carlos Alberto Parreira. Trenerska sinusoida
- Bliski Wschód przeplatany Brazylią
- Mistrz świata!
- Tam i z powrotem, niezmiennie na mundialu
- Bora Milutinović. Specjalista od zaskoczeń
- Trzy mundiale z Ameryki
- Obieżyświat
- Carlos Queiroz. Nowy na liście
- Trzy razy z Iranem
- Kręta droga do Stanów
Carlos Alberto Parreira. Trenerska sinusoida

Dziś ma już 83 lata i od 2010 roku jest na zasłużonej emeryturze. Przeszedł na nią tuż po swoim ostatnim mundialu i kto wie, czy nie największej porażce w roli selekcjonera. 16 lat wcześniej został mistrzem świata, ale ze wszystkich swoich tytułów najbardziej ceni sobie wygranie trzeciej ligi brazylijskiej wraz z Fluminense, ukochanym klubem, który w tamtym okresie stał na krawędzi bankructwa. Carlos Alberto Parreira zdecydowanie nie jest typowym trenerem.
Nie jest tym bardziej, że w karierze prowadził… sześć różnych reprezentacji, z czego cztery z nich więcej niż przy jednej okazji!
Jego kariera zresztą zaczęła się też niecodziennie. Nigdy nie grał w piłkę zawodowo, a mając ledwie 24 lata został z miejsca selekcjonerem kadry narodowej Ghany. A przynajmniej tak można to opisywać, bo była to nieco bardziej skomplikowana sprawa – akurat skończył wtedy studia z fizjoterapii i wyjechał właśnie do tego kraju. Tam wziął udział w rządowym programie rozwoju sportu i w sumie to powierzono mu mniej więcej rolę selekcjonera i tak też się to ujmuje w statystykach (czasem wspominając przy okazji nazwy kilku klubów).
Nie zagrzał tam jednak miejsca długo, wrócił bowiem do ojczyzny i został mistrzem świata. Załapał się wtedy na posadę masażysty kadry przy okazji mistrzostw w 1970 roku. Masował więc wielkich, na czele z Pele. Potem był asystentem w olimpijskiej kadrze Brazylii (1972), a kilka lat później został, już oficjalnie, trenerem. Prowadził ukochane Fluminense (gdzie wcześniej też dbał o przygotowanie fizyczne i odnowę piłkarzy) przez trzy lata, zdobył z tym klubem mistrzostwo Brazylii. A potem znowu wyjechał z kraju – do Kuwejtu.
I tu zaczyna się ta nasza właściwa historia.
Bliski Wschód przeplatany Brazylią
Co było dalej? W 1978 roku, po tym jak przez dwa lata pełnił tam rolę asystenta, zaangażowano go do pracy selekcjonera we wspomnianym Kuwejcie. Dostał więc cztery lata, w trakcie których jego celem było przygotowanie kadry do walki o awans na mistrzostwa świata, a potem – wywalczenie tegoż awansu właśnie. Cel był realny, bo już przy okazji poprzedniego mundialu Kuwejt skończył eliminacje w Azji tylko za Iranem i Koreą Południową.
Choć nie było łatwo – z azjatyckiej strefy (mimo poszerzenia mundiali z 16 do 24 zespołów) w 1982 roku wchodziła na mistrzostwa tylko jedna drużyna.
Na pewno jednak mogli w Kuwejcie marzyć. Już pod przewodnictwem Parreiry zostali przecież zwycięzcami Pucharu Azji (cztery lata wcześniej doszli do finału) i wyglądało, że mają swoje złote pokolenie. I to mimo tego, że… tak naprawdę wszyscy zawodnicy, których powoływał Parreira grali w rodzimej lidze! To oni jednak gładko przeszli przez pierwszą rundę eliminacji (wygrana grupa po 6:0 z Tajlandią, 4:0 z Malezją i 2:0 z Koreą Południową), której mecze grali zresztą u siebie, w stolicy.
A potem, w rywalizacji o awans, wygrali cztery spotkania, po jednym zremisowali i przegrali, zdobywając dziewięć (stary system z dwoma oczkami za wygraną) punktów. I triumfowali w grupie, przed Chinami oraz Nową Zelandią, wchodząc na mistrzostwa. A na nich – uwaga, uwaga! – sensacja. Kuwejt w debiucie zremisował bowiem 1:1 z Czechosłowacją i zdobył punkt. Późniejsze porażki z Francją i Anglią były już wkalkulowane w koszta, jednak ten jeden punkcik stał się na Bliskim Wschodzie historycznym wydarzeniem, a Parreira mógł odhaczyć sukces i… zrezygnować z pracy z tą kadrą.
Po odejściu nieco się błąkał. Przez moment (14 meczów, wszystkie w 1983 roku) prowadził Brazylię, potem wrócił do Fluminense, ale ostatecznie znów wyjechał na Bliski Wschód – do zjednoczonych Emiratów Arabskich. Z nimi na mundial nie pojechał, ominęły go więc mistrzostwa w 1986 roku, jedyne takie na długo. W ZEA pracował trzy lata, nie wyszło mu w Pucharze Azji, a po nim przeskoczył do sąsiadów – Arabii Saudyjskiej.
Tam spędził dwa lata i… wrócił do Emiratów, gdzie wcześniej zastąpił go wielki Mario Zagallo. I to właśnie Zagallo wprowadził ZEA na mundial, robiąc z – jak sami siebie nazywali – „grupki amatorów” zespół, który przeszedł przez azjatyckie eliminacje. Tyle że Zagallo opuścił zespół przed mistrzostwami, wrócił do ojczyzny i przejął stery w Vasco da Gama. I wtedy na powrót sięgnięto po Parreirę.
Ten przygotował zespół najlepiej, jak umiał, ale nie wystarczyło to nawet na punkt. Co prawda z Kolumbią jego ekipa długo radziła sobie dobrze, ale ostatecznie przegrała 0:2, oba gole padły w drugiej połowie. A potem i Niemcy, i Jugosłowianie, nie dali im już zbyt wielu szans, choć pozwolili strzelić gole. Parreira i spółka przegrali odpowiednio 1:5 i 1:4, a Brazylijczyk spędził w Emiratach jeszcze nieco czasu, ale w 1991 roku zrezygnował z prowadzenia tego zespołu.
Potem był jeszcze przez moment trenerem CA Bragantino. I nagle zaliczył monstrualny przeskok.
Mistrz świata!
W 1991 roku został bowiem selekcjonerem kadry Brazylii. Ta, mimo że graczy nadal miała na poziomie, znajdowała się w kryzysie. Ostatnie mistrzostwo świata zdobyła w 1970 roku, potem wywalczyła jeszcze brąz w 1978, a następnie odpadała w drugiej fazie grupowej (1982), ćwierćfinale (1986) i 1/8 finału (1990). Szczególnie ten ostatni mundial był bolesny – rok wcześniej Brazylijczycy wygrali Copa America po 40(!) latach. Ale na mistrzostwach znów nic nie wyszło.
W tej sytuacji przyszedł tam Parreira.
Nowy trener spojrzał na skład, jaki dostał i uznał, że nie ma co silić się na próby stworzenia ekipy jak z czasów Pelego. Wręcz przeciwnie – postawił na mniej magii, więcej pracy na murawie. Oparł drużynę na Dundze, z przodu szaleć mieli Romario czy Bebeto, ale liczyło się przede wszystkim to, co w tyłach, gdzie o to, by nie tracić bramek dbali Cafu czy Taffarel w bramce. Taka Brazylia weszła na mundial do USA, a potem go wygrała.
Nie jest to jednak ekipa Canarinhos ukochana nawet przez własnych kibiców. Nie grała efektownie, stawiała na – to banał, ale tak było – efektywność. Parreira był pragmatykiem, jechał na mistrzostwa po wynik, kibice też tego wyniku pragnęli. Brazylijczycy strzelili na tamtym mundialu tylko – jak na swoją historię – 11 bramek, z czego aż osiem wspomniany duet Romario-Bebeto (na mistrzostwa powołany został też 17-letni Ronaldo, ale Parreira nie dał mu nawet minuty). W siedmiu meczach to w sumie niewiele.
Sęk w tym, że stracili tylko trzy. W grupie jedną. W ostatnim meczu ze Szwecją (1:1), gdy mieli już awans po wcześniejszych wygranych z Rosją (2:0) i Kamerunem (3:0). W fazie pucharowej oba gole wbili im Holendrzy w ćwierćfinale, ale podopieczni Parreiry wygrali 3:2 (swoją drogą wszystkie pięć goli padło w drugiej połowie). Wcześniej za to 1:0 pokonali gospodarzy, a w półfinale takim samym rezultatem Szwecją.
To już był sukces, mało kto oczekiwał, że Brazylijczycy przejdą do finału. Zresztą z Holandią wygrali po fantastycznym strzale z wolnego Branco, bo wcześniej roztrwonili prowadzenie 2:0, z kolei ze Szwecją wykorzystali dopiero grę w przewadze i gola Romario. A w meczu o tytuł na Rose Bowl w Pasadenie grali z Włochami w potwornym upale. To był nudny finał, jeden z najgorszych piłkarsko w historii, choć bliżej strzelenia gola byli Brazylijczycy.
Żadna bramka jednak nie padła. Defensywa Brazylii znów nie zawiodła, atak jednak nie pomógł. Doszło do dogrywki, po niej – do karnych. A tam to już wszyscy wiedzą, co i jak: Brazylijczycy prowadzili 3:2 po czterech seriach. Do piłki podszedł Roberto Baggio. Nie mógł dać Włochom ani wygranej, ani zapewnić kolejnych serii – do tego musiał dołożyć się też bramkarz. Sam Baggio mógł jednak przedłużyć nadzieję, tyle że… spudłował. Brazylia została mistrzem świata.
Parreirze się udało.
Tam i z powrotem, niezmiennie na mundialu
Czy jego kariera ruszyła po tym do przodu? W teorii tak. Z Brazylii odszedł po mistrzostwach i trafił do Europy. Przez rok pracował w Valencii, ale bez sukcesów. Potem było Fenerbahce, z którym został mistrzem Turcji, jednak też nie zagrzał tam miejsca. Wrócił do Brazylii, pracował w Sao Paulo, a potem w amerykańskim MetroStars. Tuż przed mundialem w 1998 roku niespodziewanie zgłosiła się do niego Arabia Saudyjska.
Objął ją w lutym 1998 roku, pojechał ze swoimi piłkarzami na mistrzostwa świata… i wyleciał po dwóch meczach grupowych, zostając jednym z zaledwie kilku trenerów zwolnionych w czasie trwania imprezy – niedawno zresztą do tej listy doszedł Sabri Lamouchi, którego zwolnili Tunezyjczycy.
Potem Parreira pracował na powrót we Fluminense (to wtedy klub stał na krawędzi bankructwa) i kolejnych brazylijskich klubach. W każdym krótko, nigdzie nie zagrzał miejsca. Zrobił to dopiero… w kadrze Brazylii, która zgłosiła się po niego w 2003 roku, sezon po kolejnym tytule mistrzowskim. Parreira miał oferty z rodzimej federacji już wcześniej – w 2000 i 2001 roku – ale je odrzucał. W końcu jednak zdecydował się objąć posadę i w sumie nie szło mu źle, mocniejsi od Brazylii okazali się jednak (w ćwierćfinale) Francuzi.
Parreirę mocno jednak krytykowano wówczas w rodzimej prasie, zarzucając archaiczny styl gry. Odszedł więc ze stanowiska, a w kolejnym roku został trenerem RPA, która miała organizować kolejny mundial. Pracował tam do 2008 roku, zrezygnował jednak z powodu (oficjalnie) choroby żony. Krótko pracował (już po raz czwarty!) we Fluminense, a wreszcie… wrócił do RPA. I gospodarzy faktycznie poprowadził na ich mundialu.

Migawka z przeszłości. Carlos Alberto Parreira i Mario Zagallo świętują tytuł z 1970 roku. Fot. Newspix
Tam jednak zaliczył trenerską porażkę, choć napisał przy okazji historię. Z afrykańską reprezentacją nie wyszedł bowiem z grupy i to pierwszy w historii przypadek, gdy gospodarz tego nie zrobił. Choć reprezentanci RPA nie zagrali źle, bo zremisowali z Meksykiem (1:1), przegrali z Urugwajem (0:3) i wygrali z Francją (2:1). Kluczowa okazała się ostatecznie wysoka porażka z Urusami – Meksyk też z nimi przegrał, ale 0:1 (a do tego wygrał 2:0 z Francją) i wyszedł kosztem RPA za sprawą różnicy bramek.
Dla Parreiry był to nie tylko ostatni mundial, ale i ostatnia trenerska posada. Przeszedł potem na emeryturę, a jego CV widnieje mistrzostwo świata, kilka sukcesów klubowych i sześć różnych mundiali… a doliczając mu ten w roli masażysty to nawet siedem.
Jego przygoda z MŚ ciągnęła się więc od 1970 do 2010 roku! Cztery dekady.
Bora Milutinović. Specjalista od zaskoczeń

Też już wiekowy, bo za kilka miesięcy będzie świętować 82. urodziny. Jest również na trenerskiej emeryturze, ale wciąż pozostaje blisko piłki – dało się go zobaczyć i na trybunach w trakcie amerykańskiego mundialu. On, w przeciwieństwie do Parreiry, grał w piłkę. Był pomocnikiem, występował w rodzimej, jugosłowiańskiej lidze, a potem udało mu się z niej wyfrunąć, finalnie osiadł we Francji. Tam grał między innymi w Monaco czy Nicei.
Kluczowe dla jego późniejszych losów okazało się jednak to, że w 1972 roku wyleciał do Meksyku, gdzie zaczął grać dla Pumas.
Cztery lata później skończył karierę, ale za Oceanem został i niedługo potem otrzymał ofertę pracy. Pumas szukali bowiem trenera, założyli, że doświadczony zawodnik, który z niejednego pieca chleb jadł, może sobie poradzić. Czas pokazał, że było to założenie słuszne. Milutinović wyprowadził ekipę z kryzysu i po kilku sezonach wygrał Puchar Mistrzów CONCACAF (dwukrotnie: 1980 i 1982), a także krajową ligę (1980/81) i Copa Interamericana (1981).
Niedługo potem – niespodziewanie – Meksyk po raz drugi został gospodarzem mistrzostw świata, bo z organizacji wycofała się Kolumbia. Tymczasem drużyna narodowa… już ponad rok pozostawała bez trenera.
CZYTAJ TEŻ: MEKSYK PO RAZ DRUGI I GENIUSZ MARADONY. MUNDIAL 1986
W tej sytuacji oczywistym wydawało się, że warto postawić na Milutinovicia. A ten na propozycję przystał.
Trzy mundiale z Ameryki
Był w komfortowej sytuacji. Meksyk – jako nowy gospodarz – miał pewny udział w mistrzostwach, Bora mógł po prostu pracować ze swoimi zawodnikami i przygotować ich pod grę na mundialu. Trzeba mu oddać, że zrobił to naprawdę dobrze. Gospodarze najpierw po świetnym meczu pokonali Belgów (2:1), potem zremisowali z Paragwajem (1:1), a na zakończenie zmagań grupowych okazali się lepsi od Iraku (1:0) wyszli z pierwszego miejsca.
W 1/8 finału, na wypełnionym po brzegi Estadio Azteca, gospodarze podjęli za to Bułgarię. I choć słabo grał Hugo Sanchez, największa ówczesna gwiazda Meksyku, snajper Realu Madryt, to Manuel Negrete (pięknymi nożycami) oraz Raul Servin dali wygraną 2:0. To było święto. Mexico City – nie po raz pierwszy na tych mistrzostwach – zostało opanowane przez setki tysięcy celebrujących wiktorię fanów.
Potem przyszedł jednak ćwierćfinał, a w nim późniejsi finaliści, zawodnicy RFN. To był mecz brutalny, z dziewięcioma żółtymi i dwoma czerwonymi kartkami. Meksykanie od 64. minuty grali w przewadze, Niemcy jednak dobrze się bronili, a w 110. minucie siły się wyrównały. Nie padła żadna bramka, doszło więc do karnych. W nich gospodarze zawiedli – trafili tylko raz na trzy próby. Rywale byli bezbłędni.
Milutinović i tak odniósł jednak sukces, bo Meksyk powtórzył wynik z 1970 roku – gdy też był gospodarzem – a przez kolejnych 40 lat, do dziś, nie był w stanie dotrzeć tak daleko. Serb postanowił jednak z tej kadry odejść. Kolejnych kilka lat to dla niego błąkanie się: krótkie przygody z San Lorenzo (Argentyna), Udinese (Włochy), Veracruz i Tecos (Meksyk). Gdy jednak wyleciał z tej ostatniej ekipy, zdawało się, że jego kariera zastopowała.
Aż nagle zgłosiła się Kostaryka. Było 90 dni do mundialu, kadra miała na niego awans (i był to jej debiut!), ale brakowało trenera, bo tamtejsi działacze zmieniali szkoleniowców jak popadnie. Milutinović trafił tam na ostatnią chwilę i… zanotował fenomenalny, jak na warunki małego kraju z Ameryki Środkowej, wynik.
W grupie dwie wygrane – ze Szkocją (1:0) i Szwecją (2:1), a z Brazylią minimalny wymiar kary – porażka 0:1. Genialnie bronił w tamtych spotkaniach Luis Gabelo Conejo, absolutna gwiazda ówczesnego turnieju w kadrze Kostaryki – dokładnie tak, jak w 2014 roku gwiazdą zostanie Keylor Navas (tyle tylko że Conejo nie trafił potem do Realu Madryt). Kostarykanie niespodziewanie wyszli więc z grupy kosztem i Szkotów, i Szwedów, w efekcie zostając rewelacją turnieju.
W 1/8 tak pięknie już nie było, pewnie dlatego, że zabrakło Conejo, który złapał uraz. Kostaryka bez niego straciła w starciu z Czechosłowacją cztery gole, choć gdy w 55. minucie do bramki europejskiej ekipy trafił Ronald Gonzalez, było 1:1. Taki wynik utrzymał się jednak tylko przez osiem minut, a potem rządzili na boisku już tylko Czechosłowacy.
Milutinović i tak mógł być ze swej pracy zadowolony… ale z Kostaryką długo nie został. I dobrze dla niego, bo rok później trenera szukali Amerykanie, którzy byli wyznaczeni na organizatora mundialu w 1994 roku. Przeprowadzono sporo rozmów o pracę, odrzucono wszystkich miejscowych trenerów i postawiono wreszcie na Serba. A ten z miejsca wziął się za porządki. Wyrzucił kilku istotnych graczy (w tym Bruce’a Murraya, ówczesnego najlepszego strzelca w historii amerykańskiej kadry), poukładał zespół na nowo i przygotowywał go do najważniejszej imprezy w historii.
I co? I znów wygrał. To znaczy: nie zdobył złota. Ale z kraju-organizatora, który nie miał nawet ligi, zrobił ekipę zdolną wyjść z grupy. Udało się to co prawda Amerykanom z trzeciego miejsca, ale trudno było odebrać im ten awans – zaliczyli bowiem remis ze Szwajcarią (1:1) i wygraną z Kolumbią (2:1), a pokonała ich (0:1) dopiero jedna z rewelacji (obok Szwecji i Bułgarii) tamtego turnieju, czyli Rumunia.
Dobrze zagrali też Amerykanie z Brazylią, którą prowadził wówczas – jak już wiemy – Carlos Alberto Parreira. Stracili tylko jednego gola, dopiero w 72. minucie, gdy trafił Bebeto. Milutinović znów więc zrobił, co do niego należało i… znów nie zagrzał długo miejsca w kadrze, bo już rok później z USA się pożegnał. Amerykanie ponoć chcieli bowiem kogoś, kto byłby nie tylko trenerem, ale też dyrektorem, a Serbowi na tej drugiej fuszce nie zależało.
Z USA wrócił prosto do Meksyku, z tym jednak rozstał się na ponad rok przed mundialem. Ale w 1998 roku na mistrzostwa i tak pojechał.
