Jak brzmią Stany Zjednoczone? „Hip-hop skutecznie tłumaczy Amerykę” [WYWIAD]

Michał Kołkowski

18 lipca 2026, 14:49 • 21 min czytania 8

Reklama
Jak brzmią Stany Zjednoczone? „Hip-hop skutecznie tłumaczy Amerykę” [WYWIAD]

Podczas muzycznego halftime show, które odbędzie się w trakcie niedzielnego finału mistrzostw świata, wystąpią między innymi Shakira, Madonna czy Justin Bieber. Gdyby jednak decydujące starcie między Argentyną i Hiszpanią mieli uświetnić artyści niejako reprezentujący jedenaście amerykańskich miast-gospodarzy turnieju, kto pojawiłby się na scenie? W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie wsparł nas dr Maciej Smółka, z którym wybraliśmy się w muzyczną podróż po USA. – Trochę tak jest, że hip-hop zawładnął dziś Stanami Zjednoczonymi. On naprawdę skutecznie tłumaczy Amerykę właśnie dlatego, że jest osadzony bardzo lokalnie. Możemy różnym problemom, z którymi borykają się współcześni Amerykanie, przyglądać się pod mikroskopem.

Reklama

Maciej Smółka jest amerykanistą i doktorem nauk o kulturze i religii na Uniwersytecie Jagiellońskim, szczególnie mocno zainteresowanym amerykańską kulturą popularną, historią muzyki współczesnej oraz geografią muzyki. Prowadzi na Instagramie profil Fajne Płyty.

***

Czy możemy dzisiaj wskazać artystę, który byłby emblematyczny dla Stanów Zjednoczonych? 

To bardzo dobre pytanie i mam nadzieję, że ktoś kiedyś napisze jakąś bardzo poważną pracę dyplomową naukową na ten temat, czy jakaś książka zostanie wydana. Odpowiedziałbym na nie tak: biorąc pod uwagę zróżnicowanie Stanów Zjednoczonych, trudno szukać takiego jednego głosu, który byłby głosem pokolenia wszystkich Amerykanów. Dla jednych będzie to Kendrick Lamar, który jest jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym głosem współczesnego hip-hopu. Z drugiej strony: moglibyśmy się kierować w stronę Travisa Scotta, który obecnie jest prawdopodobnie największą gwiazdą hip-hopową na świecie. Ale w takim razie co byśmy powiedzieli o Taylor Swift, która jest gigagwiazdą, jeśli chodzi o amerykańską muzykę popularną? A co, gdybyśmy powiedzieli o współczesnych artystach muzyki country, którzy również współtworzą ten krajobraz, jak na przykład Morgan Wallen, obecnie jedna z największych postaci country w Stanach Zjednoczonych?

Reklama

Ale on również nie mówi do wszystkich i nie reprezentuje wszystkich, więc taki jeden głos, który chcielibyśmy dla ułatwienia zmitologizować jako głos Ameryki, mi się wydaje, że on nie istnieje. Ilu będzie Amerykanów i jak wiele będzie tych podziałów społecznych w Stanach Zjednoczonych współcześnie, tak wiele będziemy mieć odpowiedzi na to pytanie, kto może być tym głosem pokolenia Amerykanów. Te głosy artystyczne obecnie, tak jak społeczeństwo amerykańskie, są bardzo spolaryzowane i trudno jest taką jedną konkretną postać postawić na piedestał i powiedzieć: tak, w ten sposób brzmi dziś Ameryka. Takiej postaci nie ma.

I teraz – czy to jest pesymistyczna odpowiedź? Ja powiedziałbym, że optymistyczna, bo to przybliża nas do zrozumienia Stanów Zjednoczonych jako państwa. Stanów, które są zjednoczone, ale wciąż są stanami ze swoją bardzo regionalną specyfiką. Amerykanie tę różnorodność regionalną stale afirmują.

Maciej Smółka: Amerykanie stale afirmują swoją regionalną różnorodność

Co się kryje pod pojęciem „geografii muzyki”?

To oznacza, że my możemy rozumieć muzykę przez pryzmat geografii. I to nie tylko przez pryzmat tego, jaki jest układ ulic, jakie rzeki przecinają dane miasto, jaki panuje klimat w danym regionie czy w danym państwie, ale przede wszystkim przez to, jak geografia i lokalność wpływają na to, w jaki sposób ta muzyka funkcjonuje, w jaki sposób jest wykonywana i oczywiście także na to, jak ona brzmi. Więc geografia muzyki prowadzi nas w stronę takiej refleksji, jak możemy tę muzykę rozumieć przez pryzmat lokalności. Przez pryzmat tego, w jaki sposób ludzie migrowali do tego miejsca, co oczywiście otwiera nam ogromne pole do interpretacji, no bo już nie interesuje nas sama muzyka, same piosenki. W dużej mierze interesuje nas kontekst tej muzyki.

Reklama

I tutaj – zawężając do kwestii amerykańskich – biorąc pod uwagę, że Stany Zjednoczone są tak ogromnym państwem, tak zróżnicowanym pod względem zarówno politycznym, ale przede wszystkim kulturowym i społecznym, oczywiście ta geografia muzyki pozwala nam zinterpretować dane lokalne sceny muzyczne, czy dane miasta pod względem twórczości muzycznej właśnie uwzględniając tę specyfikę lokalną. Wiemy, że Los Angeles będzie inne od Nowego Jorku, który będzie inny od Detroit, które będzie inne od Atlanty. Więc to, że spoglądamy przez pryzmat geografii na te miasta, pozwala nam trochę bardziej zwrócić uwagę na tę specyfikę, na to co czyni Nowy Jork Nowym Jorkiem i tak dalej. To jest taka pomocna dłoń, która sprawia, że my lepiej rozumiemy nie tylko same dokonania muzyczne, ale też to, skąd się ta muzyka wzięła, jak ona funkcjonuje, jak jest wykonywana, jak jest słuchana, przez kogo jest tworzona i dla kogo jest tworzona.

Czy globalna potęga amerykańskiej popkultury nie powoduje oderwania muzyki od jej – ujmijmy to – geograficznych źródeł i korzeni?

To bardzo dobre pytanie, bo jeśli weźmiemy pod uwagę specyfikę amerykańskiej sceny muzycznej – czy raczej: amerykańskich scen – wydaje mi się, że trzeba podkreślić dwie rzeczy. O jednej z nich już pan wspomniał: kwestia globalizacji. Tego, że ta muzyka jest wszędzie słuchana, wszędzie wykonywana i można też pokusić się o takie stwierdzenie, że w takim razie w tym zglobalizowanym świecie, pełnym Internetu, tiktoków, wszystkich tych instagramowych rolek, tak naprawdę geografia nie do końca ma już znaczenie. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę specyfikę Stanów Zjednoczonych i tę ogromną różnorodność, ale też różnorodność tożsamościową tego kraju, to jednak ta geografia muzyki pokazuje nam, że wciąż ta lokalizacja, to umiejscowienie jest cały czas bardzo ważne.

W tej muzyce, nawet globalnie znanej, odzwierciedla się też lokalna tożsamość: dlaczego ludzie są dumni z tego, że są z Nowego Jorku? Dlaczego są dumni z tego, że są na przykład z Minneapolis, czy dlaczego są dumni, że pochodzą z tego konkretnego regionu? I w muzyce bardzo często to słychać, tę dumę z lokalności albo komentarz do niej. I geografia muzyki mówi nam, że tak, na to warto zwracać uwagę, bo przez muzykę, przez pryzmat muzyki możemy też tę lokalność zrozumieć, czy ta lokalność może nam zostać wytłumaczona przez dokonania muzyczne. Ludzie zawsze są skądś i ta muzyka też zawsze skądś pochodzi.

Reklama

Kendrick Lamar

występ Kendricka Lamara podczas Super Bowl w 2025 roku

W sumie to Amerykanie wyspecjalizowali się w opowiadaniu światu o swoim państwie przez piosenki.

Trochę tak, ale też chciałbym, żebyśmy nie popadali w takie stwierdzenie, że to jest tylko unikalnie amerykańskie. Te rzeczy się dzieją na całym świecie. Natomiast w Stanach Zjednoczonych to widać bardzo wyraziście – niektórzy artyści uwielbiają podkreślać, że są skądś. I to będzie podkreślanie zarówno, powiedziałbym, świadome, ale też jeśli dany artysta pochodzi z danego miejsca, to jego muzyka musi być w jakimś stopniu owocem historii kulturowej tego obszaru. Jeżeli artysta tworzy w jakiejś atmosferze lokalnej, miejskiej czy regionalnej, to miasto, ten region czy nawet ta okolica będzie na niego wpływać. I biorąc pod uwagę przywiązanie w USA do tej lokalności, do tego, że Nowy Jork będzie zawsze bardzo wyraźnie Nowym Jorkiem, to przywiązanie tym bardziej jest odzwierciedlane w muzyce.

Reklama

Jeśli zapytałby pan kogoś ze Stanów Zjednoczonych, skąd jest, to w pierwszej kolejności nie będzie odpowiedź, że jestem z USA, tylko będzie odpowiedź, że jestem z Kalifornii, albo z Minnesoty, albo z Teksasu. Ta lokalność oczywiście przekłada się na twórczość artystyczną, która jest bardzo dogłębnie tożsamościowa.

Pan w swoich badaniach szczególnie interesował się Minneapolis.

Właśnie wróciłem z Minneapolis! Dlatego jeszcze trochę odczuwam jet lag, bo według czasu minneapolitańskiego jest dla mnie obecnie czwarta nad ranem. Ale wracając: tak, ta minneapolitańskość jest bardzo wyraźnie zarysowana, bardzo wyrazista. To jeden z takich podręcznikowych przykładów.

W czym zatem minneapolitańskość się przejawia?

Reklama

To z jednej strony bardzo proste, a z drugiej strony strasznie skomplikowane pytanie. Jeśli spojrzelibyśmy sobie na Minneapolis jako na miasto, które jest odzwierciedlane w twórczości artystycznej, to żeby w pełni zrozumieć tę specyfikę, powinniśmy się pochylić nad historią tego miasta, nad historią społeczności, które tam były. Obecnie najpopularniejszą, najważniejszą muzyką — czy rodzajem muzyki — która pochodzi z Minneapolis, jest scena muzyczna związana z twórczością artysty znanego jako Prince. Dzieła Prince’a i osób z nim związanych to muzyka, która jest bardzo wyraźnie uwarunkowana rasowo, bo to jest muzyka bardzo afroamerykańska, ale tworzona przez grupę, która jest grupą mniejszościową. Afroamerykanie, kiedy Prince zaczynał swoją karierę, stanowili mały procent społeczeństwa Minnesoty. Więc mamy artystę, który jest bardzo afroamerykański. Ale tworzy z inspiracji rock’n’rollem albo rockiem, który jest bardzo biały.

Tworzy z jednej strony muzykę, która ma źródła w Jamesie Brownie, w muzyce funkowej, bardzo silnie czarnej, ale równocześnie jest inspirowany takimi artystami jak Rolling Stones, jak Carlos Santana, jak Joni Mitchell, artystka folkowa. Nawet jak niedawno rozmawiałem z jednym z twórców tej sceny Minneapolis, to podkreślał inspirację zespołem Black Sabbath. To są różne wpływy, które też nam trochę potrafią tłumaczyć specyfikę tego miasta. Jeśli byśmy sobie spoglądali na historię Minneapolis, to moglibyśmy zauważyć, jak bardzo polityka miejska jest odzwierciedlona w tej twórczości. Jak bardzo współczesne tendencje polityczne, społeczne mają rolę w konstruowaniu lokalnej sceny muzycznej. I jak bardzo to jest wciąż aktualne, że ta muzyka z Minneapolis jest tak bardzo muzyką z Minneapolis.

Maciej Smółka: Tendencje polityczne i społeczne mają rolę w konstruowaniu sceny muzycznej

W ostatnich latach Minneapolis było areną ostrych protestów. Pewnie i to odcisnęło lub odciśnie piętno na tamtejszych artystach.

Zdecydowanie. Mamy wydarzenia z 2020 roku, z maja, po morderstwie George’a Floyda, które bardzo wpłynęły na lokalną tożsamość. Mieliśmy też wydarzenia teraz ze stycznia, związane z operacją Operation Metro Surge, czyli agentami ICE [Immigration and Customs Enforcement], którzy byli bardzo aktywni w tym mieście. To nie jest bez znaczenia pod względem również artystycznym. I to nie jest też tak, że teraz nowi artyści oczywiście masowo będą robić piosenki na ten temat, ale to też pokazuje, że w obliczu takich kryzysów lokalna społeczność zwraca się też w kierunku takich elementów, które będą elementami jednoczącymi całą społeczność. A jednym z tych elementów jest na przykład muzyka popularna. Sprawia, że ludzie czują się mimo wszystko dumni, że są stamtąd. W obliczu kryzysu, zwłaszcza wtedy, taka łącząca wszystkich duma z przynależności do danego miasta czy regionu jest czym naprawdę mocnym.

Reklama

Wybierzmy się zatem w zapowiadaną na wstępie podróż między miastami-gospodarzami amerykańskiej części mistrzostw świata 2026. I zacznijmy ją może w sposób mało zaskakujący, bo w Nowym Jorku. „Empire State of Mind” jest jego hymnem?

Ja myślę, że takich piosenek, które już na zawsze będą z Nowym Jorkiem kojarzone wręcz odruchowo, jest więcej. „New York, New York” Franka Sinatry również jest jedną z nich. Natomiast moje spojrzenie na „Empire State of Mind” jest takie, że to jest piosenka, która – jak to hymn – ma odzwierciedlać miasto, ale też trochę je tworzyć. Ma jednoczyć wokół wizerunku miasta, który niekoniecznie jest uniwersalny i niekoniecznie oddawał faktyczną rzeczywistość tamtych lat. I na tym polu „Empire State of Mind” doskonale się sprawdza, świetnie sprzedaje tę wizję Nowego Jorku.

Utwór powstał w 2009 roku – w niełatwym momencie dla USA, jeśli chodzi o sytuację ekonomiczną.

Ja mam wrażenie, że właśnie w takich momentach trudnych albo przełomowych dla państwa, takie piosenki są bardzo ważne, bo one wprowadzają coś nowego. Jakąś myśl, która może być pocieszająca, taka poklepująca po plecach i mówiąca, że będzie okej, bo popatrzcie, z jakiego wspaniałego miasta jesteśmy. Ten 2009 rok to faktycznie kryzys ekonomiczny, ale także pierwsza kadencja Baracka Obamy, która była na samym początku bardzo optymistyczna w swoim przesłaniu. Więc to jest taki punkt w historii, który sprawia, że takie piosenki mogą podnosić na duchu społeczność lokalnie, ale mogą też oczarowywać turystów. Rozbudzać w nich potrzebę pojawienia się w mieście o takim rozmachu. „Empire State of Mind” także i na tym polu miało i nadal ma ogromny potencjał.

Reklama

Jeśli spojrzymy sobie na sam tekst tej piosenki, bo już nawet nie mówię o tytule, to ona jest iście nowojorska i ma uosabiać te charakterystyczne nowojorskie cechy. Tak samo jak moglibyśmy dawniej powiedzieć o piosence Franka Sinatry, „New York, New York”. Zresztą Jay-Z nazywa nawet siebie nowym Sinatrą. Trudno sobie wyobrazić piosenkę napisaną w podobnym tonie, ale o innym mieście w Stanach Zjednoczonych. Natomiast musimy też uważać, żeby ten jeden utwór nie zdominował nam całej dyskusji o Nowym Jorku ze wszystkimi jego scenami muzycznymi. Rozmaitymi brzmieniami, które tam funkcjonują od przeszło stulecia.

Całego Nowego Jorku nie da się zawrzeć w jednej piosence, nawet mającej cechy hymnu. „Empire State of Mind” może być jakimś punktem wyjścia, nawet bardzo dobrym, żeby się tym miastem zainteresować, może wręcz w nim zakochać, no ale Nowy Jork ma dużo, dużo więcej do zaoferowania.

Jay-Z

Jay-Z

Reklama

Po przeciwnej stronie Stanów Zjednoczonych mamy Los Angeles, które mnie się akurat kojarzy z zespołem Red Hot Chili Peppers, choć pewnie są zespoły bardziej symboliczne dla tego miasta.

Los Angeles jest pełne lokalnej dumy ze swojego wyjątkowego charakteru – wielorasowego, multietnicznego. Bardzo wyrazista jest tam mieszkanka językowa i kulturowa. Dlatego gdybym miał wskazać taki najbardziej znaczący dla tego miasta nurt, to – zostawiając z boku RHCP – podkreśliłbym jednak ogromną, naprawdę ogromną rolę miejscowego hip-hopu. Od razu nasuwa się tutaj grupa N.W.A., cały ten muzyczny mit miasta Compton, które leży przecież na przedmieściach Los Angeles. Stamtąd pochodzą Dr. Dre, Ice Cube, Kendrick Lamar czy Eazy-E. Z kolei w Long Beach urodził się przecież Snoop Dogg. Ich rap świetnie nam tłumaczy różnorodność Los Angeles. Z jednej strony różnorodność problemów, ale z drugiej – również różnorodność nadziei i perspektyw.

Scena hip-hopowa zachodniego wybrzeża tradycyjnie mocno odróżniała od wschodu.

To jest ogromny wątek. Historycznie, hip-hop w USA ma oczywiście swoje źródła w Nowym Jorku. Niewątpliwie lata 70. i 80., te hip-hopowe początki, są zdominowane przez scenę nowojorską. Tamten rap był niesamowicie lokalny. Bardzo mocno skupiony na miejscowych realiach, warunkach życia w trudnych dzielnicach miasta. W końcu zyskał popularność i został przeszczepiony do innych miejsc, włącznie ze sceną kalifornijską, na czele z samym Los Angeles. I to jest już zupełnie inna rzeczywistość – kulturowa, ale także geograficzna, nawet pogodowa. Więc hip-hop na zachodnim wybrzeżu siłą rzeczy musi mieć inny charakter. Bo, co do zasady, rap zawsze będzie nam opowiadał o lokalnych problemach, lokalnych wyzwaniach, ale i lokalnych nadziejach. Wtedy jest najbardziej autentyczny.

Reklama

Dlatego tak jak w Nowym Jorku będziemy obserwować nacisk na intelektualny wymiar tekstów, taką wręcz eseistyczną ich formę – rozbudowaną, erudycyjną – z silnymi wpływami jazzu na tamtejsze beaty, tak w Los Angeles raperzy skupią się już na afirmacji życia, że się tak wyrażę w sposób bardzo poprawny polityczne. Po prostu będą opowiadać o imprezowaniu, jednak wszystko to zachowa kontekst problemów społecznych.

Zarówno w Nowym Jorku, jak i w Los Angeles dla artystów hip-hopowych tematyka polityczna będzie miała nadzwyczajne znaczenie, nawet jeśli będę te kwestie poruszać w zupełnie inny sposób. O beatach możemy zresztą długo opowiadać: w przypadku Nowego Jorku będzie to początkowo mocne oparcie na motywach muzyki afroamerykańskiej lat 60. i 70., ale też pojawi się sporo akcentów rockowych. Tymczasem w Los Angeles zaobserwujemy dużo większy nacisk na funk, a nawet muzykę elektroniczną. Ta różnica tkwi w lokalizacji obu miast, w specyfice regionalnej. No i, jeśli mówimy o Los Angeles, to nie możemy też przemilczeć bliskości Hollywood, które jest częścią mitologii tego miasta. To też jest ten element, który artystów inspiruje, noszą go z tyłu głowy. I w różny sposób się to potem przejawia w muzyce. Można przez Hollywood składać hołdy, doceniać tę celebrycką kulturę Stanów Zjednoczonych, albo przeciwnie: buntować się przeciw niej.

Maciej Smółka: Rap świetnie tłumaczy różnorodność Los Angeles

Teraz za mekkę amerykańskiego hip-hopu uchodzi Atlanta.

Tak, Atlanta pojawia się tutaj jako kolejny bardzo ważny punkt na mapie hip-hopu amerykańskiego, co jest bardzo ciekawą rzeczą w kontekście historii, bo tak jak w latach 90. mieliśmy dość klarowny podział na scenę wschodnią i zachodnią, tak później — pod koniec lat 90. i w pierwszej dekadzie XXI wieku — ten bipolarny układ się kompletne załamał i powstały inne sceny muzyczne. Tutaj, poza Atlantą, trzeba wspomnieć Detroit oraz Chicago, które również wyrosły na kanwie załamania się systemu tych dwóch wiodących scen. Atlanta bardzo na tej rewolucji zyskała. Kolektywem, który wytłumaczył specyfikę Atlanty, jest Outkast, który w swoim pamiętnym przemówieniu podczas rozdania nagród w połowie lat 90. wypowiedział słynne zdanie, że „południe też ma coś do powiedzenia”.

Reklama

Wydaje mi się, że to podsumowuje tę wyjątkowość regionalną. Przedstawiciele południa kraju mieli poczucie, że ich głos dotychczas był ignorowany. A, jak się później okazało, Atlanta miała do powiedzenia bardzo dużo. Też w sposób bardzo specyficzny, bardzo lokalny i momentami nawet rewolucyjny, który przyczynił się do przesuwania granic gatunkowych i trochę przejął rolę tego miejsca, gdzie tworzą się nowe standardy, jeśli chodzi o hip-hop. W kontrze do Nowego Jorku, który tę swoją rapową złotą erę jednak może lokować bardziej w latach 80. i 90. Dzisiaj nowojorska scena hip-hopowa również jest bardzo ważna, to nie ulega wątpliwości, ale ona jest kompletnie inna. Bo Nowy Jork jest inny. Słuchacze się zmienili i obecnie trochę ta scena jest mniej koherentna, mniej jednolita.

Na czym polegała rewolucyjność rapu z Atlanty?

Wykreowano tam nowy sposób mówienia, prowadzenia tego dyskursu hip-hopowego, który wynikał z tego, że po prostu Atlanta jest innym miastem niż Nowy Jork, niż Los Angeles. Wrócę tego Outkastu, który jest jedną z najważniejszych grup hip-hopowych w historii Stanów Zjednoczonych i bardzo dużo nowych trendów artystycznych zainicjował. Jednak z Atlantą też wiążemy również coś takiego jak trap, który przecież bardzo rozwinął hip-hop w ogóle jako gatunek muzyczny, a przy okazji otworzył wrota dla wielu podgatunków samego trapu, które popchnęły hip-hop jako całość do przodu i wyznaczają mu coraz to nowe kierunki. W 2026 roku to właśnie Atlanta jest tym miastem, w którym najlepiej widać, jak wiele nowego jeszcze w hip-hopie można zrobić.

Big Boi

Reklama

Big Boi, współtwórca Outkastu

Przeskoczmy teraz na Florydę – do Miami. Tutaj pewnie musimy porozmawiać o wpływach latynoamerykańskich.

One są tam bardzo ważne. Teraz wróciłem z Minneapolis z kilkoma płytami winylowymi, a jedna z nich to „Primitive Love” zespołu Miami Sound Machine, którego liderką była Gloria Estefan. Ona współtworzyła to lokalne brzmienie Miami, bardzo charakterystycznie latynoamerykańskie, ale też bardzo charakterystycznie elektroniczne. To trzeba podkreślić: w Miami są ogromne tradycje muzyki elektronicznej, także współcześnie. No ale od tych wpływów latynoamerykańskich uciec się tam nie da, to jest już dzisiaj istotna część tożsamości całej Florydy, ale zwłaszcza Miami. Do tego możemy też wspomnieć Miami bass, bardzo wyrazisty podgatunek hip-hopu, który też nam może tłumaczyć lokalną specyfikę. Muzyka niezwykle, powiedziałbym, klubowa, imprezowa, sensualna – oddająca całą frywolność tego miasta, ale i akcentująca to dziedzictwo muzyki elektronicznej. Choć ten nurt ma już swoje lata, bo czas jego świetności to okres lat 80. i 90.

A dlaczego akurat w Seattle narodził się grunge?

Reklama

To jest bardzo ciekawe pytanie, na które geografia muzyki pomaga nam znaleźć odpowiedź. Przede wszystkim Seattle – choć może to śmiesznie zabrzmieć – w kulturze i społeczeństwie amerykańskim bardzo długo uchodziło za absolutny koniec świata. Miejsce, gdzie się już nic dzieje, z kiepską pogodą, dokąd nie ma po co jechać. Jeśli ktoś odwiedzał te rejony Stanów, to na ogół miało to jakiś biznesowy związek z pracą w przemyśle drzewnym albo w fabryce Boeinga. Więc z jednej strony mamy w Seattle i w ogóle w stanie Waszyngton potworną nudę, taką nicość, ale w niej kryje się też potencjał do zagospodarowania. I na tym polu rodzą się nowe trendy społeczne oraz muzyczne. Jednym z nich był właśnie ten bunt znudzonej młodzieży, która nie godziła się z tym, by Seattle dalej było takim mało znaczącym punktem na mapie USA. Ci młodzi ludzie chcą czegoś nowego, mają coś do powiedzenia. I to trafiło na podatny grunt amerykańskiej popkultury początku lat 90.

Powstające formacje w Seattle i okolicach grają więc trochę inaczej, a ich bunt zostaje natychmiast podchwycony. Trudno się zresztą dziwić, bo te grunge’owe zespoły przełomu lat 80. i 90. były naprawdę znakomite, a jednocześnie wpisały się w tendencję społeczną całego pokolenia Amerykanów. Ten ich sprzeciw – jak się okazało – miał charakter dużo bardziej uniwersalny. Seattle dzięki temu stało się rozpoznawalne i właściwie do dziś jest mocno kojarzone jako kolebka grunge’u.

Jeśli chodzi o San Francisco, to trudno z kolei nie kojarzyć go z kontrkulturą. I hipisowskim przebojem Scotta McKenziego.

Ten utwór z jednej strony mówi nam bardzo dużo o San Francisco, ponieważ opowiada o historii tego miejsca. Rzeczywiście nierozerwalnie już związanego z kontrkulturą, z całym ruchem hipisowskim i połączonymi z nim ideałami. Ale przecież to też z czegoś wynika. San Francisco zyskało reputację miasta, w którym swoje miejsce mogą odnaleźć osoby będące wyrzutkami społecznymi albo odrzucające jakieś społeczne normy. To tworzy całą mitologię tej metropolii. Tylko że mitologia to nie rzeczywistość, a San Francisco lat 60. nie jest tym samym San Francisco, które możemy odwiedzić współcześnie. Ostatnio rozmawiałem z pewnym muzykiem z Oakland i okazało się, że dla niego na przykład obecnie najważniejsze brzmienia lokalne napływają ze sceny bluesowej i soulowej. Zupełnie byśmy tego nie kojarzyli z kontrkulturą. Oczywiście mamy również ogromną rolę hip-hopu z Oakland. Bardzo ważną scenę rockową.

Reklama

Więc ta hipisowska mitologia dalej jest, ona jest ważna, ale o aktualnych problemach rejonu zatoki San Francisco – na przykład bezdomności – opowiada się już w inny sposób. Kolejne pokolenia artystów tworzą oczywiście w kontekście dziedzictwa kulturowego i historii kulturowej miasta, ale nie muszą podążać wyłącznie przetartymi już ścieżkami. Spójrzmy na przykład Filadelfii. Taylor Swift pochodzi z Pensylwanii, ale czy nazwalibyśmy ją artystką filadelfijską albo chociaż pensylwańską? Absolutnie nie. Jeśli już szukać jakichś jej związków, to prędzej z Nashville i ogólnie muzycznym południem Stanów Zjednoczonych.

Maciej Smółka: Hipisowska mitologia dalej jest ważna dla San Francisco

To jak brzmi współczesna Filadelfia?

Jako najważniejszy zespół filadelfijski wskazałbym kolektyw muzyczny The Roots. Oni są iście filadelfijscy: z jednej strony hip-hopowi, ale w warstwie muzycznej również jazzowi i soulowi, na dodatek z wykorzystaniem żywych instrumentów, a nie tylko techniki samplingu, co jakoś nam koresponduje z tradycyjnym filadelfijskim brzmieniem. Poza tym, The Roots bardzo mocno w swojej twórczości akcentują historię Filadelfii. Ich słynna płyta „Undun”, bodajże z 2011 roku, jest tego świetnym przykładem. Z jednej strony stanowi opowieść o losach pewnego fikcyjnego bohatera, ale z drugiej: jest to również zbiór osobistych doświadczeń twórców, a także zebranych przez nich relacji. Doskonale nam ta płyta opowiada o realiach życia w Filadelfii sprzed tych kilkunastu lat.

Hip-hop zawładnął całymi Stanami Zjednoczonymi i najwięcej nam dziś o nich mówił?

Reklama

Trochę tak jest. Musimy pamiętać o popularności hip-hopu, jego aktualności i również legitymizacji jako współczesnego języka muzycznego. Hip-hop naprawdę bardzo skutecznie tłumaczy Amerykę właśnie dlatego, że jest osadzony bardzo lokalnie. Niekiedy utwory raperów mówią nam nawet nie o miastach, ale o dzielnicach albo konkretnych ulicach. Więc możemy różnym problemom, z którymi borykają się współcześni Amerykanie, przyglądać się pod mikroskopem.

Z Filadelfii mamy niedaleko do Bostonu.

W przypadku tego miasta naturalnym punktem odniesienia, który musimy wziąć pod uwagę, jest jego irlandzkość. Historię Bostonu jako miasta portowego z tym, moglibyśmy powiedzieć, irlandzkim rodowodem świetnie nam przedstawia zespół Dropkick Murphys. Folkowo-punkowy, ale garściami czerpiący również z irlandzkiej muzyki ludowej. No ale oczywiście – choć nie chciałbym być nudny – na wyróżnienie zasługuje też tamtejszy hip-hop, bardzo ważna scena dla tego miasta, a także rock. Pixies to taki zespół, który tworzył swoją muzykę bardzo specyficznie i chętnie nawiązywał w utworach do swojej bostońskości.

Taylor Swift

Reklama

Taylor Swift

Kansas City jednoznacznie kojarzy się natomiast z jazzem. To aktualne skojarzenie?

Wydaje mi się, że nadal jest bardzo ważny. To jest muzyka definiująca w zasadzie całą historię tego miasta. W ogóle jeżeli spojrzymy na dzieje amerykańskiego jazzu, to Kansas City jest zdecydowanie jednym z kluczowych ośrodków rozwoju tego gatunku. To właśnie tam wielu niezwykle istotnych muzyków wypłynie na szerokie wody. Przede wszystkim jednak powstanie tam cała scena muzyczna, która pozwoli temu jazzowi oddychać i ewoluować. Sięgam teraz do czasów zamierzchłych, lat 20. i 30. minionego stulecia. Ale nawet współcześnie ten jazz cały czas pozostaje w Kansas City bardzo wyrazisty. Nie da się uciec od tak gigantycznego dziedzictwa. Od takich nazwisk jak Count Basie, Charlie Parker, Lester Young. To są ikony, postacie doceniane w podręcznikach historii jazzu. I to na pierwszych stronach.

Jeśli spojrzymy na mapę Stanów Zjednoczonych, to Kansas City jest położone w wyjątkowym miejscu. Jak gdyby na styku północy i południa. To miasto na początku XX wieku rozwijało się w nietypowy sposób, było takim regionalnym wyznacznikiem urbanizacji. Pojawiła się przestrzeń na to, by muzycy – głównie afroamerykańscy – mogli tę muzykę jazzową, a wcześniej ragtime’ową tworzyć. Mam na myśli przestrzeń czysto infrastrukturalną. Całą sieć klubów muzycznych, które były relatywnie otwarte dla afroamerykańskich twórców, biorąc pod uwagę ówczesne realia w Stanach Zjednoczonych. Kansas City stało się takim jazzowym inkubatorem.

Reklama

Pozostały nam jeszcze odwiedziny w Teksasie, więc trzeba chyba powiedzieć nieco więcej o amerykańskim country.

Absolutnie, ale dwie kwestie przychodzą mi tutaj do głowy. Po pierwsze: country to nie tylko Teksas. Ta muzyka jest fenomenem ogólnie amerykańskim, ale jeśli mamy go kojarzyć z konkretnym miastem, to raczej byłoby to Nashville w stanie Tennessee. I w drugą stronę: Teksas to nie tylko country. Długo możemy wymieniać gatunki muzyczne, które się tam szalenie rozwinęły w lokalnym kontekście. Hip-hop, o którym ciągle dzisiaj rozmawiamy, też świetnie o Teksasie opowiada. Ale ten obszar jest również arcyważny dla muzyki rockowej, muzyki psychodelicznej, ale też gospelowej. No i metalowej. Teksas ma fenomenalną scenę metalową. I nad wszystkimi tymi nurtami rozpościera się ten bardzo mocno akcentowany w tamtejszej twórczości aspekt obecności na pograniczu.

Wpływy amerykańsko-meksykańskie, które się w Teksasie przenikają jak chyba nigdzie indziej, znalazły też ujście w muzyce pogranicza, tak zwanej muzyce tejano, zwanej też muzyką tex-mex. Takie grupy jak Mazz czy La Mafia są bardzo głęboko osadzone w teksańskości uwzględniającej bliskość Meksyku. Natomiast country jako gatunek muzyczny faktycznie jest w Teksasie bardzo znaczące, może nawet dominujące. Ponieważ daje ogromną przestrzeń, by opowiadać o historii Teksasu, często przez pryzmat osobistych przeżyć. No bo czym tak naprawdę wyróżnia się country, co jest w nim najważniejsze? Właśnie opowiadanie historii. Dlatego jeśli chcemy Teksas na odległość trochę lepiej poznać i zrozumieć, to dobrze jest zacząć właśnie od posłuchania tamtejszego country.

Ostatnio hitem w USA była piosenka „Choosin’ Texas”, choć piosenkarka Ella Langley jest akurat z Alabamy.

Reklama

Tak, ale teksańskość to jest pewnego rodzaju idea, którą się – również w muzyce – wykorzystuje do przekazywania pewnych treści. Teksas kojarzy się z otwartością, przestrzenią, ale też konserwatyzmem, tradycjonalizmem. Więc sama idea Teksasu bywa wykorzystywana niekoniecznie przez muzyków z tego stanu.

Pewnie gdyby rzeczywiście spróbować odbyć taką objazdową wycieczkę po Stanach Zjednoczonych, z tamtejszą muzyką w centrum zainteresowania, to jako motyw przewodni mógłby posłużyć i hip-hop, i rock, i country…

Absolutnie. Bardzo trudno jest wskazać miasta w Stanach Zjednoczonych – chyba nawet nie ma ani jednego takiego przykładu, a już na pewno nie ma takiego regionu – które byłyby definiowane wyłącznie przez jeden fenomen artystyczny. Niektóre motywy są oczywiście mitologizowane bardziej od innych: grunge w Seattle, hipisi w San Francisco, hip-hop w Nowym Jorku, jazz w Kansas City. Ale to są tylko uproszczenia, które pomagają nam w zrozumieniu danego miejsca, jednocześnie nie mówiąc o nim wszystkiego. Jeśli chcemy naprawdę poznawać Stany Zjednoczone od strony lokalnej, to takie ogólne mity i idee musimy niestety odrzucić. Wtedy dopiero dostrzeżemy, jak bardzo zróżnicowane są te miasta, jak one ewoluowały. I jak się cały czas zmieniają, mimo że ten nacisk na lokalność pozostaje akurat bez zmian.

ROZMAWIAŁ: MICHAŁ KOŁKOWSKI

Reklama

fot. NewsPix.pl

8 komentarzy
Michał Kołkowski

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Mundial 2026

Reklama