Znów pozytywnie zaskoczyć. Polscy hokeiści w walce o awans do Elity

Sebastian Warzecha

02 maja 2026, 12:43 • 12 min czytania 4

Reklama
Znów pozytywnie zaskoczyć. Polscy hokeiści w walce o awans do Elity

Trzy lata temu, gdy nasi zawodnicy po wielu latach przerwy awansowali do Elity, miało miejsce święto polskiego hokeja. Przed dwoma laty pokazali się w tej Elicie z dobrej strony, ale spadli do niższej dywizji. Przed rokiem do powrotu na szczyt hokejowej piramidy było daleko. Ale teraz – z nowym trenerem i rozbudzonymi nadziejami – Polacy chcą trafić właśnie tam. Tym bardziej, że o awans zagrają przed własną publiką. Czy nasza kadra znów osiągnie wielki sukces?

Reklama

Hokej. Polacy chcą wrócić do Elity. Czy im się uda?

Turniej w Nottingham będą na długo pamiętać wszyscy polscy fani hokeja. Nasi reprezentanci rozegrali tam bowiem znakomite zawody. Wysoko ograli Litwę i Koreę Południową. Pokonali Włochów i doprowadzili do dogrywki z gospodarzami, która – nawet jeśli potem przegrali – była cenna. A na koniec ograli dość gładko, mimo początkowych problemów, Rumunów. Wszystkie te wyniki razem wzięte sprawiły, że weszli do hokejowej Elity.

Czyli miejsca, w którym nie byli od 2002 roku. Ba, w międzyczasie spędzili kilka dobrych lat w trzeciej dywizji, gdzie kilkukrotnie spadali, żeby potem się wygrzebywać. Jeszcze w 2022 roku grali właśnie tam. Rok później świętowali wejście na szczyty.

Odmiana naszych losów była więc niezwykle szybka.

Wiadomo, że taki sukces rozbudził nadzieje. A w tym kraju takie nadzieje to dla hokeja rzecz nieoceniona – związek ma wielkie długi, liga podupada, mało który zawodnik ma potencjał i szanse na karierę w mocnej lidze, bo trudno się tam po prostu przebić. Dlatego był to sukces tak nieoczekiwany. A i występy w 2024 roku – mimo spadku – w dalszym ciągu stanowiły dla naszego hokeja napęd.

Reklama

Jasne, zdobyliśmy wtedy tylko jeden punkt, nie wygraliśmy żadnego spotkania. Ale ambitna walka z Łotyszami, Niemcami czy Kazachami pokazała, że nie mamy wcale tak daleko to tych ekip. W dodatku Polacy grali wtedy w Ostrawie, tuż obok granicy, gdzie pojawiło się wielu naszych fanów. Wszystko się tam zgadzało.

I dlatego szkoda, że rok temu było dużo gorzej – w Dywizji IA Polacy wygrali wówczas dwa mecze, przegrali trzy i zajęli 5. miejsce, ostatnie bez spadku.

Od tamtego czasu – choć minął ledwie rok – trochę się jednak w polskim hokeju pozmieniało. Stąd (ale nie tylko stąd) te rozbudzone nadzieje.

Czy więc Polaków stać na awans do Elity?

Reklama

Nowa władza to nowa nadzieja

Było w tym polskim hokeju źle, by nie rzec: tragicznie. Niekoniecznie – jak już ustaliliśmy – od strony wyników, bo te w ostatnich latach się raczej zgadzały. Natomiast Polski Związek Hokeja na Lodzie miał tarapaty i to wielkie. Zadłużenia, uciekający sponsorzy, coraz mniej atrakcyjna dla nadawców liga – no zebrało się tego sporo. I dalej nie są to problemy rozwiązane, ale coś się jednak ruszyło.

A ruszyło się, bo od zeszłego roku jest nowa władza. Prezesem został Krzysztof Woźniak, związany z GKS-em Tychy. Ale to nie tylko o jego nominację chodzi. Mówi Piotr Chłystek, dziennikarz „Przeglądu Sportowego” i autor książki „Cuda na kiju” o historii polskiego hokeja:

– Na pewno wraz z przyjściem nowej władzy i prezesa pojawiła się nadzieja. Również – a może: przede wszystkim – dlatego, że Krzysztofa Woźniaka wspierał i wspiera nadal Mariusz Czerkawski, który wszedł do zarządu PZHL. Od lat, właściwie od zakończenia przez Czerkawskiego kariery, w środowisku – szczególnie u kibiców – było poczucie, że „jak Mariusz się za to weźmie, to wszystko się odmieni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki”. Bo będą pieniądze, będzie „know how” i ten polski hokej uda się szybko odbudować. To tak, oczywiście, nie działa, ale widać, że ta nowa władza chce.

Reklama

Chce, bo i faktycznie: udało się znaleźć kilku sponsorów. Stworzono Radę Programową, która wzięła się do pracy, a na której czele stanął Henryk Gruth, zasłużony hokeista, rekordzista kadry Polski pod względem liczby występów, ale i człowiek, na którego – jak mówi Chłystek – czekano w polskim hokeju „jak na zbawienie”. Są próby wypromowania tego hokeja, próby stworzenia podstaw lepszego systemu szkolenia, próby odbudowy finansowej związku, który do niedawna dogorywał.

Krzysztof Woźniak i Mariusz Czerkawski

Krzysztof Woźniak i Mariusz Czerkawski. Fot. Newspix

Do ideału daleko, bardzo daleko. Może kilka lat, może dekada, może nawet więcej. Ale jednak coś się ruszyło. A już samo to w sobie pozwala myśleć o lepszych czasach.

Reklama

Trener? Siła spokoju

Właściwie można by rzec, że aktualnie polski hokej stoi na GKS-ie Tychy. Prezesem PZHL został człowiek związany z tym klubem. Henryk Gruth też przez lata był właśnie zawodnikiem tyskiej ekipy. Mariusz Czerkawski tam zaczynał i kończył karierę. A w powołanej na mistrzostwa kadrze jest ośmiu zawodników tej drużyny (z czego jeden dopiero co do niej przeszedł). To jedna trzecia składu Polaków!

No i wreszcie: trenerem polskiej reprezentacji jest szkoleniowiec Tyszan właśnie. Zwie się Pekka Tirkkonen i jesienią zeszłego roku zastąpił Roberta Kalabera, który przez pięć lat prowadził Biało-Czerwonych.

– Dlaczego zmiana? Muszę użyć popularnego stwierdzenia – pewna formuła się wyczerpała. I to nie są puste słowa, bo w rozmowach z ludźmi z kadry można było odnieść wrażenie, że niektórym osobom było nie po drodze z trenerem, a trenerowi nie po drodze z niektórymi osobami. To na pewno wpływało na atmosferę w kadrze i wokół niej. Natomiast Robert Kalaber na zawsze zapisał się w historii, osiągnął z tą reprezentacją fenomenalne wyniki. Różne osoby mogą o nim opowiadać różne rzeczy, ale sukcesów nikt mu nie zabierze. Choć był to też taki konserwatywny trener, jeśli chodzi o podejście do taktyki i budowy składu, co było widać też na niwie klubowej – mówi Piotr Chłystek.

Generalnie więc: potrzeba było świeżego spojrzenia. A Tirkkonen to trener, który akurat w Polsce się wyróżnia, bo GKS Tychy pod jego wodzą zdobył drugie mistrzostwo kraju z rzędu. Choć, oczywiście, selekcjonerem został po tym pierwszym, z poprzedniego sezonu. I na razie próbka jest mała, ale wydaje się, że to naprawdę dobra nominacja – Tyszanie tytuł obronili i to w wielkim stylu, w finale pokonując GKS Katowice 4:0.

Reklama

Pekka Tirkkonen

Pekka Tirkkonen w czasie sparingu z Francją. Fot. Newspix

Mariusz Czerkawski w rozmowie z Polsatem Sport stwierdził nawet, że „prezes Woźniak wyszedł na geniusza z nominacją selekcjonerską dla Pekki”. Z takimi słowami trzeba jednak uważać, bo Tirkkonen w Tychach sobie radzi wspaniale, ale w kadrze jeszcze niczego nie zdziałał.

Na pewno jednak tkwi tu wielki potencjał.

Reklama

– Co wprowadza Pekka Tirkkonen? Wielki, nieprawdopodobny spokój. Nawet zawodnicy pracujący z nim od dłuższego czasu w GKS-ie Tychy podkreślają, że on nie denerwuje się bez potrzeby. Zaskoczył ich w czasie play-offów, gdy po najgorszej tercji wszedł do szatni i tam nie było żadnego krzyku, rzucania kijem, tylko rzeczowa, merytoryczna analiza. Krótki komentarz, że mają szczęście, że ten mecz im jeszcze nie odjechał. Potem zresztą odwrócili go na swoją korzyść – mówi Chłystek.

I faktycznie, może taki człowiek się kadrze przyda, Kalaber raczej był głośny, potrafił krzyknąć. A Tirkkonen to spokój, otwartość i chłonięcie wiedzy. Człowiek, który swoje widział, w wielu ligach pograł, reprezentował Finlandię, a do tego lubi od hokeja odskoczyć, zajrzeć do innych sportów, interesuje się wieloma rzeczami – gdy Polska grała z Finlandią na Stadionie Śląskim w eliminacjach do mistrzostw świata, był na trybunach.

A teraz sam w pewnym sensie w takich eliminacjach zagra – stawką będzie hokejowa Elita.

Lepsza atmosfera i dobre wyniki

Polacy zagrali przed mistrzostwami świata siedem sparingów. Dwukrotnie ograli Litwę (3:1 i 3:0), z Węgrami najpierw gładko wygrali (4:0), by następnego dnia przegrać po dogrywce (2:3), a ze Słowenią odwrotnie – zaczęli od porażki (2:3), ale dzień później się zrewanżowali i to z nawiązką (5:2), a i Słoweńcy, i Węgrzy to rywale, którzy rok temu utrzymali się w Elicie. Na koniec Biało-Czerwoni rywalizowali z Francją, z którą zmierzą się i w walce o awans – było 2:2, Polacy jednak wygrali, bo lepiej wykonywali karne.

Reklama

A więc: pięć wygranych, dwie porażki, z czego jedna po dogrywce. Nie tyle solidny, co naprawdę bardzo dobry bilans. Tym bardziej, że podobać mogła się gra. Była odważna, dość ofensywna, Polacy wiedzieli co i jak chcą robić na lodzie. W przegranym meczu ze Słoweńcami różnicę zrobił bramkarz rywali – to Biało-Czerwoni byli jednak lepsi na lodzie, jeśli na sam styl i stworzone sytuacje oraz oddane strzały patrzyć.

Chcieliśmy wygrać, bo graliśmy z przeciwnikiem z wyższej dywizji, z elity. Widać było, że to są zawodnicy, którzy na co dzień występują w bardzo dobrych ligach i są świetnie wyszkoleni. Mimo to uważam, że mecz był wyrównany. Początek mieliśmy trochę niemrawy, ale z każdą minutą pierwszej tercji się rozkręcaliśmy. Później stworzyliśmy sobie sporo sytuacji, szczególnie w trzeciej tercji, gdzie momentami dominowaliśmy. Niestety, tak to w hokeju bywa – jedna bramka padła trochę przypadkowo, druga po sprytnym zagraniu zza linii bramkowej. Zabrakło nam trochę skuteczności, ale było też sporo pozytywnych rzeczy – mówił Filip Komorski portalowi hokej.net po tamtym spotkaniu.

Pozytywna jest też na pewno atmosfera. Nastawienie? Również. Do tego Polacy będą mieć doping swoich fanów, bo gramy w Sosnowcu. Choć w polskim hokeju podkreślają oczywiście, że ten turniej to nowe otwarcie. Szansa, jak najbardziej, ale przede wszystkim początek kolejnego procesu.

Niemniej: gdzieś tam nieśmiało (albo i nie, bo trener wprost mówił o awansie) można przebąkiwać o wielkich – jak na nasze standardy – rzeczach. Tym bardziej, że i skład reprezentacji jest mocniejszy, niż w ostatnich latach. Analizuje Chłystek:

Reklama

– Wraca chociażby Kamil Wałęga, który rok temu był kontuzjowany. Wraca też Patryk Wronka. Jest Aron Chmielewski, który zagra na mistrzostwach świata po czterech latach przerwy, bo trochę nie po drodze było mu z poprzednim selekcjonerem. W składzie znalazł się Bartłomiej Pociecha, który też nie grał kilka lat, bo był skonfliktowany z poprzednimi władzami związku. A to obrońca, który przyda się podczas gier w przewadze.

Właśnie, power play – jak mówi Chłystek – ma być naszym atutem, co byłoby pewną nowością. Bo w ostatnich kilku, może nawet kilkunastu latach właściwie udało nam się wykorzystać przewagi raz – w Nottingham, gdy awansowaliśmy do Elity. A teraz? Teraz mamy graczy (i system), którzy powinni być w stanie sobie z takimi sytuacjami poradzić, wykorzystać je. To wspomniani Pociecha, Wałęga, Chmielewski, ale też Kamil Maciaś czy Alan Łyszczarczyk.

A że power play to w hokeju klucz do sukcesu, nie trzeba nikogo przekonywać. Innym jest bramkarz – i tam też mamy atut, bo Tomas Fucik, broniący naszej bramki, zdaje się być ostatnio w znakomitej formie.

Tomas Fucik

Reklama

Tomas Fucik. Wpatrzony w wodę, ale może gdzieś majaczy mu awans? Fot. Newspix

Jak ważny będzie Fucik? Kosmicznie! – mówi Chłystek. – Jakbyś zapytał człowieka, który nie był bramkarzem, to ci powie, że w hokeju bramkarz to 60-70 procent sukcesu. Jak zapytasz bramkarza, to powie, że 80 albo i więcej. I rzeczywiście, w takim turnieju Fucik będzie niezwykle istotny. To, jak wytrzyma turniej kondycyjnie, czy nie popełni błędów. Wiadomo, błędy zawsze się przydarzą, ale bramkarz może cię wyratować. A bez bramkarza w formie trudno awansować. A Fucik ma za sobą bardzo dobre play-offy w lidze, czyli w teorii jest w świetnej dyspozycji. Można na niego liczyć.

A czyje strzały będzie musiał bronić?

Terminarz trudny… ale nie do przesady

Ukraina na start – to już dziś, 2 maja, o 19:30. Potem Francja, Kazachstan i dwa łatwiejsze mecze na zamknięcie turnieju: Japonia oraz Litwa. Do Elity wejdą dwa najlepsze zespoły, najgorszy spadnie do Dywizji IB, a pozostałe trzy czeka stagnacja z nadzieją, że za rok to one będą w tej topowej dwójce. Terminarz mamy ułożony ciekawie, bo po trzech – może nawet dwóch – meczach właściwie będziemy wiedzieć, czy jeszcze możemy awansować.

Reklama

– Zaczynamy z Ukrainą i to może być najtrudniejszy mecz pod względem mentalnym, bo Ukraina to bardzo trudny, fizycznie, twardo grający rywal. Na starcie jednak każdy jest najświeższy, możemy więc to wytrzymać i wygrać. Następnego dnia gramy z kolei z Francją. Okej, to jeden z dwóch faworytów do awansu, spadkowicz z Elity, ale znajduje się w trakcie przebudowy. Wielu weteranów pokończyło tam reprezentacyjne kariery, z kolei niektórzy zawodnicy – jak Alexandre Texier, jedyny Francuz z NHL – są niedostępni. Francja jest na pewno dużo słabsza, niż była na przykład na igrzyskach olimpijskich. Wejdziemy na tę Francję, owszem, zmęczeni, ale ona jest do ugryzienia bardziej niż w przeszłości – mówi Chłystek.

Groźni będą też Kazachowie, kolejny spadkowicz z Elity. Ale też dlatego tak ważne dla Polaków były dobre mecze ze Słowenią, Węgrami i Francją właśnie, przekonali się w nich, że zespoły z dołu tego najwyższego szczebla to ich poziom, że spokojnie mogą powalczyć o wygrane, nawet za pełną pulę. A skoro tak – to mogą też awansować.

Polska. Hokej. Kibice

Kibice mają być atutem Polaków. Nie tylko ci najmłodsi. Fot. Newspix

Reklama

Poza tym – może lepiej tak właśnie? Może na start zagrajmy te trudne mecze, a potem, gdy już pojawi się zmęczenie, czeka nas rywalizacja z rywalami z niższej półki. Jeśli o awans, to będzie łatwiej o te potrzebne punkty. Jeśli o utrzymanie – powinniśmy mieć komfort psychiczny. Choć wiadomo, że wszyscy raczej oczekują tego pierwszego, że jednak do samego końca turnieju w Sosnowcu będziemy mogli wierzyć.

Inna sprawa, że nawet gdyby nie, to ostatecznie dla kadry, która zalicza właśnie nowe otwarcie, liczy się po prostu dobra gra. A jaki byłby poprawny wynik? Taki, na który po prostu nie można by narzekać, nawet jeśli nie byłoby awansu?

– Między 7 a 10 punktów – mówi Chłystek. – Trzy zwycięstwa mogą wystarczyć do awansu, ale równie dobrze mogą oznaczać w tej dywizji czwarte miejsce. Myślę, że to będzie wyrównany turniej. Dwa, najlepiej trzy zwycięstwa będą okej, ale przede wszystkim – dobra gra. To trochę tak, jak to było w piłce po meczu ze Szwecją w barażach – przegraliśmy, ale u wielu kibiców panowało zdanie, że widać jakiś progres, coś poszło do przodu, że dobrze się to oglądało i jest na czym budować. Jeżeli zdobędziemy 7 czy 8 punktów i nie awansujemy, to szat rozdzierał nie będę. To jest proces. Jedynym poważnym rozczarowaniem byłby spadek, opcjonalnie piąta pozycja po kiepskim turnieju.

Innymi słowy: niech nasi hokeiści walczą. I jeśli ta walka zamieni się w dobry występ – nawet bez awansu – to będzie w porządku. A opcjonalne wejście do Elity powinniśmy fetować.

Reklama

Terminarz reprezentacji Polski w hokeju na MŚ Dywizji IA

  • 2 maja, 19:30 Polska – Ukraina.
  • 3 maja, 19:30 Polska – Francja.
  • 5 maja, 19:30 Polska – Kazachstan.
  • 7 maja, 19:30 Polska – Japonia.
  • 8 maja, 19:30 Polska – Litwa.

Skład reprezentacji Polski w hokeju na MŚ Dywizji IA

Bramkarze: Tomas Fucik (GKS Tychy), Michał Kieler (GKS Katowice), Maciej Miarka (Zagłębie Sosnowiec)

Obrońcy: Karol Biłas (Zagłębie Sosnowiec), Mateusz Bryk (GKS Tychy), Bartosz Ciura (Zagłębie Sosnowiec), Kamil Górny (BS Polonia Bytom), Patryk Hanzel (JKH GKS Jastrzębie), Michał Naróg (Zagłębie Sosnowiec), Bartłomiej Pociecha (GKS Tychy), Jakub Wanacki (Zagłębie Sosnowiec).

Napastnicy: Aron Chmielewski (Zagłębie Sosnowiec), Mateusz Gościński (GKS Tychy), Szymon Kiełbicki (GKS Tychy), Filip Komorski (GKS Tychy), Patryk Krężołek (Banik Sokolov/Czechy), Alan Łyszczarczyk (GKS Tychy), Krzysztof Maciaś (HC Vitkovice Ridera/Czechy), Christian Mroczkowski (BS Polonia Bytom), Dominik Paś (GKS Tychy), Mikołaj Syty (KH Energa Toruń), Jakub Ślusarczyk (JKH GKS Jastrzębie), Kamil Wałęga (Vlci Zilina/Słowacja), Patryk Wronka (GKS Katowice), Paweł Zygmunt (HC Litvinov/Czechy).

SEBASTIAN WARZECHA

Reklama

Fot. Newspix

Czytaj również na Weszło:

4 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama