Jak feniks z… gruzów. Schalke i jego powrót do Bundesligi

Sebastian Warzecha

05 maja 2026, 11:03 • 18 min czytania 15

Reklama
Jak feniks z… gruzów. Schalke i jego powrót do Bundesligi

Były w ostatnich latach momenty, gdy Schalke 04 Gelsenkirchen stało na skraju istnienia. Jedna, dwie porażki więcej mogły oznaczać nawet bankructwo i karną degradację do lig amatorskich. A przecież ten sam klub w sezonie 2017/18 zostawał wicemistrzem Niemiec, ulegając jedynie Bayernowi. A potem nadeszły ciemne czasy, pełne porażek i rozczarowań. Obecnie w Gelsenkirchen panuje jednak euforia: Schalke po trzech sezonach wraca bowiem do Bundesligi. Czy jednak tym razem zostanie tam na długo?

Reklama

Schalke wraca do Bundesligi. A sezon temu było bliskie upadku

Przed sezonem mało kto wierzył, że Schalke może awansować do Bundesligi już w tym roku. To miał być sezon przebudowy, zmian, nowego początku po fatalnych poprzednich kampaniach. Równocześnie sezon uspokojenia: finansów, kadry, ławki. Sezon zastopowania ciągłych zmian i unormowania wielu spraw – na boisku oraz w gabinetach. Ale już przed przerwą zimową było jasnym, że w Gelsenkirchen mogą jednak o ten awans powalczyć.

Pomogły transfery. Świetnymi ruchami okazali się sprowadzeni jeszcze latem Nikola Katic, Soufiane El-Faouzi czy Hasan Kurucay, a zimowe transfery w osobach Adila Aouchiche’a, Dejana Ljubicicia czy Edina Dzeko tym bardziej dołożyły się do siły kadry. Oczywiście, były momenty, gdy Die Königsblauen sami utrudniali sobie życie. W ostatnim meczu przed przerwą, a potem w czterech po niej nie odnieśli zwycięstwa, a rywale znacząco się zbliżyli. Potem było jeszcze kilka straconych w kiepskim stylu punktów.

Później przyszła jednak imponująca seria.

Reklama

1:0 z Karsluher. 2:1 z Elversbergiem, rywalem w walce o awans, czyli spotkanie, w którym decydującą bramkę zdobyli grając w „10”. Potem łatwe zwycięstwo z Preussen Munster (4:1), a wreszcie szalony mecz z Paderborn – kolejnym z zespołów bijących się o Bundesligę – gdy wyszli z 0:2, by ostatecznie wygrać 3:2. Przyklepał to wszystko – awans i, jak się okazało dzień później, mistrzostwo 2. Bundesligi – mecz z Fortuną Duesseldorf, wygrany 1:0.

Było w tej serii mnóstwo charakteru. Była walka. Była też – przede wszystkim – drużyna. A tego Schalke w poprzednich latach często brakowało.

Za słabi na Bundesligę

Najpierw była sinusoida.

Reklama

Stosunkowo trudno wyznaczyć jej początek, choć szczyt to na pewno sezon 2017/18. Z Domenico Tedesco na ławce Schalke wywalczyło wówczas wspomniane już wicemistrzostwo Niemiec, a kilka meczów z tamtego sezonu przeszło do historii – na czele z dwoma derbowymi przeciwko Borussii Dortmund. W jednym Królewsko-Niebiescy odrobili straty od 0:4, by ostatecznie zremisować po golu Naldo w 94. minucie. W drugim wygrało 2:0, a Naldo znów trafił.

Ale więcej było w tamtej ekipie pamiętnych postaci. Ralf Fahrmann, Weston McKennie, Amine Harit, Max Meyer, Daniel Caligiuri i kilku innych. To nie była najlepsza ekipa w historii Schalke, ale była to drużyna gotowa walczyć o swoje.

I dlatego awansowała do Ligi Mistrzów.

Jednak sezon później było już zaledwie 14. miejsce, Tedesco odszedł, a Schalke wpadało w kryzys. Covidowy sezon 2019/20 to 12. pozycja. A o 2020/21 nie chce pamiętać żaden fan Die Königsblauen. Schalke wygrało wtedy… trzy mecze w sezonie. Łącznie ugrało 16 punktów, zaliczając po drodze passy 14 i 12 meczów bez wygranej. To był dołek, absolutna tragedia, dopełniający niejako obrazu Gelsenkirchen – miasta, które podupadało, miało fatalne wskaźniki bezrobocia i szybko się wyludniało.

Reklama

Sezon później zapanowała jednak euforia. Schalke zdołało bowiem natychmiast wrócić do Bundesligi. Na zapleczu nie grali co prawda idealnej kampanii, ale świetna końcówka roku – po zmianie trenera – sprawiła, że Królewsko-Niebiescy weszli na miejsce premiowane awansem. Szkoleniowcem na finisz został wtedy Mike Bueskens, członek legendarnej ekipy, która w 1997 roku sięgnęła po Puchar UEFA. „Eurofighters” słynęli z walki, z szarpania, z biegania. I Bueskens zdołał zaszczepić to piłkarzom niemal natychmiast.

To jego zasługa, że Schalke wówczas awansowało (i słabości rywali, bo 62 punkty to, jak na drugą Bundesligę, niewiele oczek potrzebnych na miejsce w TOP 2). Ale Niemiec na stanowisku nie chciał pozostać dłużej, niż to konieczne. Zrezygnował z niego po sezonie. A w Gelsenkirchen musieli szukać trenera i myśleć, co począć z kadrą. Mieli bowiem skład wyrobników, solidnych na poziomie drugiej ligi, kiepskich wyżej, w dodatku stosunkowo wiekowych. Trzeba było działać, walczyć na rynku transferowym, co… niespecjalnie się udało.

(Zresztą trudno, by było inaczej – w Gelsenkirchen działali na niezwykle szczupłym budżecie, choć do tego jeszcze przejdziemy).

Reklama

Schalke grało w elicie tylko przez rok. Choć tym razem walczyło. Na cztery kolejki przed końcem – po trzech wygranych w czterech spotkaniach – wyskoczyło nawet na 15., gwarantujące utrzymanie, miejsce. Po wysokim oklepie od Bayernu spadło na 16., dające baraż. Wywalczony w końcówce remis z Eintrachtem nie pomógł, Die Königsblauen spadli na 17. pozycję. I w ostatniej kolejce musieli wygrać z RB Lipsk.

Nie udało się, przegrali 2:4, choć nie można było odmówić im walki – wyszli z 0:2, wyrównali stan meczu, a potem mieli nawet swoje okazje. W końcówce jednak to rywale okazali się zabójczo skuteczni.

Schalke znów leciało z ligi.

Dwa sezony jak z koszmarów

Fani i część piłkarzy wiedzieli jednak tym razem, że wrócić się da. W dodatku na ławce pozostał Thomas Reis, który ożywił zespół na poziomie Bundesligi i dzięki jego przyjściu w trakcie kampanii 2022/23 w ogóle do samego końca była nadzieja na utrzymanie. Sezon zaczął się zresztą od trudnego meczu z HSV, przegranego 3:5, ale przegranego w końcówce, bo niezłej grze. Potem była jeszcze spokojna (3:0) wygrana z Kaiserslautern.

Reklama

A niedługo potem Schalke zawitało w strefie spadkowej.

W kolejnych ośmiu meczach Die Königsblauen wywalczyli bowiem 4 (!) punkty. Reis poleciał jeszcze we wrześniu, a w jego miejsce zatrudniono Karel Geraertsa, który zdążył się pokazać w belgijskim Union Saint-Gilloise. Belgowi zajęło chwilę, by Schalke ożywić, ale piłkarze z Gelsenkirchen faktycznie zaczęli pod jego wodzą punktować. W połowie sezonu wciąż byli jednak blisko spadku – zajmowali 14. miejsce.

To mniej więcej wtedy zaczęto mówić o tym, że niepewne są losy klubu. Opcjonalny spadek mógłby oznaczać bowiem jego upadek. Licencja na grę w 3. Bundeslidze dla Schalke była bowiem warunkowa – gdyby klub spadł bowiem niżej, przez co zmniejszyły się jego zyski, mógłby stać się niewypłacalny.

Ich fani mówią o tym, używając apokaliptycznych terminów. W Niemczech były już kluby z kryzysami, kluby, które bankrutowały. Nie sądzę jednak, bym widział klub rozmiarów Schalke, którego fani mówiliby o jakiejś sytuacji w ten sposób. To szokujące – opowiadał wtedy Felix Tamsut, dziennikarz, który dla niemieckich mediów pisał między innymi o kibicowskiej kulturze.

Reklama

Podkreślić tu trzeba, że Schalke to wciąż wielki klub, kibicowsko właściwie trzeci w Niemczech – po Bayernie Monachium i sąsiedniej Borussii Dortmund. Ma około 160 tysięcy członków. Zapełnia stadion na wszystkie mecze. Bywa, że jego fani jadą na stadiony rywali i jest ich tam więcej, niż miejscowych kibiców. Wiele osób w podupadłym Gelsenkirchen opierało się na dumie ze swojego klubu, jego wielkości i powiązanej z zamykanymi kopalniami historii.

Niektórzy w regionie Gelsenkirchen mają tylko ten klub. To dla nich religia – mówił BBC Tim Hoogland, były gracz Schalke (strzelił nawet gola Realowi Madryt), wtedy zatrudniony już w strukturach klubu, a dziś asystent.

Fani Schalke nigdy nie zawodzili. Teraz świętują awans do Bundesligi. Fot. Newspix

Reklama

I miał rację. Nawet w momentach największego sportowego kryzysu Schalke jeśli ktoś nie zawodził, to właśnie kibice. Tym bardziej jednak bolało ich to, co widzieli na boisku.

W sezonie 2023/24 ostatecznie skończyło się dobrze. Schalke – za sprawą udanej końcówki– wyszło na 10. miejsce w tabeli. Do awansu zabrakło jednak Królewsko-Niebieskim aż 25 oczek. Cała kampania była więc katastrofą.

A kolejny sezon był…. jeszcze gorszy. Piłkarze z Gelsenkirchen zdobyli w nim o pięć punktów mniej. Zajęli 14. miejsce. Geraerts dotrwał do września. Kees van Vondeeren, który miał sytuację ratować, nie podołał. Co prawda w okresie od listopada do stycznia zdobył 16 punktów na 27 możliwych (4 wygrane, 4 remisy i 1 porażka), ale okazało się, że to o dwa więcej, niż w kolejnych 15 meczach! Za sprawą fatalnej końcówki w Gelsenkirchen musieli drżeć o utrzymanie.

Znów zaglądało w oczy widmo spadku na trzeci poziom rozgrywkowy. Znów mówiło się o upadku. Znów za rogiem czyhało bankructwo.

Reklama

Życie ponad stan

Jak to jednak możliwe, że klub z tyloma fanami, tak w teorii mocny strukturalnie, był tak bliski upadku? Nie sportowego – to może zdarzyć się każdemu – ale finansowego? Skąd w Gelsenkirchen tak fatalna sytuacja? Cóż, cofnąć można się o dobrą dekadę od pierwszego spadku. Schalke rządził wówczas – zresztą trzymał się tam na stołku przez 19 lat – kontrowersyjny Clemens Tonnies, magnat branży rzeźniczej.

I to głównie on podjął szereg fatalnych w skutkach decyzji.

Wydaje się, że Schalke nie pomogła też kombinacja różnych czynników. W sezonach 2010-2012 w Gelsenkirchen grał legendarny Raul, do tego szalał tam też na przykład Klaas-Jan Huntelaar, byli Jefferson Farfan czy Juan Manuel Jurado. Gelsenkirchen miało niezłą moc przyciągania, a i wyniki się zgadzały. Był wygrany Puchar i Superpuchar Niemiec (ten drugi przeciwko Borussii, derbowemu rywalowi), był półfinał Ligi Mistrzów.

Ambicje rosły. Tym bardziej, że w Dortmundzie – tuż za rogiem – w tym samym okresie stworzyli alternatywę dla Bayernu. Wygrali dwa tytuły ligowe, doszli do finału Ligi Mistrzów. Pokazali, że się da. Schalke chciało tego samego i zazdrościło Borussii. Prawda jest jednak taka, że w historii dortmundzkiej ekipy było też ostrzeżenie – kilka lat wcześniej BVB właściwie zbankrutowała, musiała się podnosić z gruzów. A przecież też była wielką (nawet większą) marką, w 1997 roku wygrała Ligę Mistrzów.

Reklama

Schalke powinno więc działać ostrożnie i rozważnie… a działało zupełnie inaczej. Im dalej w las, tym było gorzej.

Do historii przeszły fatalne transfery. Breel Embolo, sprowadzony w 2016 roku za 26,5 miliona euro, stał się symbolem tej złej polityki. Po trzech latach Szwajcar odszedł do Moenchengladbach, a Schalke straciło na tym biznesie ponad 15 milionów euro. Traciło też na przykład na Jewhenie Konoplance czy Nabilu Bentalebie. Łącznie w ledwie kilka lat straty (stosunek wydanych pieniędzy do tych otrzymanych później za tych samych zawodników) na nieudanych „flagowych” transferach wyniosły dobre 100 milionów euro.

Breel Embolo. Schalke

Breel Embolo stał się symbolem złych decyzji w gabinetach Schalke. Fot. Newspix

Reklama

Mogłoby być zupełnie inaczej, ale w Gelsenkirchen nie potrafili też sprzedawać. Duża część największych talentów w klubie została wypuszczona za darmo. Wylecieli tak z zespołu na przykład Joel Matip (do Liverpoolu), Sead Kolasinac (Arsenal), Max Meyer (Crystal Palace), Alexander Nubel czy Leon Goretzka (obaj do Bayernu).

Licząc bardzo ostrożnie – kryje się tutaj dobrze ponad wspomniane (i źle zainwestowane) sto milionów. Odważnie – spokojnie ponad 200. Z tej perspektywy cudem było, że Julian Draxler dał klubowi 43 miliony euro w sezonie 2015/16, a Leroy Sane za 52 miliony rok później. Udało się też zarobić na Westonie McKenniem (22 miliony w sezonie 2021/22). Tyle że akurat w momencie, gdy na świecie giganci wydawali coraz więcej i więcej, a Bundesliga biła kolejne transferowe rekordy, w Gelsenkirchen coraz więcej tracili.

W tej sytuacji ostatecznie doprowadzono do odejścia Tonniesa, który wplątał się dodatkowo w kilka afer (co nie było zresztą dla niego nowością), w tym jedną o charakterze rasistowskim. Po sezonie 2019/20 zakończył się okres jego rządów w Gelsenkirchen. Klub zostawił niemalże w ruinie, kolejni ludzie w gabinetach działali wobec fatalnej sytuacji finansowej i musieli operować z widmem bankructwa zaglądającym im przez ramię.

A potem przyszedł COVID.

Reklama

Pandemia sieknęła po kieszeni każdemu klubowi, Schalke oberwało jednak jeszcze mocniej, właśnie ze względu na to, że klub był już w kiepskiej sytuacji finansowej. W 2021 roku, a więc spadkowym sezonie, dług ekipy z Gelsenkirchen wynosił 217 milionów euro. Sytuacja na boisku nie pomagała, trenerzy zmieniali się szybciej, niż niektórzy przebierają bieliznę (po odejściu Tedesco pod koniec sezonu 2018/19, Schalke do startu obecnej kampanii miało ich 8, bez wliczania tymczasowych), a każdy kolejny oznaczał dodatkowe pensje i odprawy. Czyli dodatkowe obciążenia klubu.

W Gelsenkirchen wszystko utrudnił jeszcze fakt, że pod koniec sezonu 2021/22 (akurat tego, w którym udało się awansować) Schalke rozwiązało umowę z największym sponsorem, czyli Gazpromem (lata temu negocjować tę umowę pomagał Królewsko-Niebieskim nawet… kanclerz Niemiec, Gerhard Schroeder), co było oczywiście reakcją na rosyjską agresję na Ukrainę. Wpływy do budżetu jeszcze się więc pomniejszyły.

W takiej sytuacji dziwić nie może, że kadra – sklecona po taniości, z nadzieją, że uda się ulepić coś z niemalże niczego – nie poradziła sobie w Bundeslidze.

I że chwilę zajęło Schalke, by wrócić na dobre tory.

Reklama

Właściwi ludzie na właściwym miejscu

Walka o Schalke trwała w ostatnich latach głównie w gabinetach. Mogłaby się zakończyć przedwcześnie, gdyby klub spadł, ale finalnie udało się mu utrzymać na zapleczu Bundesligi. A w międzyczasie z różnych tabelek zaczęły wynikać pozytywne wnioski. Poprzedni rok finansowy (pierwszy, w którym w Gelsenkirchen rozliczano się sezonowo – od lipca 2024 do czerwca 2025) Schalke zakończyło na niewielkim plusie, wykręcając 5,5 miliona euro zysku.

Innymi słowy: Schalke zaczęło zarabiać.

Pomogły koncerty organizowane na stadionie (grała tam między innymi Taylor Swift), ale i kilka udanych sprzedaży. Nie były to kwoty takie, jak można było zgarnąć jeszcze kilka lat wcześniej, liczyło się jednak, że pomagały klubowi. Nieco zmniejszyły się też zobowiązania (ze 162 do 148 milionów), a w perspektywie najbliższych lat sytuacja powinna się jeszcze poprawić – w tym roku Schalke kończy spłacać amortyzację zobowiązań związanych z budową stadionu, rozłożonych na 25 lat. Udało się też czy to rozbić na raty, czy nawet opłacić niektóre wieloletnie zobowiązania.

Christina Ruehl-Hamers, członkini zarządu do spraw finansów, mówiła przed niespełna rokiem:

Reklama

Pomimo ekonomicznych i sportowych wyzwań ostatnich sezonów, pozostajemy na drodze do wzmocnienia naszej stabilizacji finansowej i odzyskania strategicznej elastyczności. Utrzymanie dyscypliny – zarówno jeśli chodzi o generowanie zysków, jak i zarządzanie kosztami – pozostaje kluczowe.

Paradoksalnie awans może sprawić, że w Gelsenkirchen będą… stratni. Przynajmniej początkowo. Potrzebne będą bowiem wzmocnienia kadry i zapewne kilka inwestycji. Jeśli jednak zdołają się w Bundeslidze utrzymać, będzie to biznes opłacalny. Sygnały, że jest coraz lepiej, zaczęły się pojawiać jednak też w działaniach Schalke na rynku. Sprowadzenie Christiana Gomisa okazało się katastrofalnym transferem, owszem, ale w Gelsenkirchen poza tym mieli niezłego nosa do sprowadzanych piłkarzy (pomogło to, że byli ich w stanie skusić) i solidnie wzmocnili kadrę nie wydając wiele.

Schalke. Awans. Radość

Działania na boisku i w gabinetach przyczyniły się do tego obrazka – piłkarzy Schalke świętujących awans na konferencji po meczu z Fortuną. Fot. Newspix

Reklama

Ogarnięcie finansów pomogło też i w kwestii odejść. Zarządzający Schalke byli w stanie na przykład nie załamywać rąk tym, że nie udało się sprzedać Moussy Sylli zimą, choć wydawało się, że jego odejście do USA jest już przesądzone. Malijczyk został więc klubie, nie był wypychany, i okazał się potem istotny dla awansu.

Poprawa finansów – wyniki z pierwszej części tego sezonu sugerują, że nadal trwa – zbiegła się też w czasie z poprawą sportową. Tu wiele oddać trzeba czy to CEO, Matthiasowi Tillmannowi, czy znakomicie działającemu na rynku dyrektorowi sportowemu, Youriemu Mulderowi, a także Frankowi Baumannowi, który działa w zarządzie jako jego członek do spraw sportu. Ten pierwszy mówił niedawno:

Schalke nie jest drugoligowym klubem, gdy spojrzy się na fanów i infrastrukturę. Oczywiście, teraz byliśmy na tym poziomie i istniały powody tego stanu rzeczy. Popełniliśmy wiele błędów po stronie sportowej, ale też na przykład w lokacji kapitału. Pierwszy spadek, w 2021 roku, na początku COVID-u, był bardzo trudny finansowo. Ten drugi, natychmiast po awansie, też nie był dobry.

Tillmann (zresztą prywatnie fan Schalke od wielu, wielu lat) przyznawał też, że drużyna awansem wyprzedziła założony w gabinetach schemat. Jednak to awans, który pokazał, że często bardziej od wszystkiego innego liczy się trafienie na dobrego człowieka.

Reklama

Pięć symboli

Youri Mulder podobno mówił, że celem Schalke na ten sezon miało być, by „nie musieć zwalniać trenera”. Udało się, to na pewno. Miron Muslić jednak przekroczył oczekiwania. Oczywiście, w Gelsenkirchen wiedzieli, że to trener utytułowany – choć ostatnio akurat zaliczył wpadkę, spadając z Plymouth Argyle z Championship do League One. Wcześniejsze wyniki – choćby w Cercle Brugge – pokazywały jednak jego potencjał.

Okazało się jednak, że najważniejszą wartością Muslicia jest to, jak pracuje z grupą. Od pierwszego dnia w Schalke Bośniak dawał z siebie wszystko, potrafił zaszczepić w swoich piłkarzach podobne podejście. Zrobił z nich drużynę, po prostu. Jeden za wszystkich – i tak dalej.

Po raz pierwszy od dobrych kilku lat w Gelsenkirchen faktycznie rodziło się poczucie, że piłkarze i trener idą w jednym kierunku. Fani zaczęli się z tą ekipą utożsamiać. Nie z klubem i koszulkami, które nosili ci zawodnicy, ale właśnie z nimi. Z ich determinacją, ich walką, ich ambicją. Bo nawet jeśli gra wyglądała różnie – pierwsza część sezonu to niezwykle defensywne nastawienie, wiele wygranych w stylu wątpliwym, ale skutecznym – to ta słynna jazda na tyłkach miała miejsce w każdym jednym spotkaniu.

Po dwóch fatalnych sezonach trudno było tego nie docenić.

Reklama

Muslić okazał się przy tym faktycznie dobrym taktykiem. Schalke grało skutecznie w defensywie, oddawało posiadanie piłki, ale bardzo dobrze kontrowało, korzystało ze stałych fragmentów, generalnie – robiło swoje. A wiosną, gdy nieco spadła skuteczność w tyłach, to wzrosła ta z przodu. Podobnie jak jeszcze (!) wzrosła waleczność – wspomniane na początku mecze z Elversbergiem i Paderborn były tego wielkimi przykładami.

Miron Muslic łagodnie uśmiechnięty po awansie – przy okazji jego kontrakt przedłużył się do 2028 roku. Fot. Newspix

Muslic stał się więc jednym z symboli tego awansu. Podobnie jak właściwie każdy z jego piłkarzy, bo nawet jeśli któryś grał kiepsko (wspomniany Gomis okazał się karykaturą napastnika), to jednak walczył, harował, poświęcał się dla drużyny. Jednak szczególna była czwórka z nich, każdy na swój sposób.

Reklama

Po pierwsze, Kenan Karaman. Kapitan, symbol odbudowy. Przyszedł do Schalke na sam koniec okienka przed bundesligowym sezonem. I początkowo… grał fatalnie. Odblokował go nieco gol w derbach z Borussią, ale to był kiepski sezon. W drugiej Bundeslidze było inaczej. Tam Karaman stał się nadzieją na lepsze czasy. Grał świetnie, dawał gole, dokładał asysty, zawsze walczył. Z czasem dostał opaskę, został też w Schalke mimo ofert z lepszych klubów. Kibice to docenili. A teraz Turek stał się człowiekiem, który wprowadził klub wyżej.

Po drugie, Loris Karius. Przyszedł w zeszłym sezonie, po pół roku bez klubu. Ratunkowo, bo sytuacja w Gelsenkirchen z bramkarzami była kiepska. Miał być drugim golkiperem, ale szybko wskoczył do składu. Zagrał kilka dobrych meczów, po czym… doznał kontuzji, nie grał do końca sezonu. Wrócił w tym i był genialny. W 29 ligowych meczach zachował 12 czystych kont, często ratował kolegów. Grał tak dobrze, że Klaus Fischer, legenda Schalke, stwierdził w styczniu, że to w Gelsenkirchen „jest najlepszy bramkarz w Niemczech, który powinien dostać powołanie do kadry”.

Karius wcześniej, po finale Ligi Mistrzów z 2018 roku, był symbolem sportowej porażki i tego, jaki wpływ może mieć ona na człowieka (w sezonach od 2020/21 do 2024/25 zagrał w… 11 spotkaniach). Teraz – w Gelsenkirchen – wrócił. I pomógł wrócić też Schalke. Odbudował się wraz z klubem, a kibice go pokochali.Gdyby Schalke się do mnie nie odezwało, zakończyłbym karierę. Ten klub dał mi niesamowicie wiele – mówił bramkarz.

Loris Karius

Reklama

Loris Karius wreszcie – po długich latach – uśmiechnięty i świętujący sportowy sukces. Fot. Newspix

Po trzecie, Timo Becker. Wychowanek, człowiek związany z Schalke, który z klubu odszedł jednak w 2022 roku, odpalony przed Bundesligą. Przeszedł do Holstein Kiel, gdzie w zeszłym roku świętował awans, ale na wyższy poziom nie wszedł. Wrócił do Schalke, początkowo męczył się z kontuzją, ale z czasem stał się graczem podstawowej jedenastki. I to graczem ważnym, podporą defensywy. Przede wszystkim jednak: dla kibiców to symbol. Gość, który wrócił i pomógł. Człowiek związany z tym klubem od lat. Jeden z nich.

Oczywiście, wywalczyłem awans w Kiel, to też wspaniała chwila, ale móc świętować taki z twoim klubem, który jest ci bliski i drogi twojemu sercu, to coś niezwykle specjalnego. Nie mam właściwych słów, by to opisać – mówił Becker, drugi kapitan zespołu. I, jak stwierdził, kapitan, jeśli chodzi o świętowanie. Planował nie wypuszczać kolegów ze stadionu do 7 rano.

Po czwarte, Edin Dzeko. Bośniak przyszedł zimą, odrzucając lepsze oferty. Skusili go rodacy – Muslić i Nikola Katić – ale też renoma Schalke, wielkość klubu. Stwierdził, że chciałby na koniec kariery (ma już 40 lat) grać jeszcze o coś. Przyszedł więc do Gelsenkirchen, dał kilka ważnych bramek i asyst, a wraz z nimi punktów. Potem doznał urazu na meczach kadry (pomógł Bośni i Hercegowinie w awansie na mistrzostwa świata), ale wykurował się akurat na ten ostatni mecz. Wszedł z ławki, był na boisku, gdy sędzia odgwizdywał koniec meczu. Świętował z innymi.

CZYTAJ TEŻ: 40-LETNI EDIN DZEKO WCIĄŻ STRZELA GOLE W STAROMODNY SPOSÓB

On jest tu istotny, by udowodnił kibicom i wszystkim dookoła, że Schalke wciąż ma moc przyciągania. Że choć miasto jest paskudne i podupada, że klub miał wiele swoich problemów, to jednak wciąż jest to marka. A więc Karaman – historia o tym, jak można odmienić swój los. Karius – historia o powrocie z nicości. Becker – historia lokalna, tak naprawdę kibicowska. Dzeko – dowód na to, że wciąż tkwi w tym klubie przykurzona już duma i wielkość.

No i Miron Muslić. Człowiek, który to wszystko ułożył.

Cel? Po prostu pozostać

Teraz przychodzi czas na planowanie. Już wiadomo, że Schalke będzie chciało wzmocnić kilka pozycji. Mówi się, że w Gelsenkirchen kuszą swojego człowieka – Seada Kolasinaca (aktualnie gracza Atalanty), ale poza tym na pewno trzeba będzie dołożyć nieco na środku obrony, w pomocy, a i atak pewnie wzmocnieniem nie pogardzi. Nie wiadomo, czy zostanie Dzeko – w klubie tego chcą, taki gracz choćby na końcówki meczów może być nieoceniony, a doceniają i to, co robi poza boiskiem, jakim jest liderem – trudno powiedzieć, co z kilkoma innymi architektami awansu.

Cel na Bundesligę jest więc dla Schalke jeden: po prostu się utrzymać. Bez szaleństw, bez wielkich oczekiwań. Skorzystać z tej wywalczonej szybciej, niż zakładał plan, okazji. Zadbać o finanse, pilnować się, planować na miarę swoich możliwości.

Timo Becker nawet nie martwił się, o przelewanie czegokolwiek do kubka. Fot. Newspix

Klub wyszedł na prostą, bo wszyscy zmierzali w tym samym kierunku. Nie ma sensu tego zmieniać. Czy więc będzie to 15. czy 10. miejsce (trudno liczyć na wyższe, bądźmy szczerzy), to w Gelsenkirchen będą zadowoleni. Byle nie powtórzyła się historia z sezonu 2022/23, żeby nie wrócić do drugoligowego piekiełka.

Długo czekaliśmy na taki moment. Jako klub, jako miasto, jako każdy z nas. Trudno mi to wyrazić słowami. Spadł nam z pleców wielki ciężar. Ostatnich kilka lat nie było łatwych. Jestem szczęśliwy, że idziemy tam, gdzie przynależymy. Wspaniale, że nam się udało. Zasługiwaliśmy na to. Jestem dumny z nas wszystkich – mówił Kenan Karaman tuz po awansie.

To on, ale też Loris Karius, ale też Nikola Katić i kilku innych, mają tworzyć bundesligowe Schalke. Schalke, które ma iść w górę, ale spokojnie, krok po kroku. Bez szaleństw. Ostatnia dekada dużo wszystkich nauczyła.

Przede wszystkim: że lepiej mierzyć siły na zamiary. Bo inaczej można spaść z wysokiego konia.

I drżeć o to, czy taki upadek się przetrwa.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj również na Weszło:

15 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Mundial 2026

Klose pogratulował Messiemu. „Zawsze mówiłem, że nie jest zły”

Braian Wilma
12
Klose pogratulował Messiemu. „Zawsze mówiłem, że nie jest zły”

Bundesliga

Reklama
Bundesliga

Zaskakująca historia z Vuskoviciem. Mógł przejść do BVB za grosze

Kacper Korpak
1
Zaskakująca historia z Vuskoviciem. Mógł przejść do BVB za grosze
Bundesliga

Bayern blisko pozyskania nowego obrońcy. Już błyszczy na mundialu

Kacper Korpak
4
Bayern blisko pozyskania nowego obrońcy. Już błyszczy na mundialu