Obieżyświat
Trafił bowiem do Nigerii. Tej Nigerii. Grali tam Jay-Jay Okocha, Nwankwo Kanu, Taribo West i wielu innych. Dwa lata wcześniej Nigeria zdobyła złoto olimpijskie, miała wspaniałe pokolenie. Super Orły pokazały to w grupie – wygrały wtedy z Hiszpanią (3:2) i Bułgarią (1:0), a przegrały – mając już pewny awans – z Paragwajem (1:3), ale i tak wygrały swoją grupę. Grały świetny, porywający futbol.
Dopiero po czasie jednak sugerowano, że wystawienie rezerwowych na ostatni z tych meczów zaszkodziło afrykańskiej kadrze, która zgubiła przez to rytm.
I możliwe, że to właśnie zadecydowało. A może po prostu – Nigeria chciała grać zbyt wesoło, zapominając momentami o taktyce (doszły jeszcze, tradycyjne dla afrykańskiego futbolu, kłótnie o premie), co ostatecznie zemściło się w 1/8 finału. Tam ich rywalami byli bowiem świetni Duńczycy (potem poważnie zagrozili Brazylii w ćwierćfinale), którzy obnażyli braki nigeryjskiej defensywy. Wbili im cztery gole, sami stracili jednego.
Milutinović po raz czwarty wyszedł więc z grupy… ale po raz trzeci przegrał od razu, w kolejnym spotkaniu.
Kolejnego awansu do fazy pucharowej już nie było, choć zaliczył jeszcze piąty mundial. Po drodze trenował też MetroStars (dzisiejsze New York Red Bulls), ale już w 2000 roku objął kadrę Chin. I to właśnie Państwo Środka stało się ostatnią ekipą, którą wprowadził na mistrzostwa. W Chinach stał się wręcz bohaterem narodowym, nazywano go Milu… ale na turnieju bohaterowi nie udało się zachwycić. Chińczycy przegrali wszystkie trzy mecze grupowe i nie zdobyli nawet bramki.
Milutinović w efekcie zrezygnował i pożegnał się z tą kadrą. W swojej karierze prowadził jednak jeszcze Honduras (2003-04), Jamajkę (2006-07) oraz Irak (2009), a na moment wrócił nawet do Chin, choć już w roli doradcy, nie pierwszego trenera (2014). Zahaczył też o piłkę klubową, bo przez moment był trenerem katarskiego Al Sadd. Sukcesów już w żadnej z tych ról nie odniósł.
Jest jednak jedynym trenerem w dziejach, który na mistrzostwach świata zagrał z pięcioma różnymi reprezentacjami. Zrobił to w dodatku na pięciu kolejnych mundialach!
Nie była to wielka kariera, owszem, ale była niezwykle ciekawa. A przygoda też się liczy.
Carlos Queiroz. Nowy na liście

Gdy Carlos Queiroz objął stery reprezentacji Portugalii w 2008 roku, zdawało się, że znalazł swoje miejsce. Ojczystą reprezentację trenował już zresztą wcześniej, w latach 1991-93 (a przed tym był szkoleniowcem młodzieżówki, z którą dwukrotnie wygrał mistrzostwo świata do lat 20), jednak wtedy był trenerem niedoświadczonym, który nie poradził sobie z tym wyzwaniem – jego podopieczni nie weszli wówczas nawet na mistrzostwa. Potem był trenerem Sportingu, ale też bez sukcesów.
Po tym nieco się błąkał. Pracował w USA (New York Red Bulls), Japonii (Nagoya Grampus), a w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Republice Południowej Afryki był selekcjonerem. Z tą ostatnią powinien pojechać na pierwsze mistrzostwa świata… tyle że zwolniono go kilka miesięcy przed turniejem, już po wywalczeniu awansu i jego miejsce zajął Jomo Sono. Queiroz finalnie trafił do Manchesteru United, ale w roli asystenta Sir Alexa Fergusona. Popracował tam rok i zgłosił się po niego Real Madryt.
Portugalczyk zaryzykował, poszedł do Madrytu i… poległ. Królewscy zaliczyli katastrofalny jak na swoje warunki sezon, a Queiroz wrócił do Manchesteru. Tam też – pod jego nieobecność, na co wskazywali niektórzy – Czerwone Diabły grały gorzej. Na Old Trafford został więc na kolejne cztery lata. I dopiero wtedy odszedł, żeby spróbować jeszcze raz z reprezentacją. Portugalczycy bowiem znów szukali trenera.
I jeszcze raz sięgnęli po Queiroza. Ten tym razem wszedł na mundial (choć styl nie był wybitny, Portugalia przegrała swoją grupę eliminacyjną z Danią i awans wywalczono dopiero po barażach przeciwko Bośni i Hercegowinie), ale już na nim niczego tak naprawdę nie osiągnął. Już w grupie nie było najlepiej – remis z Brazylią na koniec (0:0) był co prawda akceptowalny, ale wcześniej Portugalia takim samym rezultatem zakończyła mecz z Wybrzeżem Kości Słoniowej i pokonała tylko Koreę Północną (7:0).
Efekt? Drugie miejsce, za Brazylią i 1/8 finału z Hiszpanią. A to była ta mistrzowska Hiszpania. Odprawiła więc Portugalię – tylko 1:0, ale tak przechodziła przez całą fazę pucharową – po bramce Davida Villi. Przygoda Queiroza z kadrą Portugalii ostatecznie zakończyła się jednak dopiero we wrześniu, gdy kontrakt postanowiła rozwiązać z nim federacja.
Ale jego przygoda z mundialami dopiero się zaczynała.
Trzy razy z Iranem
Queiroz jest na tej liście pewnym wyjątkiem… ale nie do końca. Inni trenerzy się bowiem błąkali, on raczej lubił osiadać. I tak w 2011 roku trafił do Iranu, który powoli zmieniał się w całkiem solidną kadrę. Irańczycy kwalifikowali się na mistrzostwa w 1978 roku, a potem w 1998 i 2006, ale w 2010 się nie udało. Portugalczyk dostał więc zadanie: przywrócić Iran mistrzostwom świata. I wywiązał się z niego.
Choć tak szczerze – pewnie mógł wyciągnąć z tego Iranu więcej. W Pucharze Azji na przykład od momentu, gdy zaczął tam pracę, Iran ani razu nie doszedł do finału, ani z nim u steru, ani z innymi trenerami. Ale na mistrzostwa świata zaczął wchodzić.
Queiroz wprowadził go tam bowiem i w 2014, i w 2018 roku. W obu przypadkach pewnie – do tego pierwszego mundialu Irańczycy weszli po wygraniu finalnej grupy przed Koreą Południową, Uzbekistanem, Katarem i Libanem. Cztery lata później otrzymaliśmy niemalże kopię: Iran wygrał grupę, Korea była druga, trzecia Syria, czwarty Uzbekistan, potem Chiny i Katar. Wychodziło więc, że na kontynencie Iran – mimo niepowodzeń w azjatyckich rozgrywkach – stał się wiodącą siłą.
A jak było na mistrzostwach?
To zależy których. W 2014 roku Irańczycy walczyli, ale niewiele zdziałali. Konkretnie: ugrali punkt, w otwierającym dla nich mundial starciu z Nigerią (0:0). Potem byli bliscy zatrzymania Argentyny i pokazywali, że ich główną siłą jest defensywa, ale w 91. minucie przełamał ten opór rywali Leo Messi strzałem zza pola karnego. W ostatnim meczu, z Bośnią i Hercegowiną, Irańczycy musieli zaryzykować i nie opłaciło im się to. Przegrali 1:3, odpadając z mistrzostw bez wygranej.
W 2018 roku było już dużo lepiej… choć też nie wyszli z grupy. Zaczęli od wyrwanej w 95. minucie wygranej nad Marokiem, po bramce samobójczej Aziza Bouhaddouza. Potem przegrali z Hiszpanami, a do siatki trafił Diego Costa. A w ostatnim meczu wyrwali w 93. minucie remis z Portugalią (1:1). Zgromadzili cztery punkty, ale odpadli, bo po pięć miały i Hiszpania, i Portugalia. Rozwój był jednak widoczny gołym okiem.
Tyle że po Pucharze Azji 2019 – gdzie Iran przegrał w półfinale z Japonią – Queiroz odszedł. I tu zaczyna się ta typowa dla każdego z tych selekcjonerów część, gdy włącza im się dusza podróżnika.
W latach 2019-20 Queiroz pracował bowiem w Kolumbii. Potem był przez pewien czas selekcjonerem kadry Egiptu (prowadził ich nawet w finale Pucharu Narodów Afryki z Senegalem), ale rozwiązał kontrakt za porozumieniem stron, gdy Egipt – po porażce z… Senegalem w karnych (kiedy Mohammed Salah był oślepiany przez lasery) – nie awansował na mistrzostwa świata.
Faraonowie nie pojechali więc do kataru. Ale Queiroz tak. I to z Iranem.
Wrócił do niego bowiem we wrześniu 2022 roku, niedługo przed turniejem. Jego powrót był jedną z obietnic wyborczych Mehdiego Taja, który chciał pozostać na stanowisku prezesa tamtejszej federacji. Z obietnicy się wywiązał, sprowadził Queiroza, a ten objął zakwalifikowany już na mistrzostwa zespół. I po raz trzeci wystąpił z nim na mundialu, ponownie kończąc udział w nim na grupie.
Irańczyków zmiotła Anglia, wygrywając 6:2, ale nadzieje kadry odżyły, gdy 2:0 pokonali Walię. Tyle tylko że do radości potrzebny był dobry wynik w ostatnim meczu ze Stanami Zjednoczonymi (jak się okazało – wystarczyłby remis), Irańczycy przegrali jednak 0:1. I to Amerykanie przeszli dalej, a Persów zapamiętano głównie z ich protestu, gdy nie śpiewali hymnu w reakcji na sytuację w ojczystym kraju.
Kręta droga do Stanów
Queiroz wtedy nie został w Iranie na dłużej, odszedł tuż po mistrzostwach. I choć dobijał siedemdziesiątki, ani myślał zwalniać tempo. Niedługo po mundialu zaangażował go niedawny gospodarz, Katar. Tyle tylko że jeszcze w tym samym roku Queiroz, po dwunastu meczach i stosunkowo kiepskich wynikach, z funkcji wyleciał. Przez półtora roku pozostawał potem bezrobotny, ale w końcu okazało się, że może liczyć na kraje Półwyspu Arabskiego.
Zatrudnił go bowiem taki, o którym jeszcze tu nic nie napisano – Oman. Tam jednak niczego specjalnego nie zdziałał, a Omańczycy (co w sumie nikogo nie zaskoczyło) nie weszli na mundial. Queiroz pozostał na stanowisku, ale gdy rozpoczęła się wojna w Iranie, zrezygnował z pracy ze względu na sytuację polityczną.
To było w marcu tego roku. Nie było mowy o tym, by Queiroz pojawił się więc w jakikolwiek sposób na mundialu, prawda?
No nieprawda. Bo jakoś tak to z tymi specami od mistrzostw jest, że wejdą tam, choćby tylnymi drzwiami.
Te uchyliła Portugalczykowi reprezentacja Ghany. Dokładnie 13 kwietnia tego roku ogłoszono, że to właśnie Queiroz obejmie stery w tej kadrze. Wcześniej wyleciał z niej – po czterech z rzędu porażkach – Otto Addo. Queiroz zabrał się więc do pracy, jak to na dziarskiego 73-latka przystało, i okazało się, że coś tam jeszcze umie. Bo na inaugurację mistrzostw Ghańczycy pokonali 1:0 Panamę, choć na bramkę czekali aż do doliczonego czasu.
Efekt? Queiroz po pierwsze jest drugim w dziejach trenerem, który zaliczył pięć mundiali z rzędu (po Borze Milutinoviciu), ale też najstarszym menadżerem, który na mistrzostwach świata triumfował w choć jednym spotkaniu. W dniu meczu z ekipą z Ameryki miał 73 lata i 108 dni, a przebił wynik ustanowiony przez Otto Rehhagela. A przecież jeszcze możliwe, że coś na tych mistrzostwach ugra.
Choć będzie mu o to trudno – przed Ghaną mecze z Anglią i Chorwacją.

SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix