Zasłużony trener reprezentacji, który dla kadry robił wiele, o tym, że prawdopodobnie został zwolniony, dowiedział się z… Facebooka. Używano argumentu, że jest już stary, podczas gdy prezes i sekretarz generalny mają kolejno 72 i 77 lat. Ten pierwszy ma w środowisku pseudonim „Grabarz”, bo uwala właśnie drugi związek, któremu szefuje. Jego niedawny pomysł zaszokował opinię publiczną i doprowadził do reakcji ministerstwa. W polskim saneczkarstwie trwa spór, by nie powiedzieć, że wojna. Zbliżające się wybory mogą tylko utrwalić rządy ludzi, których trzykrotny olimpijczyk nazywa wprost: „leśnymi dziadkami”. O co w tym chodzi i dlaczego na różnych polach jest to tak absurdalne? Na Weszło opisujemy kulisy.
Tekst na stronie Polskiego Związku Sportów Saneczkowych pochodzi z 26 kwietnia. Tytuł przykuwa uwagę i wiele osób zaskoczył: „Ogłoszenie konkursu na trenera głównego kadry narodowej seniorów w saneczkarstwie do ZIO”. W treści czytamy m.in.: „Zatrudnienie obejmuje okres przygotowań i udziału w cyklu olimpijskim, zakończonym Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi w 2030 roku we Francji.”
Marek Skowroński jest trenerem kadry w saneczkarstwie od 2002 roku. – O tym, że związek postanowił ogłosić konkurs na nowego trenera, dowiedziałem się z Facebooka. Nie miałem żadnej informacji w tej sprawie. Od igrzysk we Włoszech nie miałem też kontaktów z nikim ze związku. Skoro pojawia się taka informacja, to należy chyba domniemywać, że zostałem zwolniony, bo konkurs ogłasza się na wolne miejsce. Ale nikt nawet mi czegoś takiego nie przekazał – mówi w rozmowie z Weszło.
A gdy dopytuję, co poczuł, czytając wtedy Facebooka, odpowiada krótko: – Zażenowanie.
Tak powinno się traktować człowieka, który poświęcił większość swojego życia dla polskiego saneczkarstwa?
– Gdyby nie trener Skowroński, saneczkarstwa w Polsce już dawno by nie było. Ono i tak ledwo przędzie, a ten człowiek poświęcał się, ta dyscyplina jest jakby jego dzieckiem. Ale widocznie nie każdy potrafi to zrozumieć i kogoś trener uwierał – ocenia Mateusz Sochowicz, saneczkarz, uczestnik igrzysk w Pjongczangu, Pekinie i Mediolanie – Cortinie D’Ampezzo.
Spis treści
- Trener kadry saneczkarzy na wylocie. Zarząd złożony z 70-latków uważa, że jest za stary
- Mistrzostwa Polski w saneczkarstwie na... lodowisku. Prezes chciał rozwiązać kadrę
- Polski saneczkarz: „Pan prezes ma w środowisku ksywę Grabarz”
- Prezes Zdzisław Ingielewicz o zawodnikach: Nie ulegam szantażom. Zastąpią ich inni
- Komunikat od sponsorów do saneczkarzy: „Zmieńcie zarząd, to przyjdzie kasa”
- WIĘCEJ NA WESZŁO EXTRA:
Trener kadry saneczkarzy na wylocie. Zarząd złożony z 70-latków uważa, że jest za stary
W rodzinie Skowrońskiego saneczkarstwo jest czymś wyjątkowym. Jego pradziadek założył klub w Krynicy, na sankach jeździli: dziadek, babka, mama i ojciec. Ten ostatni wziął nawet udział w igrzyskach olimpijskich w 1956 roku, które też odbyły się w Cortinie D’Ampezzo. – Nie miałem możliwości, by zajmować się czymkolwiek innym – mówi wprost szkoleniowiec. Do 1992 roku był czynnym zawodnikiem. Od 1984 roku – trenerem w KTH Krynica. W 2001 roku objął reprezentację juniorów, a rok później został głównym trenerem pierwszej kadry. Przed igrzyskami w Salt Lake City (2002) pieniędzy nie było prawie w ogóle. Kadra juniorów dostała 30 tys. zł na całą jesień. Trzeba było „rzeźbić”. Skowroński usłyszał, że jeżeli nikt nie pojedzie na igrzyska do Turynu w 2006 roku, ministerstwo w ogóle nie będzie chciało finansować saneczkarstwa. Ale Polacy odbili się i od igrzysk w Vancouver (2010) saneczkarze zawsze gromadzą jakieś punkciki. Mimo że nie mają normalnej bazy.

Marek Skowroński, trener reprezentacji Polski
Choć Skowroński od lat jest zatrudniony na pełen etat i ma umowę o pracę, ta jest zawierana tylko na okres roczny. Kiedy w ubiegłym roku związek nie dał pieniędzy na start reprezentacji w Pucharze Świata w USA, szkoleniowiec zapożyczył się na dziesiątki tysięcy złotych, żeby zawodnicy mieli możliwość walki o kwalifikacje do włoskich igrzysk. Teraz – tak się wydaje – to wszystko się kończy. Po igrzyskach, na których kadra osiągnęła najlepszy wynik punktowy w jego karierze.
Według informacji Weszło, sekwencja zdarzeń, które doprowadziły do ogłoszenia konkursu, wyglądała mniej więcej tak: Skowroński, któremu zależy na losie dyscypliny, wiedząc, że 30 maja odbywają się kolejne wybory, zaczął szukać kandydatów na prezesa, bo na horyzoncie nie było widać żadnego. Dzwonił, wypytywał, kontaktował się z różnymi ludźmi. Chodziło o znalezienie kogokolwiek, kto pomoże saneczkarzom. W pewnym momencie do najważniejszych osób w związku dotarła informacja, z kim m.in. rozmawiał.
I zaczął się cyrk, bo panowie działacze postanowili się odegrać, używając absurdalnych argumentów.
Posiedzenie zarządu. Jedna z osób zabiera głos i zaczyna przekonywać, że trener Skowroński mówił, że po igrzyskach będzie potrzebował kogoś do pomocy w pracy z reprezentacją. Sugeruje, że w związku z tym może szkoleniowiec jest po prostu za stary i reprezentacja potrzebuje nowego trenera. Młodszego.
Marek Skowroński ma 70 lat. Tak się składa, że prezes Polskiego Związku Sportów Saneczkowych, Zdzisław Ingielewicz, to 72-latek, a sekretarz generalny Janusz Tatera ma 77 lat. Mało tego – prezes Ingielewicz w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” strasznie się oburzył, gdy w kontekście jego oraz Tatery dziennikarz użył argumentu wieku.
– Wytykanie Taterze lat to jest też chamstwo dziennikarskie. Ja mam 72 lata, a intelektualnie mogę się zmierzyć z każdym. Fizycznie wielu 50-latków chciałoby być w takiej formie jak ja. Jest więc wiek biologiczny i wiek kalendarzowy. Co z tego, że ktoś ma 25 lat, jak może mieć pusto w głowie? Inne cechy ma mieć sportowiec, chociaż dobrze jest, gdy sprawność fizyczna idzie w parze ze sprawnością intelektualną. W tych czasach nie powinno się nikomu wytykać wieku. W pewnym kraju jest prezydent, który skończył 79 lat i wszystkich na świecie rozstawia po kątach – bronił się szef związku.
W 2022 roku, podczas igrzysk w Pekinie, Ingielewicz zaczął gratulować jednemu z zawodników debiutu w igrzyskach. Nie miał pojęcia, że ten gość ścigał się już w Pjongczangu. Teraz, na włoskich igrzyskach, Tatera miał kręcić się przy torze i głównie przeszkadzać reprezentantom Polski.
Mistrzostwa Polski w saneczkarstwie na… lodowisku. Prezes chciał rozwiązać kadrę
Stanisław Bareja, gdyby żył, mógłby nakręcić film o polskim saneczkarstwie.
Ten sport w naszym kraju nie ma praktycznie żadnej infrastruktury. Mistrzostwa Polski odbywały się kiedyś na Łotwie, a inne istotne zawody na torze sztucznie lodzonym na Słowacji, w Starym Smokowcu. W marcu 2022 roku dużym echem odbił się materiał TVP Sport o torze w Krynicy, na którym infrastruktura nie nadawała się do niczego, więc mistrzostwa Polski uczyniono mistrzostwami młodzieżowymi i przeniesiono na… lodowisko. – To wstyd, że tak musimy trenować i w ten sposób to właśnie wygląda – mówiła w materiale Klaudia Domaradzka, która wróciła z igrzysk w Pekinie i przyszło jej „zmagać się” na lodowisku.
Wzmianka o twórcy „Misia” nie była przypadkowa. Materiał reklamowano hasłem: „Bareja by na to nie wpadł”.
W Polsce nie ma żadnego toru, choćby treningowego. Jakub Rutnicki, minister sportu, ogłosił po ostatnich igrzyskach, że w Karpaczu w końcu powstanie pierwszy w Polsce kompozytowy tor saneczkowy. – On na pewno da szansę dzieciom i juniorom młodszym. Pozwoli uczyć się jazdy na sankach. W kontekście kadry dorosłej i juniorskiej nie zmieni to jednak wiele, jeśli chodzi o możliwości treningowe. Takie grupy muszą ćwiczyć w miejscach, gdzie latem prędkości są zbliżone do tych zimowych. Ślizganie się po torze, który ma 500 metrów, z prędkościami 50-60 km/h, nie pomoże naszym reprezentantom – komentuje Skowroński.
Ta inwestycja to w pewnej mierze efekt tego, co stało się we Włoszech. Nikola Domowicz i Dominika Piwkowska zajęły świetne szóste miejsce w dwójkach saneczkowych. Po starcie ta pierwsza narzekała publicznie na przestarzałe sanki (tu akurat sprawę wyjaśniał Skowroński), ale też brak jakichkolwiek sponsorów oraz niekompetencję ludzi w związku. Sochowicz, który kilka razy rozważał kończenie kariery, już w styczniu 2024 roku powiedział, że ma wrażenie, jakby ścigał się Golfem z Porsche, mając na myśli sprzęt, jakiego używają rywale. Wsparł go wówczas Skowroński, dodając, że w swojej pracy na rzecz saneczkarstwa czuje się osamotniony, a współpraca z ludźmi z zarządu powinna wyglądać dużo lepiej.

Mateusz Sochowicz na zawodach w Szwajcarii
Co na to prezes Ingielewicz? Środowiskiem saneczkarskim, ale nie tylko, wstrząsnął jego niedawny pomysł. Mateusz Puka z serwisu WP SportoweFakty dotarł do listu prezesa do członków zarządu, w którym znalazła się koncepcja „opcji zero” w postaci… rozwiązania kadry seniorskiej. W jej myśl najlepsi polscy saneczkarze zostaliby pozbawieni stypendiów i jakiegokolwiek wsparcia, a pieniądze, jakie związek by zaoszczędził, przeznaczyłby na szkolenie młodzieży.
Co ciekawe, szef związku nie wyparł się tego pomysłu, tylko zaczął tłumaczyć, dlaczego to według niego mogłoby być dobre rozwiązanie. – W czasach, gdy kłamstwo udaje prawdę, a niegodziwość cnotę, wyrażam swoje poglądy w sposób jasny i precyzyjny. Rozumiem, że to może wydawać się szokujące na pierwszy rzut oka. Zapewniam jednak, że to racjonalny, nieszablonowy pomysł do rozważenia przez zarząd. Obecnie w seniorskiej kadrze mamy sześcioro zawodników, na których wydaliśmy w 2025 r. 2,3 mln złotych. To 55 procent naszego budżetu! Kadra seniorów nie wnosi nic do wspólnej kasy – mówił w rozmowie z WP.
I dodawał: – Albo będą jasne deklaracje co do czteroletniej pracy, albo dziecinada. Jeśli ktoś chce oglądać te igrzyska z kanapy, nosząc cegły na budowie lub stać za ladą w barze, to jego wybór. Szkoda pieniędzy polskich podatników na zagraniczne wycieczki objazdowe.
W swoich dalszych wywodach prezes m.in. podał przykład dwóch młodych dziewczyn, chcąc najwidoczniej pokazać, że w juniorkach jest przyszłość. Tyle że Zuzanna Jędrzejczyk i Oliwia Dawidowska już nie ścigają się razem.
Pomysł Ingielewicza na szczęście nie doszedł do skutku. Swoje zrobiła reakcja oburzonej opinii publicznej, jak również interwencja Ministerstwa Sportu i Turystyki.
– Ten pan kompromituje się cały czas, a pomysł, o którym teraz rozmawiamy, to było połączenie paradoksu z paranoją. To facet, który rządzi związkiem od sześciu lat, a nie ma o tym najmniejszego pojęcia – stwierdza krótko Sochowicz w rozmowie z Weszło.
Polski saneczkarz: „Pan prezes ma w środowisku ksywę Grabarz”
Dr Zdzisław Ingielewicz został prezesem Polskiego Związku Sportów Saneczkowych 12 września 2020 roku. Najpierw, jeszcze wcześniej, Michał Jasnosz, ówczesny prezes, zaprosił go do Rady Patronackiej. Panowie znali się z hokeja na lodzie. We wrześniu 2019 roku Jasnosz zmarł, a ważna postać w związku, Jan Błoński, miał zaproponować Ingielewiczowi kandydowanie na prezesa.
– Nie było to moim marzeniem, lecz zdecydowałem się pro publico bono. Na Walnym Zgromadzeniu Delegatów w 2020 r. powierzono mi funkcję prezesa. Swoją rolę pełnię społecznie. Poświęcam swój czas i energię. Koszty mojego — i nie tylko — funkcjonowania pokrywam sam – mówi, a w zasadzie chwali się obecny prezes w wywiadzie z tego roku, udzielonym Tomaszowi Moczerniukowi z „Przeglądu Sportowego”. Specyficzna jest to rozmowa. Można w paru miejscach odnieść wrażenie, że została poddana dość mocnej autoryzacji.
Ingielewicz jest człowiekiem od dawna związanym ze sportem. Jego firma sponsorowała hokeistów, wykładał też pieniądze na parę sportową w łyżwiarstwie figurowym: Dorotę Zagórską i Mariusza Siudka. Miał wspierać solistkę Sabinę Wojtalę oraz pływaka Pawła Korzeniowskiego. Od 2012 roku działał w Polskim Komitecie Olimpijskim (m. in. w Komisji Współpracy Terytorialnej oraz Fundacji na Rzecz Sportu, był również członkiem Prezydium Zarządu). Przez cztery lata (2008-2012) był też prezesem Polskiego Związku Hokeja na Lodzie.
Niektórzy w środowisku śmieją się przez łzy, że dzięki temu doświadczeniu ma łatwość zostawiania saneczkarzy na lodzie.
– Ten pan jeden związek już uwalił, to wziął się za drugi. Nieprzypadkowo ma w środowisku ksywę „Grabarz” – mówi Sochowicz.
A co robił lata wcześniej? Tu z pomocą przychodzi strona Instytutu Pamięci Narodowej. Fragment biografii Ingielewicza: „W PZPR od 1979. W latach 1968-1973 członek Związku Młodzieży Socjalistycznej, 1973-1978 członek Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, od 1982 członek Patriotycznego Ruchu Ocalenia Narodowego – członek Prezydium Rady Miejskiej PRON w Siedlcach, członek NSZZ „Solidarność”.
PRON został założony w 1982 roku. Był tworem powstałym w celu propagandowego wskazania powszechnego poparcia dla władz, a zwłaszcza dla wprowadzenia w Polsce stanu wojennego.

Zdzisław Ingielewicz, prezes związku
Ingielewicz został więc prezesem niespełna sześć lat temu, później wybrano go na następną, już pełną kadencję. Kolejne Walne Zgromadzenie Delegatów, które m.in. wybierze prezesa, odbędzie się już 30 maja. Ingielewicz – tak się wydaje – nie może kandydować, bo prawo mówi, że rządzić można przez dwie kadencje. W jednym z wywiadów powiedział wprost, że nie będzie znów ubiegał się o stanowisko. Z dobrego źródła słyszę jednak, że jakiś czas temu badał pod kątem prawnym, czy jakkolwiek legalne byłoby rządzenie przez jeszcze jedną kadencję. Przyświecał mu argument, że przecież ta pierwsza nie była pełna, bo objął władzę w jej trakcie.
Prezes Zdzisław Ingielewicz o zawodnikach: Nie ulegam szantażom. Zastąpią ich inni
Dzwonię do Ingielewicza. Odbiera, zaznacza, że nie udziela wywiadów wideo i nie występuje w żadnych streamach. Kiedy mówię, że chodzi o tekst pisany, stwierdza, że jest teraz na posiedzeniu Rady Nadzorczej, dbając o polskie saneczkarstwo, i że jedyną opcją jest wysłanie mu pytań mailem. Wysłałem, odpowiedzi dostałem po kilku godzinach.
Mail od Ingielewicza zaczyna się tak:
„Panie Redaktorze,
Ponieważ, z treści pytań domyślam się kim są Pana suflerzy, proszę uprzejmie o dokładne odzwierciedlenie zarówno pytań jak i odpowiedzi (poniżej). W przypadku chęci zmian proszę o autoryzację.
Z uszanowaniem,
dr Zdzisław Ingielewicz”.
Żeby wyjść tej prośbie naprzeciw, uznałem, że moje pytania i odpowiedzi opublikuję w jednym miejscu. Nie będę ich rozbijał i przytoczę wszystko słowo w słowo. Prezes Ingielewicz do moich pytań ustosunkował się tak (pisownia oryginalna):
Widziałem na stronie związku ogłoszeniu konkursu na nowego trenera reprezentacji Polski. Czy to oznacza, że Pan Marek Skowroński już nie prowadzi kadry?
To oznacza, że Zarząd wyłoniony na Walnym Zgromadzeniu Delegatów w dniu 30 maja zdecyduje o tym, kto będzie prowadził kadrę do kolejnych Igrzysk Olimpijskich.
A jeżeli tak (bo chyba można to tak zrozumieć), to jaki jest powód takiej decyzji i rozpisania konkursu?
Pana teza jest nieprawdziwa. Konkurs rozpisano, ponieważ taka była wola Zarządu. Zarząd oczekuje, że trener kadry będzie ją prowadził przez kolejne 4 lata.
Co według Pana powinno się zmienić na lepsze w reprezentacji, czego Pan oczekuje, skoro szukacie trenera głównego kadry?
Moje oczekiwania nie mają znaczenia. Nowy Zarząd określi cele i sposoby ich osiągania.
Zbliżają się wybory na nowego prezesa związku. Wiem, że mówił Pan jakiś czas temu w gronie współpracowników, że nie będzie kandydował, ale dotarły do mnie też sygnały, że jednak rozważa Pan start. Uznałem, że zapytam u źródła – zamierza Pan ubiegać się o stanowisko prezesa?
W tej sprawie wypowiedziałem się publicznie i nie zamierzam udowadniać, że nie jestem wielbłądem.
Żałuje Pan swojego wniosku o rozwiązanie kadry seniorskiej, czy uważa Pan, że był zasadny? Jak Pan odbierał krytyczne głosy po nim?
Żadnego wniosku nie było. Było pytanie do Zarządu co zrobić z zawodnikami, którzy nie wiedzą czego chcą. Związki olimpijskie pracują w cyklu 4 letnim. W interesie dyscypliny leży, by zawodnicy również pracowali w cyklu 4 letnim. Nie ma sensu wydawanie pieniędzy na tych zawodników, którzy nie gwarantują, że dotrwają do kolejnych Igrzysk.
Nie boi się Pan, że ta sytuacja może przyczynić się do tego, że mniejsza lub większa część zawodników nie będzie chciała współpracować ze związkiem, zwłaszcza gdyby wciąż był Pan prezesem (ale nawet niezależnie od tego, po prostu)?
Niczego się nie boję. Szantażom nie ulegam. Zawodników, którzy ewentualnie odejdą zastąpią inni. Tak jak w innych dyscyplinach (vide skoczkowie).
Komunikat od sponsorów do saneczkarzy: „Zmieńcie zarząd, to przyjdzie kasa”
Czy trener Skowroński potrzebował kogoś do pomocy? Tak, to logiczne, skoro mówimy o człowieku, który podczas zawodów stoi przy torze, udziela uwag, radzi sprzętowo, a jeszcze mógłby zejść na wybieg i mierzyć rozstawy, ewentualnie pozmieniać metale w sankach. To on w przeszłości znalazł dla kadry trenera od przygotowania motorycznego, Nitaja Stelmacha, dzięki któremu niektórzy Biało-Czerwoni są w elemencie startu na poziomie światowej czołówki. To nie przypadek, że Stelmachem zainteresowali się trenerzy zagraniczni. Sam Skowroński miał jakiś czas temu ofertę od Słowaków. Nie była zbyt atrakcyjna finansowo, poza tym ciężko byłoby mu opuszczać Polskę.
Kolejny temat – mechanik. Wiadomo było, że świetny fachowiec z Niemiec czy Austrii raczej odpada, bo zdziwiłby się na starcie, gdyby się dowiedział, że w Polsce nie ma profesjonalnego warsztatu. Część sprzętu jest w domu Skowrońskiego, poza tym szkoleniowiec czasami jeździ do niemieckiego Berchtesgaden, gdzie mają świetne wyposażenie. Idea była taka, żeby pojawił się mechanik, przy którym Polacy by się uczyli. Był konkretny kandydat, ale wynagodzenie, które sobie zażyczył (ok. czterech tysięcy euro miesięcznie), okazało się problemem.
Skowroński i Sochowicz nawiązali niedawno współpracę z pracownikiem naukowym Uniwersytetu Szczecińskiego, który jest pasjonatem sportu. Ten człowiek brał kiedyś udział w badaniach nad metalami mocnej kadry łotewskiej. Zaproponował, że może pomóc Polakom znaleźć odpowiedni metal do sanek. Wyniki pierwszych badań, jak słyszymy, były ciekawe i zaskakujące.
– Pootwierało się ostatnio kilka możliwości, dlatego zwolnienie trenera to wybitnie niekomfortowa sytuacja. Podjęliśmy współpracę z naukowcami, którzy rozświetlili nam wiele rzeczy. Ludzie z zarządu nie mają na ten temat pojęcia. To była nasza oddolna inicjatywa. Jeżeli wybierzemy te same władze, to wszystko utknie przez ileś kadencji. My dążymy do rozwoju, a tam trwa jakaś wojna polityczna między różnymi obozami – przekonuje Sochowicz.

Od lewej: Klaudia Domaradzka, Nikola Domowicz, Dominika Piwkowska i Mateusz Sochowicz
Skowroński chciał też, by jego asystentem w kadrze został Maciej Kurowski. To były saneczkarz, trzykrotny olimpijczyk, który w 2019 roku zakończył karierę. Teraz jako trener pracował w Azji. – Wiedziałem, że kończy kontrakt w Korei i prawdopodobnie nie będzie chciał tam dalej pracować. Podczas zawodów młodzieży zaproponowałem ludziom ze środowiska, żeby zatrudnić go w związku, by został asystentem i wchodził w te tryby. Ale każda federacja działa w inny sposób i ma różne przepisy – tłumaczy nam szkoleniowiec.
Według informacji Weszło, ludzie z zarządu postawili Kurowskiemu bardzo wysokie wymagania. Zachowywali się, jakby chcieli zablokować tę kandydaturę, ale teraz, gdy ogłoszono konkurs na pierwszego trenera, można usłyszeć, że to on nagle stał się faworytem. Kurtyna.
Niedawno ze Skowrońskim skontaktowali się Niemcy. Zaniepokojeni, pytali, o co chodzi. Dotąd współpraca polsko-niemiecka wyglądała tak, że Biało-Czerwoni jeździli za zachodnią granicę, np. do Oberhofu. Opłacali nocleg, ale próbne ślizgi wykonywali za darmo. Od Niemców poszedł komunikat: „W przypadku zmiany trenera możliwe, że zrywamy współpracę”.
To jeden z tematów, które mogą upaść, jeśli związek oficjalnie pozbędzie się Skowrońskiego, a do władz wybierze „miernych, ale wiernych”.
Sochowicz: – Panowie w związku niby szukają pieniędzy, ale tak naprawdę nie mają pojęcia, gdzie szukać. Byłem w kilku miejscach i potencjalni sponsorzy mówili to samo: „Zmieńcie zarząd, to przyjdzie kasa”. To był identyczny przekaz, biorący się ze świadomości, że rządzą leśne dziadki i to włąśnie ci ludzie są problemem.
JAKUB RADOMSKI
WIĘCEJ NA WESZŁO EXTRA:
- Górnik u progu imperium Lukasa Podolskiego [KULISY]
- Michał Winiarski: Spekulowanie o następcy Grbicia to abstrakcja [WYWIAD]
- Pół roku bez pensji i oferta z Wieczystej. Polskie przygody Jesusa Imaza