Maja Chwalińska już dokonała na Roland Garros rzeczy historycznych. Wygrała w Paryżu osiem meczów, doszła do półfinału jako tenisistka z kwalifikacji, 114. na świecie. Po zakończeniu turnieju będzie co najmniej 30. w rankingu. Historia uczy, że półfinał to najpewniej ta faza, w której powinna odpaść. Ale w meczu z Dianą Sznajder nie stoi na straconej pozycji. Tym bardziej, że w tym turnieju już pokazała, że faworytki pokonywać potrafi.
Maja Chwalińska i turniej jej życia. Czy wejdzie do finału?
Gdyby ktokolwiek przed startem Roland Garros zasugerował, że w półfinale będzie Polka, ale nie będzie to Iga Świątek, trzeba by uznać, że jest to wielki fan Magdy Linette lub Magdaleny Fręch, z naciskiem raczej na tę pierwszą, bo druga ostatnio przeżywała gorszy okres. No i, jeśli o Linette chodzi, to historia nauczyła nas, że półfinał Szlema jest jej w zasięgu. Ale i tak byłaby to opinia skrajnie nierozważna, taka nie do poparcia w faktach.
Gdyby dodał, że Polką w półfinale będzie Maja Chwalińska, należałoby go – łagodnie rzecz ujmując – uznać za człowieka niespełna rozumu.
Dla Mai celem miał być sam awans do turnieju (i był), a przy dobrym losowaniu – wygrana, może dwie. W Wielkim Szlemie grała wcześniej przecież tylko dwa razy, nigdy nie awansowała dalej niż do drugiej rundy. Nie była też jeszcze w najlepszej setce rankingu WTA. Wiadomym było od lat, że ma talent, ale też, że trudno jej go z wielu powodów w pełni zrealizować. Tak więc samo to, że miałaby zagrać w głównej drabince, już byłoby dobrym rezultatem. Serio.
Zresztą, przypomnijcie sobie – jeśli śledzicie ten turniej od początku – wasze reakcje po pierwszych meczach Mai. Wygrane kwalifikacje to zapewne radość i bardzo sympatyczny moment. Pokonanie Qinwen Zheng tę radość musiało spotęgować. Przed meczem z Elise Mertens zapewne było pogodzenie się z tym, że Belgijka powinna wygrać, a po nim – euforia. Oto Maja robiła życiówkę, stając się kolejną Polką w trzeciej rundzie turnieju wielkoszlemowego. Wygrana nad Marią Sakkari była już okraszona pewnym niedowierzaniem, a równocześnie poczuciem, że to wszystko rozwija się w coś dużego.
I wtedy zaczęły się też zmieniać emocje.
Przed spotkaniem z Diane Parry wiara w narodzie była już bardzo duża. Bo drabinka pomagała. I Maja z tej pomocy skorzystała. Więc znów: radość i nadzieja, że Annę Kalinską w ćwierćfinale też da się pokonać. Odeszło za to gdzieś niedowierzanie. W moim przypadku zmniejszyła się też euforia, gdy Polka faktycznie Rosjankę pokonała. Zmniejszyła, bo… kurczę, czułem od początku tego meczu wewnętrzne przekonanie, że to jest do zrobienia. I Maja – nawet gdy straciła kilka gemów – mnie tego przekonania nie pozbawiła.
Kiedy więc wygrała, czułem, jakby stało się coś, co stać się miało. Podobnie było z Igą Świątek w 2020 roku, tyle że tam jednak utrzymywała się ta możliwość zdobycia pierwszego singlowego Szlema dla Polski, ona generowała więcej stresu. A poza tym Idze wróżono, że faktycznie będzie te Szlemy wygrywać, więc było też swego rodzaju oczekiwanie. U Chwalińskiej – w tym momencie – oczekiwań już nie ma. Jest radość, jest swego rodzaju flow, jest po prostu wdzięczność, że gra jak gra i daje nam takie emocje.
Czy zdoła to zrobić nie tylko dziś, ale i w sobotę?
Rywalka niespodziewana
Diana Sznajder po drugiej stronie siatki. 23. przed startem tego turnieju tenisistka świata. Leworęczna, jak Maja. Wciąż na dorobku, choć od kilku lat w szerokiej światowej czołówce… ale młodsza od Chwalińskiej. Zresztą Maja, 24-letnia, jest w stawce półfinalistek najstarsza, choć paradoksalnie doświadczenia z dużych turniejów ma najmniej. W każdym razie: Sznajder to jedna z tego szerokiego grona zawodniczek, co weszły na pewien poziom i nieco na nim przystanęły.
Najwyżej w karierze była 11. na świecie, nieco ponad rok temu. Potem jednak nieco spadła jej forma, nie obroniła wielu punktów i zleciała nieco w rankingu. Ten rok też na razie nie należał do jej najlepszych. Daleko mu do przełomowego 2024 (5 finałów turniejów WTA, 4 wygrane) czy też poprzedniego sezonu – wygrany jeden turniej WTA 500, ale też dwa półfinały Szlemów w deblu. Bo deblistką Sznajder, warto to podkreślić, jest utalentowaną. W parze z Mirrą Andriejewą zdobyła nawet srebrny medal na igrzyskach w Paryżu.
A teraz obie są o krok od finału Roland Garros. Mirra za moment zacznie mecz z Martą Kostiuk, Diana po jej spotkaniu wyjdzie na starcie z Mają Chwalińską.
Ciekawe ma Sznajder korzenie rodzinne. Jej ojciec był bokserem (a dziś pracuje jako prawnik), a jego rodzina pochodzi z terenu Niemiec, ale sprowadziła się do Rosji jeszcze w XVIII wieku, w ramach osadnictwa, do którego zachęcała Katarzyna Wielka. Stąd nazwisko, wyraźnie niemieckie właśnie. W tenisa Diana gra od 4. roku życia, początkowo trenowała w Moskwie, ale w 2022 roku wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Początkowo grała na uniwersytecie, jednak po roku zrezygnowała i zaczęła rywalizować w tourze.
Wyszło, że był to słuszny wybór. Diana ledwie rok później przebiła się do światowej czołówki i stała się rozpoznawalna. Również przez bandanę, chustę, którą nosi na głowie. To przyzwyczajenie z dzieciństwa, woli chustkę od czapek, ale u zawodowych tenisistek jest to widok co najmniej rzadki. Niemniej – zapada w pamięć. Zwłaszcza, gdy taka dziewczyna w chuście ogrywa liderkę światowego rankingu, a tak to było właśnie wczoraj w ćwierćfinale, kiedy Diana odprawiła Arynę Sabalenkę.
Ta wygrana tak naprawdę… nie powinna mieć miejsca.
Białorusinka miała bowiem wszystko w swoich rękach. Wygrała pierwszego seta. W drugim prowadziła z podwójnym przełamaniem, a potem z pojedynczym, ale 5:3. Serwowała na seta. A przegrała… 10 gemów z rzędu. Potem mówiła, że nic w jej grze wtedy nie działało. I było to widać na korcie. Sznajder z kolei wyczuła ten moment, dołożyła, zaczęła grać dokładnie, precyzyjnie, zmuszała Arynę do biegania. Pokazała jak jest groźna i jak potrafi wykorzystać moment słabości. A także – że nie rezygnuje i walczy do końca.
Teraz, w teorii, czeka ją łatwiejsze wyzwanie. Ale jak to będzie w praktyce?
Kto ma lepszą lewą rękę?
Leworęczne tenisistki stosunkowo rzadko mają okazję grać z innymi leworęcznymi tenisistkami. Wiecie, zwykła statystyka – jest ich po prostu mniej, do tego dochodzi kwestia losowań i tak to wychodzi. Dlatego i Maja, i Diana mogą być tego spotkania ciekawe. Diana pewnie bardziej, bo Chwalińska gra w sposób znacznie mniej „typowy”, a który już w teorii świat tenisa poznał. Choć co mecz nieco zdaje się tym stylem „rotować”. Raz to moon balle, raz jednak szybsze prowadzenie gry, innym razem więcej skrótów i slajsów.
Świetnie te ostatnie sprawdziły się np. w ćwierćfinale z Kalinską, szczególnie, że wiatr im „pomagał”, często je gasząc.
Sznajder może nie dać się jednak tak łatwo zaskoczyć. Po pierwsze: Rosjanka świetnie się porusza i jest wygimnastykowana. Ma przeszłość w tańcu i boksie, lubi łyżwiarstwo figurowe, więc to nie dziwi. Po drugie: regularnie podkreśla się, że to jedna z tych tenisistek, co na korcie myślą. Bardzo dobra taktycznie, potrafi przewidywać zagrania rywalki i odpowiednio rozplanować własną akcję. Po trzecie: sporo ma mocy w forehandzie, ale to nie taki forehand jakim straszyć miała Kalinska. Więcej w nim rotacji, jest różnorodny, potrafi Diana ładnie piłką zawinąć.
Ze wszystkich tenisistek, z którym Maja do tej pory grała, to Sznajder zdaje się najlepiej predestynowana do tego, by odnaleźć klucz do gry Polki.
Czy jednak to zrobi? A to już zupełnie inna sprawa. Bo to jak gra Chwalińska w tym turnieju to trochę taki wgląd do innej ery, kilka dekad do tyłu. To wtedy tak mieszano rotacjami, wtedy używano tyle slajsa, wtedy grano wysoko pod koniec kortu. Dziś – w erze znacznie bardziej fizycznej – to rzecz nieco zapomniana. I nie dziwi, że Maja tak potrafi uprzykrzać życie rywalkom tego typu grą. Możliwe, że to jedyny turniej, na którym to działa, może w kolejnych już się do tego przyzwyczają. Tym bardziej warto byłoby skorzystać.
To nie będzie jednak łatwy mecz, a przynajmniej nie powinien. Sznajder jest dodatkowo nakręcona wygraną nad Sabalenką. Ale Maja wchodzi na ten kort w tym turnieju i niczym się nie przejmuje, po prostu robi swoje. Miejmy nadzieję, że nie przejmuje się też historią, bo jeśli o erę open w tenisie chodzi, to do tej pory 10 razy ktoś z kwalifikacji dochodził do wielkoszlemowego półfinału. I tylko raz wszedł do finału. A właściwie – weszła. Bo zrobiła to Emma Raducanu na US Open 2021, wygrywając cały turniej.
Czyli mimo wszystko jest wyjątek, precedens. Można spróbować do niego nawiązać. I zagrać tak, jak w poprzednich ośmiu meczach jeszcze raz.
Albo i dwa.
SEBASTIAN WARZECHA
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix