O jeden mecz od marzeń. Polacy lepsi od Japonii

Sebastian Warzecha

07 maja 2026, 22:35 • 5 min czytania 11

Reklama
O jeden mecz od marzeń. Polacy lepsi od Japonii

Polscy hokeiści po dwóch porażkach z Francuzami i Kazachstanem mieli wreszcie wygrać. I wygrali, choć mecz z Japonią zdecydowanie do łatwych nie należał. Reprezentanci Kraju Kwitnącej Wiśni solidnie się naszym zawodnikom postawili, a ci musieli się napracować na trzy punkty. Było jednak warto – na kolejkę przed końcem MŚ Dywizji IA Polacy zajmują miejsce premiowane awansem do hokejowej Elity.

Reklama

Hokej. Polacy lepsi od Japonii. Bardzo trudny mecz

Japończycy to na papierze jeden z dwóch – obok Litwy – outsiderów turnieju w Sosnowcu. Ale po pierwsze w bezpośrednim starciu to właśnie Japonia okazała się od Litwinów lepsza, a po drugie – gracze ze Wschodu potrafili napytać solidnych kłopotów Francuzom, którzy przecież Polaków (choć dopiero po karnych) pokonali. Pewnym było więc, że nie można tej ekipy zlekceważyć, a wręcz przeciwnie – należy wyjechać na lód w pełni skoncentrowanymi i dać z siebie absolutnie wszystko.

Tym bardziej, że ciekawie ułożyły się inne rezultaty. Francuzi niespodziewanie tylko za dwa punkty pokonali Litwinów, dopiero po rzutach karnych. Też po nich Kazachstan okazał się lepszy od Ukrainy. Efekt był taki, że już przed meczem Polaków Kazachowie byli pewni awansu, a Ukraina i Francja miały tyle samo – po siedem – punktów.

Czyli tyle, ile mogli też mieć Polacy, gdyby wygrali w regulaminowym czasie gry i zgarnęli trzy oczka do swojego dorobku. Tabela za plecami Kazachstanu mogła więc się znacząco zagęścić, co zresztą tak naprawdę nam odpowiadało – bo przy równej liczbie punktów Polaków zarówno z Ukrainą, jak i Francją, to my mieliśmy wspiąć się na drugie miejsce.

Reklama

Jednak by się tam znaleźć – powtórzmy – trzeba było ograć Japonię. A to, zgodnie z przypuszczeniami, było zadanie naprawdę wymagające.

Japonia nie daje się zgubić

To Polacy lepiej weszli w to spotkanie. Sześć minut (i pierwszą grę w przewadze) zajęło nam wyjście na prowadzenie. Strzał z dystansu oddał Bartłomiej Pociecha. Nie za mocny, ale idealnie mierzony, bo w stronę Dominika Pasia, który zmienił tor lotu krążka i całkowicie zaskoczył bramkarza rywali. Power play kolejny raz na tych mistrzostwach okazał się więc nam sprzyjać. Niestety jednak – rywale odpowiedzieli jeszcze w tej samej tercji.

I to odpowiedzieli zasłużenie – od straty bramki to oni byli zdecydowanie bardziej aktywni, częściej atakowali, trzymali krążek w posiadaniu. Choć do bramki trafili szczęśliwie – Chikara Hanzawa zgrywał krążek zza bramki Polaków, ten odbił się od jednego z naszych zawodników i wpadł do siatki. Wcześniej jeszcze – co na tych mistrzostwach naprawdę rzadkie – błąd popełnił Tomas Fucik, nie zamrażając krążka. Generalnie: splot nieszczęśliwych okoliczności.

Po stracie bramki Biało-Czerwoni rzucili się do ataków, ale w tej tercji niczego nie zdziałali. Na drugą wyszli jednak tak, jak kończyli pierwszą – nastawieni ofensywnie, starający się grać z inicjatywą. I wychodziło im to. Znów doczekali się gry w przewadze i znów z niej skorzystali. W 32. minucie znakomitą akcję przeprowadzili Aron Chmielewski i Patryk Krężołek, a do bramki trafił Filip Komorski, któremu pozostało tylko odpowiednio dostawić kij.

Reklama

Znów jednak przewaga nie została utrzymana, do tego ponownie trafił Hanzawa. I po drugiej tercji finalnie było 2:2.

Niezwykle cenne gole

Opcjonalny remis bardzo komplikował Polakom życie w kontekście walki o awans – nawet gdyby wygrali za dwa punkty, to byłoby im znacznie trudniej i musieliby liczyć na splot szczęśliwych wypadków w innych meczach. Japończycy z kolei grali jak o życie, bo po punkcie Litwy wywalczonym z Francją znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji. Stąd w trzeciej tercji na lodzie pojawiły się dwie niezwykle zdeterminowane ekipy. Pozostawało pytaniem, której z nich uda się dopiąć swego.

Reklama

Padło na Polaków.

Zdecydowała 52. minuta. Akcję Dominika Pasia i Alana Łyszczarczyka na gola strzałem z najbliższej odległości zamienił Patryk Wronka, a kibice podskoczyli w euforii. Poprzednie tercje uczyły ich jednak, że wypada poczekać, zobaczyć, czy Japończycy aby nie odpowiedzą. Nasi hokeiści jednak też się na błędach nauczyli. Grali twardo i uważnie w defensywie, nawet w sytuacji 4 na 6, gdy na ławce kar wylądował Christian Mroczkowski, a rywale wycofali bramkarza.

Ba, z tego wycofania finalnie skorzystaliśmy!

Ledwie kilkanaście sekund wcześniej uratował nas słupek i wybicie krążka w ostatniej chwili sprzed linii bramkowej, a potem, za sprawą dalekiego wybicia, akcja przeniosła się pod bramkę Japończyków, Patryk Krężołek dopadł do krążka, wymanewrował rywala i strzałem na pustą bramkę zamknął wynik meczu! Było 4:2 dla Polski i już nic nie mogło nam zabrać tego niezwykle cennego zwycięstwa.

Reklama

Polacy wyszli więc na drugie miejsce w grupie, ale wciąż nie wszystko zależy od nich. Pewne jest, że my potrzebujemy wygranej za trzy oczka – niezależnie od wszystkiego. Powinniśmy też jednak trzymać kciuki za to, by albo punkty straciła Francja (zagra z pewnym awansu Kazachstanem), albo nie straciła ich Ukraina. Jeśli bowiem Ukraińcy punkty zgubią, a my z Francją będziemy mieć ich tyle samo – awansują Trójkolorowi. W przypadku małej tabeli trzech zespołów, premiowani będziemy my. Podobnie w bezpośredniej rywalizacji z Ukrainą.

Tak naprawdę więc już przed swoim meczem z Litwą (też o 19:30) Polacy będą wiedzieć, czy grają o awans. I oby tak właśnie było.

Reklama

Japonia – Polska 2:4 (1:1, 1:1, 0:2)

Fot. Newspix

Czytaj więcej o hokeju:

11 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama