Można napisać o tym sucho: Wisła Kraków po czterech latach wróciła do Ekstraklasy. Tylko, że to zdanie nie oddaje nawet ułamka prawdy o tym, co przeszła Biała Gwiazda i jej kibice. Za tym awansem kryją się lata przeplatania wielkich oczekiwań z jeszcze większymi zawodami. Dla fanów Wisły piątkowy wieczór to rekompensata za liczne niepowodzenia ligowe. Poniższy tekst to zapis dnia, z którym część kibiców może się utożsamiać.
Zapis oczekiwania.
Poranek przed meczem
8 rano. Budzik. Cytując klasyka, nastał dzień dzisiejszy. Za 13 godzin rozpocznie się mecz Wisły Kraków z Chrobrym Głogów. Za ok. 15 godzin może rozpocząć się wielka feta, połączona ze sporym głazem spadającym z serca wielu kibiców Białej Gwiazdy.
Człowiek się zamyślił, ale trzeba wstać, ogarnąć się i popracować, tzn. napisać kilka newsów. Część mnie pisała o konflikcie na linii kibice – piłkarze Strasbourga, a druga część mnie patrzyła na godzinę w prawym dolnym rogu ekranu i wyczekiwała.
12 godzin. 11. 10.
W tle pojawiały mi się filmiki w mediach społecznościowych, które tylko potęgowały uczucie wyczekiwania. Filmiki z płaczącym Kazimierzem Kmiecikiem, załamanymi piłkarzami Wisły po porażce z Radomiakiem Radom, która przypieczętowała jej spadek. Ponownie patrzę na zegarek.
Jeszcze 9 godzin.
Mija trochę czasu. Nareszcie koniec pracy. Coś przekąszę i zrobię jakieś zadania na studia. Wyciągam jedzenie z lodówki, patrzę na mikrofalówkę, a na niej godzina – 15:00. Jeszcze 6 godzin.
W międzyczasie oczywiście włączam media społecznościowe, widzę kolejne posty o Wiśle. „Wisła on Fire”. O tym, że ktoś przeskoczy płot tylko po to, by dostać się na murawę po ostatnim gwizdku. O tym, jak bardzo te cztery lata zjednoczyły społeczność kibicowską.
Ponownie patrzę na zegarek. Jeszcze 3 godziny. Trzeba wyjść z domu, bo będą spore korki. W końcu na meczu pojawi się 33 tysiące osób. Komplet. I to w centrum miasta, w dzień roboczy. Trzeba wyjść wcześniej, żeby bez stresu dotrzeć na miejsce.
Pakuję laptop, telefon, ładowarki, w międzyczasie wysyłam znajomym pytanie, jak nastroje przed meczem. Wsiadam do auta, ponownie patrzę na zegarek. Jeszcze 2,5 godziny.
CZEKAMY! 🫡 pic.twitter.com/DU1exv02It
— Wisła Kraków (@WislaKrakowSA) May 8, 2026
Kilka godzin przed meczem
Ruszam w drogę. Oczywiście, zero zaskoczenia – korki na głównej wlotówce z północy do centrum. Na szczęście nie muszę pchać się na zakorkowaną ul. Reymonta, mam wyczajony spocik parkingowy, którego zdradzać nie będę, bo dalej zamierzam z niego korzystać. Dojeżdżam na miejsce. Jeszcze 90 minut.
Kieruję się w stronę stadionu. Po chwili mijam okolicznego kebaba i bary. Kibice Wisły siedzą na zewnątrz, uśmiechnięci, pozytywnie nastawieni. Rozmawiają nie tylko o meczu, ale i o sytuacji Realu Madryt i kłótni Valverde z Tchouamenim, o tym, że pół Ekstraklasy może spaść z ligi. Kilka dni wcześniej też szedłem tą drogą, mijałem wówczas kibiców Szachtara i Crystal Palace. Fanów Chrobrego niestety w piątek nie spotkałem.
Szkoda.
Mijam klasyczną kolejkę do pewnego sklepu spożywczego z zielonym logo, która wychodziła na ulicę, i jestem już pod stadionem. Patrzę na zegarek. 1,5 godziny do meczu. Kupuję dwa obwarzanki, 3 zł za każdy – w sumie dobra cena jak na tę lokalizację. Mijam kolejnych kibiców.
Niektórzy pytają stewardów, gdzie jest ich sektor. Część w ogóle nie jest kibicami, tylko chce skorzystać z pięknego piątkowego wieczoru i udać się do pobliskiego parku. Oczywiście nie brakuje także kibiców zbierających na oprawy.
Patrzę w telefon. Powiadomienia. Odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie o nastrój.
„Poddenerwowanie, że w końcu możemy wrócić”.
„Spokój, chyba remis na luzie wleci”.
Dwie jakże odmienne, ale zrozumiałe reakcje. Coś odpisuję, jakaś gadka-szmatka, mijam kolejne sektory, jakieś wycieczki, wchodzę do pawilonu medialnego, odbieram akredytację i klasycznie wchodzę po schodach cztery piętra, choć mam do wyboru windę.
Godzina przed meczem
Dochodzę do sektora prasowego – jest dosyć wcześnie. Widzę znajome twarze, które pojawiały się przy okazji wcześniejszych meczów domowych Wisły. Niby człowiek mógłby zagadać, ale introwertyczna dusza jednak wygrywa. Wysyłam zatem wiadomość do dziewczyny z prośbą o przyszykowanie szampana w domu.
Mijają kolejne minuty, stadion Wisły powoli się zapełnia. Jest już przygotowany transparent – „11. Przykazanie – wierność Wiśle i oddanie”. Jeszcze 60 minut do meczu.
Kolejni zawodnicy wychodzą na rozgrzewkę. Klasycznie – najpierw bramkarze. Ci z Wisły przywitani brawami, ci z Chrobrego gwizdami. Głośnymi gwizdami. Dawno takich nie słyszałem, a, umówmy się, Chrobry to nie jest wróg publiczny kibiców Wisły numer 1.
Następnie wychodzą piłkarze z pola jednej i drugiej drużyny. Zanim klasyczna rozgrzewka – piłkarze mieli za zadanie wykopać 120 piłek z herbem klubu i logo sponsora w trybuny. Niektórzy piłkarze nie dokopali nawet do trybuny. Niektórzy kopnęli na tyle mocno, że kibice nie zdążyli zareagować i oberwali w głowę. Ostatecznie jednak piłki rozdano, obyło się bez strat w ludziach. Patrzę na zegarek. Jeszcze 35 minut do meczu.
Kolejne osoby przychodzą na stadion. Słyszę kolejne rozmowy – starszego pana z nastolatkiem. Dzisiaj będzie awans – słyszę. Jest wiara. Jest nadzieja, wyczekiwanie. Do meczu jeszcze 30 minut.
Nawiązuję small talk z siedzącym tuż obok pracownikiem zakładów bukmacherskich.
– Jest duża publiczność, wyczekiwanie, nic się nie zepsuje, Wisła dzisiaj awansuje. Stawiam 2:1 – mówi mi z obiektywnego punktu widzenia. Może i ma rację. Może i taki obiektywny punkt widzenia się przyda, że nic nie powinno się wykrzaczyć. Przez ostatnie tygodnie człowiek czuł się dziwnie. Z jednej strony patrzył na Wisłę, która nie wyglądała rewelacyjnie, ale nie wyglądała też źle. Punktowała po prostu solidnie. Te procenty na awans cały czas oscylowały w okolicach 95-99%. Ale wciąż człowiek nie miał pewności, czy się uda.
Do meczu jeszcze 20 minut
Schodzą się dziennikarze z innych stacji. Dziennikarze, których nie widywałem wcześniej przy okazji meczów Wisły. To dodaje rangi wydarzeniu, człowiek jest bardziej podekscytowany. Do meczu jeszcze kilkanaście minut.
Trwa wyczytywanie składów. Najgłośniej kibice krzyknęli w momencie, gdy na telebimie wyświetlała się postać Frederico Duarte. Bohatera z Rzeszowa. Bohatera pod nieobecność Angela Rodado. Czy znowu będzie bohaterem? Ponownie patrzę na zegarek. Jeszcze 10 minut.
GOTOWOŚĆ JEST 🔥 pic.twitter.com/2Tx7Hw30zL
— Wisła Kraków (@WislaKrakowSA) May 8, 2026
W tle leci już Vangelis i jego Conquest of Paradise. Leci i leci i leci, niektórzy kibice intonują już przyśpiewki. Patrzę na Mateusza Borka i Grzegorza Mielcarskiego siedzących trzy rzędy pode mną. Też czekają, też chcą zobaczyć świetne widowisko. Nieco wyżej siedzą inni dziennikarze – niezaznajomieni ze stadionem Wisły i z internetem na nim, który raz działa, a raz nie. W piątek akurat nie działał.
Wciąż słyszę Vangelisa. Boże, ile to trwa. Do meczu jeszcze pięć minut.
W końcu. Wychodzą. Trwa hymn. Jest oprawa z Jezusem, później, już w trakcie meczu, zostaną odpalone dodatkowo środki pirotechniczne. Oprawa? Kwestia gustu. Mnie się podobała. Ale chyba nie jestem najobiektywniejszy pod tym względem.
Pierwszy gwizdek arbitra. Ruszyli. W końcu, po 1454 dniach, Wisła może awansować.
Początek meczu Wisła – Chrobry
Druga minuta. Jak w Rzeszowie. Ertlthaler ma świetną okazję – zablokowany. Potem strzał Bozicia – niecelny. Żeby to się nie zemściło, żeby to się nie zemściło – myślę sobie w duchu. Chwilę później strzał Janczukowicza z przewrotki. Bardzo, bardzo nieudany.
Mijają kolejne minuty. Doping rewelacyjny. Atmosfera święta na całego. Wyczekiwanie tylko na udokumentowanie przewagi Wisły. Nadeszło.
Duarte dośrodkował, Lelieveld wykończył. Pora na odliczanie w drugą stronę. 75 minut do awansu. Do zwycięstwa.
Człowiek patrzył na grę piłkarzy Wisły i czuł spokój. Był polot, pewność, doskok. Nawet gdy ktoś tracił piłkę na własnej połowie, od razu była reakcja, odbiór. Jeśli nie było, zawodnicy Chrobrego i tak strzelali Panu Bogu w okno.
A kibice śpiewali.
„Nadeszła wiosna i lepsze czasy, powróci nasza Wisełka w szeregi Ekstraklasy”.
„Wisła to jest potęga…”.
„Jazda, jazda, jazda…”.
I takie tam.
Przerwa. 1:0. 45 minut do awansu. Na murawie pojawiają się byli wiślacy – Semir Stilić oraz Marcelo – oczywiście bardzo serdecznie pozdrowieni. Chwilę później konkurs. Jeden z kibiców wygrał 10 tysięcy złotych, bo z 50 metrów trafił do hokejowej bramki. Nagle słyszę powiadomienie.
„Super się to ogląda”. Dostaję taką wiadomość. Trudno się nie zgodzić. Ale trzeba było to jeszcze utrzymać. Jeszcze te trzy kwadranse.
Druga połowa meczu
Dobrze wejść w drugą połowę – myślę sobie.
Lepiej się nie dało. Marko Bozić. 2:0. 42 minuty do awansu.
42 minuty do jednego z dwóch najpiękniejszych momentów w kibicowskiej przygodzie, obok Pucharu Polski sprzed dwóch lat. Niby niektóre osoby pamiętające erę Bogusława Cupiała twierdzą, że awansu do Ekstraklasy nie należy świętować, bo to obowiązek. Nie zgadzam się. Nie dla kogoś, kto dominującą w lidze Wisłę widział po raz pierwszy dopiero w tym sezonie.
Kolejne minuty. Kolejne przyśpiewki.
„Stadion w ekstazie. Wisła (Kraków/znowu) w Ekstraklasie”
Meksykańska fala.
„Tak się bawi Wisełka”
Mijają kolejne minuty. Nic się na boisku nie zmienia. Dalej jest pełna kontrola. Dalej Chrobry nie potrafi zagrozić bramce Letkiewicza. 20 minut do końca.
15.
10.
5.
Wchodzi na boisko Rafał Mikulec. Myślę sobie: Co za piękna historia – piłkarz, który w ubiegłorocznym meczu o awans doznał paskudnego złamania nogi, może dzisiaj dołożyć cegiełkę do awansu. Niedługo potem dostaje żółtą kartkę, a sędzia zostaje za to wygwizdany przez trybuny.
Kolejne minuty mijają. Jeszcze sekundy. Trzy minuty doliczone.
Koniec!
Koniec!
GOTOWOŚĆ JEST 🔥 pic.twitter.com/2Tx7Hw30zL
— Wisła Kraków (@WislaKrakowSA) May 8, 2026
Człowiek z trudem powstrzymuje łzy. Nawet teraz, pisząc te słowa, kropelka kapnęła na stolik.
Kibice odpalają race, z głośników leci „Freed from Desire”. Oczywiście radość, euforia.
„Jest pięknie”.
Feta z okazji awansu
Następnie słyszę: „Mariusz Jop alalala”. Taka przyśpiewka powinna być co mecz. Po każdym remisie pojawiały mi się przed oczami wpisy nawołujące do jego zwolnienia. Bo Wisła nie punktuje jak wcześniej. Ponieważ gra mniej efektownie. Bo to, bo tamto. Ludzie – dajcie mu czas i zaufanie, bo na to zasłużył.
Człowiek wysłał pomeczówkę na stronę i udał się do sali konferencyjnej. Czekał tam już Łukasz Becella. Pochwalił Wisłę, pogratulował, wyszedł. Wszedł Mariusz Jop, zaraz za nim piłkarze Wisły. Chaos, euforia, radość. Potem zawodnicy wyszli, była normalna część konferencji, a następnie uściskiwanie się i podziękowania trenerowi za awans. Sporo materiału będzie – mówi mi kolega z innej redakcji.
Wychodzę ze stadionu około północy. Jaka cisza. Jaki spokój. Jeszcze godzinę temu było tu tak głośno. Wracam do auta, mijam kolejne kluby i bary. Mimo że nikogo nie widać, słychać wiślackie przyśpiewki. Ci to jeszcze długo nie pójdą spać – myślę sobie.
Wchodzę do auta, włączam na cały regulator Freed from Desire, no bo co innego. Dodaję do kolejki kilka razy. Wracam do domu.
Tam otwieram szampana, odpalam laptopa, zaczynam pisać.
Kończę pisać około czwartej nad ranem. Pięć godzin po meczu. Pewnie skończyłbym wcześniej, gdyby nie kolejne filmiki z szatni Wisły.
Pójdę spać wzruszony. Spełniony. Radosny.
GOTOWOŚĆ JEST 🔥 pic.twitter.com/2Tx7Hw30zL
— Wisła Kraków (@WislaKrakowSA) May 8, 2026
Bo pewien klub wygrał po raz n-ty w tym sezonie. Niby mecz jakich wiele, ale ten konkretny zakończył długą, usłaną wieloma smutnymi chwilami, podróż.
I w końcu.
Zegar przestał tykać.
CZYTAJ WIĘCEJ O BETCLIC 1. LIDZE:
- Rycerze Wiosny naprawdę nimi są! Na Piaseckim do awansu
- Hit! Śląsk ogłosił przedłużenie kontraktu na gorszych warunkach
- Wieczysta to kryzysowa narzeczona. Co ją czeka? [PATOLIGA]
Fot. Newspix