No dobra chłopaki, to jeszcze walniemy po karniaczku i idziemy do domu. Z takiego założenia wyszły zespoły Texom Eurobus Przemyśl i Rekordu Bielsko-Biała i to w obu weekendowych półfinałach. Pamiętacie może jak Luis van Gaal na MŚ 2014 zmienił Jaspera Cilessena na Tima Krula w konkursie rzutów karnych? Vanildo Neto zrobił tak samo i też miał swojego – nomen omen – króla. Na koronę zasłużył doświadczony Roman Kołtok. W finale jest też Piast Gliwice, ale on załatwił sprawę szybko i sprawnie.
W pierwszych półfinałach FOGO Futsal Ekstraklasy gospodarze byli bardzo hojni. Rozłożyli stoły i kazali się częstować czym chata bogata. No to Piast i Texom Eurobus takiej okazji nie przepuścili, grzecznie się ukłonili i skorzystali z tej gościnności. Pozostawało już tylko zapewnić sobie awans do finału na własnym parkiecie, a okazje do tego mieli po dwie. Piast wykorzystał już tę pierwszą i przyklepał wynik 2:0 w dwumeczu.
Ale w drugim półfinale emocji było dużo więcej. Nie ma większych niż rzuty karne, a tam dostaliśmy je dwukrotnie dzień po dniu!
PIAST GLIWICE – CONSTRACT LUBAWA 5:3 (1:2)
Piast uznał, że ma umówioną godzinę w urzędzie i chce tu szybko podbić pieczątkę awansu. Indywidualną przewagę potrafili zrobić raz Jani Korpela, innym razem Dill, ale tego pierwszego powstrzymał bramkarz Roberto Gozi, a drugi kopnął obok bramki. Z woleja spudłował też Berto Bertoline. Potem Miguel Pegacha w ostatniej chwili został zatrzymany przez Goziego. No działo się. Walną gola już zaraz? Za minutę? Może za dwie? Zbliżało się to nieuchronnie. Constract Lubawa wiedział, że sytuacja nie wygląda dobrze. Czekał tylko aż mama wróci z wywiadówki i będzie ochrzan za dwie pały z matmy.
A tu proszę, niespodzianka! Zawsze trzeba mieć nadzieję! Mama na wywiadówkę nie dojechała, bo po drodze złapała kapcia! Piast doświadczył logiki Football Managera. Ni z gruszki, ni z pietruszki Gabriel Rinaldin huknął po rzucie rożnym. Constract objął prowadzenie, nastawił się na kontrę i rzeczywiście był groźny. Kaniewski przegrał pojedynek sam na sam z Michałem Widuchem, ale taka akcja jest dużo trudniejsza do finalizacji niż na trawie. Rinaldin za to chyba sam pompował piłki w szatni, bo siedziały mu one na nodze niesamowicie. Był bliski jakże pięknej bramki numer dwa, ale pech to mało powiedziane. Piłka odbiła się od poprzeczki i od słupka.
Constract się nakręcił, chociaż akurat gola strzelił w z pozoru niegroźnej sytuacji. Nikt normalny pewnie nie myślał, że Kacper Sendlewski zasłaniający piłkę gdzieś tam w ciemnym kącie wymyśli więcej niż wywalczenie autu. A on okiwał rywala i kopnął piłkę w taki sposób, że minęła ona dwóch obrońców i bramkarza, nabijając w zasadzie stojącego metr od bramki Pawła Kaniewskiego. Jak to w ogóle przeszło?! Piłkarze patrzyli tylko po sobie, kto w tej sytuacji zawinił. Wszyscy po trochu.
Piast Gliwice zareagował jak ten gościu z padem w ręku w popularnym rysunku. Zmienił postawę na pochyloną. Teraz dopiero zobaczycie. Goście byli już myślami w szatni i dostali otrzeźwiacza od Breno Bertoline na 14 sekund przed syreną. Musiało zaboleć, bo napędziło to Piasta. Cztery minuty po przerwie gola Lazzarrettim strzelił Tomasz Kriezel. Tak, dobrze czytacie, strzelił kolegą gola. Trochę przypomina się ten:
Chociaż trzeba oddać Brazylijczykowi, że nie zrobił tego tak od niechcenia jak Balotelli, a po prostu wybrał najkorzystniejszy dla siebie wariant i sprytnie skręcił ciało, że wyszedł z tego precyzyjny strzał. Stary cwaniak Lazzaretti musiał kiedyś chodzić po podstawówce i walić kolegów z bara, bo mniej więcej taki tu wykonał ruch. Przydało się.
Jak już Piast zmienił pozycje przy konsoli, to zrobił się konkretny. Kluczowym momentem okazała się sytuacja z 26. minuty. Po analizie VAR arbitrzy pokazali czerwoną kartkę Pedro Pereirze za faul na Viniciusie Lazzarettim. To oznaczało dwuminutową grę w przewadze. No i 50 sekund wystarczyło, żeby Lazzarretti trafił na 3:2. A potem goście się posypali. Nawet i Gozi, który trzymał swój zespół przy życiu na początku, poślizgnął się i właśnie tych setnych sekundy zabrakło mu do interwencji po strzale Juninho. Uwaga, ważne i do zanotowania – asysta od Lazzarrettiego. Goście atakowali, wycofali bramkarza, a to skończyło się ładnym lobem Bertoline na 5:2. Rozmiary porażki zmniejszył jeszcze tylko z karnego Szymon Licznerski.
Obrońcy Piasta okazali się niespełnionymi bramkarzami. Pozazdrościli Michałowi Widuchowi i też chcieli się porzucać. Mówiąc poważniej, warto wyróżnić ich podwójną, ofiarną interwencję w defensywie. Najpierw Pegacha, a potem Bertoline rzucili się pod nogi przeciwnikowi z piłką. Przez chwilę było groźnie, ale Gliwiczanie mogli spokojnie popijać herbatę, bo dowieźli zwycięstwo bezstresowo.
Wszystko by się Constractowi udało, gdyby nie ten wścibski Lazzaretti…
Bramki: Bertoline 20’, 33’, Lazzaretti 24’, 27’, Juninho 28’ – Sendlewski 8’, Kaniewski 19’, Licznerski 34’
Stan rywalizacji do dwóch zwycięstw: 2:0
TEXOM EUROBUS PRZEMYŚL – REKORD BIELSKO-BIAŁA 3:3 (2:2, 1:1 d.), k. 4:5
– To jest półfinał? To jakaś popierdółka, a nie półfinał – można sobie było pomyśleć o meczu Piasta, widząc rozstrzygnięcia w tym drugim, który dostarczył takich emocji, że aż się wszystkim prawie łysym elektryzowały ostatnie włosy na głowie i to bez potarcia o sweter.
Na początku Krzysztof Iwanek i Michał Kałuża przynieśli ze sobą cegły, zaprawę, każdy zaparkował swoją betoniarkę. Byli bardziej nie do skruszenia niż PZPN-owscy baronowie! Dopiero niespodziewanie Miguel Kenji tak zatańczył brazylijską sambę z przeciwnikiem, że nawet bardzo surowa Ivona Pavlović dałaby mu za to z ósemkę. Po efektownym golu poklepał się jeszcze w klatkę piersiową, potwierdzając, że to strzelił właśnie on, a nie ten kolega obok. Spokojnie, panie Miguel, widzieliśmy, że to był pan!
Michał Kałuża postawił sobie za cel, żeby zdenerwować wszystkich, którzy włączyli ten mecz dla goli. Na szczęście potem się zlitował i przypomniał sobie, że nie można być tak nieeleganckim jak Wakabayashi z „Kapitana Tsubasy” i odbijać wszystko, co leci w jego stronę. Wreszcie wpuścił gola, choć warto dopowiedzieć, że musiała do tego doprowadzić gra w osłabieniu. Kałuża pomyślał, że skoro jednego wpuścił, to sobie też jednego strzeli, bo kto mu zabroni? Wykorzystał błąd swojego vis-a-vis, no i kopnął piłkę z ręki.
Eurobus musiał wziąć się do odrabiania. Wycofał bramkarza i grał po obwodzie piłką tak szybko, że każde mrugnięcie oczami to było jedno podanie. Ale Michał Kałuża wodził wzrokiem za piłką jak pies za kiełbasą. Co też on wyczyniał! Bronił wszystko – strzały z bliska, petardy z dalszej odległości, sytuacje po zamieszaniu. Miał też zwyczajnie szczęście, bo np. Semenczenko obił słupek. Cały plan zawalił Mikołaj Zastawnik, bo w niegroźnej sytuacji sfaulował przeciwnika na rzut karny, który wykorzystał Henrique Diniz. No to dogrywka.

A w niej znów błysnął Kenji, choć tym razem bura należy się za krycie. Stał na tzw. sępa jak w meczu z kolegami na podwórku i czekał na podanie. Krycie na radar to w tym przypadku mało powiedziane. Różnica pomiędzy bramkarzem a napastnikiem jest taka, że ten pierwszy może mieć 10 interwencji klasy światowej, a wpuścić totalnego kasztana i będzie się pamiętać niestety to drugie. Napastnik – jak Danyił Abakszyn – może być rażąco nieskuteczny, próbować, kombinować, wydziwiać, strzelać i wszystko marnować, ale wystarczy, że na 45 sekund przed końcem syreny dołoży głowę i pach – bohater! Taki urok! Gospodarze aż trzy razy odrabiali stratę.
- 0:1
- 1:1
- 1:2
- 2:2
- 2:3
- 3:3
Na dziesięć prób z karnych tylko jedna zakończyła się niepowodzeniem. Trezeguetem z 2006 roku został Diniz. Z tą jednak różnicą, że nie obił poprzeczki, a przegrał pojedynek z Kałużą. Rekord wygrał, ale był to awans im. Michała Kałuży. Nie dość, że obronił w meczu 27 strzałów, sam strzelił gola, to jeszcze został bohaterem karniaków. On tam wyprawiał WSZYSTKO. No dobra, jedno małe zastrzeżenie. Może brakowało, żeby zrobił scorpion kick jak Rene Higuita na Wembley. Wtedy byłby to pełny występ.
Bramki w pierwszym meczu: Diniz 34’, 39’, Abakszyn 50’ – Kenji 16’, 43’, Kałuża 35’
Stan rywalizacji do dwóch zwycięstw: 1:1
TEXOM EUROBUS PRZEMYŚL – REKORD BIELSKO-BIAŁA 2:2 (2:2, 0:0 d.), k. 3:0
Nie no, więcej emocji niż w pierwszym meczu to na pewno nie mogliśmy przeżyć. Doprawdy? Michał Kałuża w pierwszym meczu miał 27 interwencji, natomiast w drugim już dużo mniej, ale za to bardziej spektakularne. Rzucał się pod nogi, bronił też efektownie rękoma. Ani Ruben Santos, ani Nazar Szwed nie byli w stanie go pokonać.
Przez ponad 15 minut utrzymywał się bezbramkowy rezultat, aż się uruchomił Kenji. Znowu okazał się tym, który przyniósł swój głośnik i rozkręcił imprezę. Zabrał piłkę Semenczence, pognał na bramkę rywali i został sfaulowany. A i to nie wszystko, bo przy rzucie wolnym zamarkował strzał, przeciwnicy trochę zgłupieli, a Franco Spellanzon strzelił na 1:0. Swoją drogą, zastanawia nas ustawienie obrony i bramkarza, ale chyba wiemy o co chodzi. Krzysztof Iwanek świadomie zostawił taką dziurę, że można by było rzucić piłką lekarską i by tamtędy przeszła. W ostatniej chwili postanowił doskoczyć i zablokować tę przestrzeń. No ale nie zdążył.

Drugi półfinał i drugi raz ta sama historia – gospodarze musieli odrabiać. Ale tu zrobili to błyskawicznie – pierwszy gol padł na 2:26 do końca połowy, drugi na 1:34. A to oznacza, że dzieliły je 62 sekundy. Rekord też pokazał, że umie odrabiać straty. Na trzy minuty przed końcem spotkania świetną akcję przeprowadził Guilherme Kadu. Dogrywka! Znowu!
Ta nie przyniosła żadnych trafień. No to mieliśmy rzuty karne. A tam na scenę wszedł aktor, po którym takiego performance’u byście się nie spodziewali. Wyobraźcie sobie gwiazdorską obsadę z Matthew McConaugheyem, Timothee Chalametem, Leonardo DiCaprio, którzy popisują się kunsztem w kolejnych scenach, a tu się okazuje, że najlepiej zagrał ten facet, którego nazwiska nie kojarzysz, ale zrobił kozacki napad na supermarket. I to on, a nie DiCaprio trafia potem do mainstreamu.
Ten aktor jednej sceny to 38-letni Roman Kołtok. Odbił kolejno strzały Budniaka, Kenjiego i Vareli. Rekordziści strzelali karne jak Szwajcarzy na mundialu w 2006 roku. Tak, że nie trafili ani razu i odpadli. Ale za emocje możemy podziękować. Przedwczesny finał? Na 95% tak. Trudno przypuszczać, żeby finały przebiły tę emocjonalną jazdę bez trzymanki.
Bramki w drugim meczu: Cecilio 18’, Correira 19’ – Spellanzon 16’, Kadu 37’
Stan rywalizacji do dwóch zwycięstw: 2:1
Fot. FOGO Futsal Ekstraklasa