Ależ mecz! Polacy powalczyli z Francuzami na MŚ w hokeju

Sebastian Warzecha

03 maja 2026, 22:39 • 6 min czytania 7

Reklama
Ależ mecz! Polacy powalczyli z Francuzami na MŚ w hokeju

Wczoraj po zaciętym, trudnym meczu wygrali z Ukrainą, świetnie rozpoczynając walkę o awans do hokejowej Elity. Dziś nasi reprezentanci mierzyli się z jednym z faworytów do wygrania turnieju w Sosnowcu – Francuzami. I znów, zgodnie z oczekiwaniami, był to mecz niezwykle wymagający, ale też taki, w którym Polacy grali długimi momentami świetnie i niezwykle ambitnie. Ostatecznie jednak – po serii karnych – musieli uznać wyższość rywali.

Reklama

Hokej. Polacy minimalnie gorsi od Francji

Plan na te mistrzostwa był taki, by zagrać swój dobry hokej i zobaczyć, co to właściwie da. Bo Polacy mają nowego trenera, są na początku pewnego procesu. Aczkolwiek rzeczony trener – Pekka Tirkkonen, równocześnie szkoleniowiec mistrzów Polski, GKS-u Tychy – sam mówił, że chce awansować do Elity i o to będą jego Biało-Czerwoni walczyć. Tym bardziej, że walczyć przed swoją publiką, w Sosnowcu. Do tego do kadry wróciło kilku zawodników, którzy wcześniej mieli z nią z różnych przyczyn nie do końca po drodze.

– Wraca chociażby Kamil Wałęga, który rok temu był kontuzjowany. Wraca też Patryk Wronka. Jest Aron Chmielewski, który zagra na mistrzostwach świata po czterech latach przerwy, bo trochę nie po drodze było mu z poprzednim selekcjonerem. W składzie znalazł się Bartłomiej Pociecha, który też nie grał kilka lat, bo był skonfliktowany z poprzednimi władzami związku. A to obrońca, który przyda się podczas gier w przewadze – mówił nam Piotr Chłystek, dziennikarz „Przeglądu Sportowego” i autor książki „Cuda na kiju” o historii polskiego hokeja.

CZYTAJ: POLACY POWALCZĄ O POWRÓT DO ELITY. CZY SIĘ UDA?

Reklama

I z tymi grami w przewadze – które przez lata nie były atutem Polaków – dziś Pociecha i spółka pokazali, że faktycznie może być dobrze. Bo to właśnie power play okazał się wielkim atutem Polaków… choć najpierw to oni musieli swoje w osłabieniu wytrzymać. Bo już w 30 sekundzie spotkania wyleciał z lodu Kamil Wałęga. Wyleciał w dodatku nie na dwie minuty, a na cały mecz – on już do gry nie mógł wrócić, a Biało-Czerwoni przez pięć minut grali 4 na 5 (nie licząc bramkarzy).

Był to trudny, niezwykle trudny moment. Ale nasi zawodnicy go wytrzymali w znakomitym stylu, a Tomas Fucik kilkukrotnie udowodnił, że jest w świetnej formie i długimi momentami dodawał kolegom mnóstwo spokoju. Zresztą obaj bramkarze zaliczyli pierwszą tercję do udanych, bo nie stracili ani jednej bramki. Jeśli jednak ktoś przeważał – to Francuzi. Choć Polacy mieli kilka dobrych akcji, zwykle brakowało jednak ostatniego podania, decydowały drobne niedokładności.

Wymiana ciosów

Po przerwie udało się je wyeliminować. Bo gdy Polacy zaczęli grać w przewadze po karze dla jednego z Francuzów i z tej przewagi skorzystali. A konkretnie – zrobił to Patryk Krężołek, który w fantastyczny sposób wyminął dwóch obrońców, potem wymanewrował też bramkarza rywali i wpakował krążek tuż przy słupku bramki.

Prowadzenie Polaków utrzymało się jednak tylko przez siedem minut – bo wtedy dobre podanie, które przeszło przez nogi kilku zawodników, na bramkę zamienił Jordann Perret. Nasi zawodnicy przesadnie się jednak tą straconą bramką nie przejęli – zresztą wczoraj podobnie było z Ukrainę, która dwukrotnie odrabiała straty, by jednak ostatecznie z Biało-Czerwonymi przegrać. Gdy więc Francuzi strzelili, Polacy po prostu dalej robili swoje. I ledwie kilka minut później znów zdołali udowodnić swoje.

Reklama

Do bramki wtedy trafił wywołany przez Chłystka do tablicy Pociecha – fantastycznie uderzył z dystansu, gdy Polacy… znów grali w przewadze! A więc power play w wykonaniu naszej kadry miał w tamtym momencie sto procent skuteczności! Potem, niestety, już tak dobrze w przewadze nie graliśmy, bo kolejna bramka dla naszych nie padła. A Francuzom – znów Perretowi – udało się trafić w trzeciej tercji, wyrównując stan rywalizacji. A potem? Wielkie emocje do końca, bo obie ekipy miały swoje okazje, ale świetnie spisywali się i Tomas Fucik, i Quentin Papillon.

Efekt? Dogrywka. Trzech na trzech plus bramkarze, w dodatku do złotej bramki. Czyli jeszcze więcej, znacznie więcej emocji.

Reklama

Ratunek w challenge’u

A w niej działo się sporo. Wiadomo, gdy na lodzie jest mniej zawodników, kontrataki stają się częstsze. Raz jedni, raz drudzy mają swoje okazje. Ze dwa razy bliski zdobycia bramki był na przykład Alan Łyszczarczyk, a fani kadry Polski w pewnym momencie zaczęli głośno domagać się zwycięskiego gola. Zresztą mogli mieć w głowie, że już niedawno Polacy z Francuzami grali dogrywkę – w sparingu tuż przed mistrzostwami. I wtedy też było 2:2, dogrywkę obie ekipy przeszły bez goli.

A w karnych wygrali Polacy. Mogliśmy więc wierzyć, że i dziś się uda.

Choć wydawało się, że w pewnym momencie jest już po wszystkim. Na niespełna dwie minuty przed końcem do siatki Polaków trafili bowiem Francuzi. Tirkkonen wziął jednak challenge, a w nim wyszło, że jeden z rywali blokował Fucika w polu bramkowym. Odwołano więc – po długiej, naprawdę długiej analizie – bramkę, ku radości zdecydowanej większości fanów na hali. Równocześnie jednak jeden z Polaków otrzymał karę, więc do końca dogrywki mieliśmy grać w osłabieniu, 3 na 4.

I wiecie co? Polacy w defensywie byli dziś przy takich okazjach GENIALNI. Znów zrobili swoje, znów wytrzymali, znów przysłużył się i Fucik, który dzięki temu dostał szansę na wykazanie się po raz kolejny – tak jak bowiem w Bytomiu, kilka dni temu, tak i teraz nasi zawodnicy mieli grać z Francuzami karne. Wtedy wygrali 4:3, ale po 14 seriach najazdów.

Reklama

Dziś pozostało tylko poczekać, co się stanie w tych decydujących chwilach na tafli.

Dziesięć serii

Zaczęli Francuzi. I trafili, za sprawą Baptiste’a Bruche’a. Potem jechał Mikołaj Syty… i jego karny został wybroniony. Francuzi prowadzili. Druga seria sytuacji w ogóle nie zmieniła – obaj bramkarze sobie poradzili. Po trzeciej też nie było zmian, rywale wciąż prowadzili 1:0. A po czwartej – remis! Fucik znów obronił, a swojego karnego wykorzystał Alan Łyszczarczyk. Została piąta seria, potencjalnie ostatnia… ale szybko okazało się, że jednak nie. Znów obaj bramkarze byli lepsi od strzelających. Zostały więc serie „nagłej śmierci”, ale teraz to Polacy mieli strzelać pierwsi.

Zaczynał Łyszczarczyk, który już raz trafił… i zrobił to po raz drugi! Teraz wszystko zależało od Tomasa Fucika… i niestety graliśmy dalej. Tak jak Łyszczarczyk, tak i po raz drugi trafił Baptiste Bruche. Alan najechał po chwili po raz trzeci i tym razem rywalizację z bramkarzem przegrał. Fucik jednak też pokonał Bruche’a! Była więc już ósma seria. I w niej Polacy nie trafili… ale Francuzi też nie! Choć pomógł nam w tym przypadku nie Fucik, a słupek.

Na kolejnego karnego najechał u nas po raz kolejny Łyszczarczyk. W jego rywalizacji z Papillonem zrobiło się jednak po chwili 2:2. Ale dokładnie tak samo było po chwili u Fucika i Bruche’a. Niestety jednak – w kolejnej, dziesiątej już serii trafili Francuzi. I tylko oni.

Reklama

Trójkolorowi dopisali więc dwa punkty do swojego dorobku. Polacy, choć grali niezwykle ambitnie, tylko jeden. Możliwe jednak, że będzie on niezwykle ważny, o ile uda się wygrać z Kazachstanem, drugim ze spadkowiczów z Elity i faworytów do awansu. A ten mecz czeka naszych reprezentantów pojutrze, w poniedziałek dostaną za to dzień przerwy.

I oby odpoczęli, a potem wyszli na lód z nowymi siłami.

Fot. Newspix

Czytaj więcej o hokeju:

7 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama