„Mamy PSG – Bayern w domu”. 10 szalonych meczów Ekstraklasy w XXI wieku

Michał Kołkowski

30 kwietnia 2026, 11:35 • 10 min czytania 4

Reklama
„Mamy PSG – Bayern w domu”. 10 szalonych meczów Ekstraklasy w XXI wieku

Poekscytowaliśmy się trochę Ligą Mistrzów, a już zwłaszcza porywającą konfrontacją Paris Saint-Germain z Bayernem Monachium, która została nawet przez niektórych okrzyknięta najlepszym widowiskiem w najnowszych dziejach futbolu. Czas jednak ponownie skierować wzrok na ekstraklasowe boiska, gdzie rywalizacja o mistrzostwo Polski oraz utrzymanie wkroczyła w decydującą fazę. Zresztą: co to, nie mieliśmy w XXI wieku w Ekstraklasie spektakularnych wymian ciosów z mnóstwem emocji, bramek i zwrotów akcji? No pewnie, że mieliśmy! Może i stoczono je na ociupinkę niższej intensywności, ale to już przecież detal, na który można łaskawie przymknąć oko. W ramach przekierowywania uwagi na Ekstraklasę przypominamy zatem dziesięć tego rodzaju elektryzujących starć.

Reklama

W zestawieniu wzięliśmy pod uwagę mecze z co najmniej ośmioma bramkami. No i oczywiście uwzględniliśmy tylko wyrównane spotkania. Jako się rzekło: wymiany ciosów. Bo to jednak trochę inny poziom wrażeń, gdy mecz kończy się wynikiem – dajmy na to – 4:4, a inny, kiedy jedna z drużyn leje drugą 7:1.

Oto nasze wybory!

TOP 10 szalonych meczów Ekstraklasy w XXI wieku

Kolouris on fire!

Puszcza Niepołomice – Pogoń Szczecin 4:5 (2025)

Reklama

To starcie powinniście doskonale pamiętać, bo minął od niego zaledwie rok. Walcząca wtedy o utrzymanie w Ekstraklasie Puszcza Niepołomice nękała defensywę celującej w europejskie puchary Pogoni Szczecin przy pomocy swojej najgroźniej broni – długich wrzutów z autu – ale nawet to nie wystarczyło, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Gospodarze dwukrotnie odrabiali w tym spotkaniu straty, przez moment prowadzili 3:2, lecz rozpęczony Efthymios Koulouris nie pozwolił im ostatecznie na zdobycie choćby punktu. Grek trafił do siatki czterokrotnie, w tym w trzeciej minucie doliczonego czasu, kiedy ustalił wynik na 4:5.

Cztery gole Koulourisa, dwa trafienia Antoniego Klimka, samobój Leo Borgesa, na dokładkę dwie czerwone kartki. Modelowy przykład szalonego spotkania. Nie będziemy teraz udawać, że jakoś szalenie tęsknimy za Puszczą w Ekstraklasie, ale tamtej ofensywnej Pogoni z Koulourisem na szpicy to trochę nam żal.

Obecnie Portowcy ofensywnym rozmachem nie umywają się do ekipy sprzed roku.

Reklama

Miedź opuszcza Ekstraklasę z przytupem

Wisła Kraków – Miedź Legnica 4:5 (2019)

Sezon 2018/19 w wykonaniu Wisły Kraków to było czyste wariactwo. Dziś kibice Białej Gwiazdy mogą już z uśmiechem wspominać wydarzenia z przełomu 2018 i 2019 roku, kiedy to klub był bliski znalezienia się w rękach Adama Pietrowskiego, Matsa Hartlinga oraz tajemniczego dżentelmena przedstawionego światu jako Vanna Ly. Choć prezydent Krakowa Jacek Majchrowski po spotkaniu z całym tercetem „inwestorów” tego ostatniego nazywał wymijająco „panem skośnookim”. Umówmy się jednak, że siedem lat temu fanom Wisły z pewnością nie było do śmiechu. Wyglądało bowiem na to, że klub może popaść w całkowitą ruinę.

Sylwetki Piłkarskich Krętaczy: Vanna Ly

Najgorszego udało się jednak uniknąć, a szalony sezon zasługiwał na szaloną puentę. I na miano takiej z pewnością zasługuje starcie krakowskiej ekipy z Miedzią Legnica w 37. kolejce ligowych zmagań. Gospodarze byli już wówczas pewni utrzymania, natomiast przyjezdni wciąż mogli wierzyć w uniknięcie degradacji.

Reklama

No i trzeba oddać Legniczanom, że o ekstraklasowy byt powalczyli dosłownie do ostatnich sekund rozgrywek. Triumf 5:4 w Krakowie zapewnili sobie bramką zdobytą w dziesiątej minucie doliczonego czasu gry. Skrzydeł nie podcięły im nawet dwa gole z rzutów karnych, stracone w końcowej fazie starcia, a także negatywne wieści napływające z pozostałych stadionów. Dwie bramki wpakował wtedy Wiśle Joan „Goku” Roman, czyli – jej późniejszy zawodnik.

Słowem: piękna wygrana Miedzi. Ale po niej, zamiast euforii, przyszedł czas na opłakiwanie spadku.

2:0 to niebezpieczny wynik!

Zagłębie Lubin – Lech Poznań 4:5 (2005)

Reklama

Mało wam meczów zakończonych wynikiem 5:4 dla drużyny gości? To proszę bardzo, mamy w zanadrzu jeszcze jeden!

Starcie Zagłębia Lubin z Lechem Poznań z sierpnia 2005 roku, w którym finalnie zatriumfował Kolejorz. Mimo że gospodarze prowadzili 2:0 już po siedmiu minutach rywalizacji. No ale, jak wiadomo, jest to niebezpieczny wynik. A na ławce Lecha zasiadał wówczas Czesław Michniewicz, późniejszy mistrz Polski z Zagłębiem.

Bohaterem poznańskiej ekipy został tego dnia Piotr Reiss, autor hat-tricka. Natomiast słodko-gorzki wieczór przeżył Krzysztof Gajtkowski, który, owszem, zapisał na swoim koncie jednego gola dla Lecha, ale obejrzał również dwie żółte kartki i przedwcześnie opuścił murawę.

Reklama

Trudny debiut Drągowskiego

Jagiellonia Białystok – Korona Kielce 4:4 (2014)

Do przerwy? 3:0 dla gospodarzy. Po 58 minutach – 4:1. A jednak Korona Kielce zdołała wywieźć punkt z terenu Jagiellonii Białystok w meczu 36. kolejki Ekstraklasy.

Nie było to jakoś wielce istotne starcie dla układu tabeli, bo obie ekipy miały już wówczas świadomość, że raczej unikną spadku, ale sam przebieg spotkania i tak zasługuje na odnotowanie w tym zestawieniu. Choć gracze Jagi byli głęboko przekonani, że do wielkiego comebacku Korony by nie doszło, gdyby nie czerwona kartka pokazana w 65. minucie Mateuszowi Piątkowskiemu za… no właśnie, za co? Za kłótnię z rywalem? Odpyskowanie sędziemu?

Trudno powiedzieć, co tam rozgniewało sędziego Krzysztofa Jakubika. Jedno jest natomiast pewne: Piątkowski po długich protestach opuścił murawę, a osłabieni gospodarze nie zdołali obronić pokaźnej przewagi. – Po czerwonej kartce, w końcówce w ogóle nie potrafiliśmy uporządkować przez parę minut gry i w bardzo prosty sposób straciliśmy te bramki. Potem mieliśmy swoje sytuacje, ale sami sobie zepsuliśmy grę – przyznał trener Michał Probierz.

Reklama

Dwa spadki, jedno trofeum. Drągowski za granicą mógł ugrać więcej

Szkoleniowiec nie chciał obwiniać za stratę punktów 17-letniego Bartłomieja Drągowskiego, który zaliczył tego dnia niezbyt udany debiut w Ekstraklasie. – Na pewno, wstawiając do bramki debiutanta trzeba brać ryzyko, że jakiś błąd popełni, dlatego biorę go w obronę. Na pewno jeszcze niejeden błąd popełni – zaznaczył Probierz.

„Dramat godny Szekspira”

Lechia Gdańsk – Ruch Chorzów 4:4 (2013)

Reklama

Ruch Chorzów miał w tym spotkaniu trzy punkty na wyciągnięcie ręki. Właściwie to chował już je do kieszeni, prowadząc 4:2 w Gdańsku po 90 minutach rywalizacji. Ale Lechia nie złożyła broni do ostatniego gwizdka arbitra i w ostatecznym rozrachunku pozbawiła Niebieskich triumfu w doliczonym czasie gry. Kluczowe gole dla gospodarzy zdobyli dwaj rośli napastnicy, będący na zupełnie innych etapach karier: schodzący ze sceny Grzegorz Rasiak oraz początkujący Adam Duda.

– Trudno coś sensownego sklecić. Jeśli w tak trudnym meczu, na wyjeździe strzeliliśmy cztery gole i nie wygraliśmy, to pretensje możemy mieć tylko do siebie. Szkoda, bo gdyśmy dowieźli prowadzenie, to już dzisiaj zakończyłaby się dla nas walka o utrzymanie – przyznał trener Jacek Zieliński. I rzeczywiście, była to bardzo bolesna strata punktów dla Chorzowian, którzy zaliczyli koszmarny finisz sezonu 2012/13 i z hukiem zlecieliby z Ekstraklasy, gdyby nie upadek Polonii Warszawa.

Natomiast Bobo Kaczmarek remis z Ruchem skwitował w swoim stylu: – Był to dramat godny Szekspira.

Reklama

Jeleń i Gęsior nastraszyli Kasperczaka

Wisła Płock – Wisła Kraków 4:4 (2004)

Roznieść Wisłę Kraków dowodzoną przez Henryka Kasperczaka, z największymi gwiazdami polskich boisk w składzie? Oj, to byłby niesamowity wyczyn.

Wydawało się, że takiej sztuki może dokonać imienniczka Białej Gwiazdy, czyli rzecz jasna Wisła Płock. Nafciarze prowadzili z krakowskim zespołem aż 4:1 po 39. minutach rywalizacji w ramach 18. kolejki sezonu 2003/04. Dublety zapisali na swoim koncie Ireneusz Jeleń oraz Dariusz Gęsior (gol na 3:1 – cudeńko). Jeszcze przed przerwą przewagę gospodarzy zredukował jednak Mirosław Szymkowiak, a w końcówce wypaliły dwie niezawodne strzelby: Maciej Żurawski i Tomasz Frankowski.

Efekt? Stanęło na wyniku 4:4. Też niezłym z perspektywy Płocczan, ale jednak w tych okolicznościach – rozczarowującym.

Reklama

– Z wyniku mogę być niezadowolony, bo muszę wziąć pod uwagę, że strzeliliśmy w kolejnym meczu cztery bramki i znów nie wygraliśmy – przyznał trener Mirosław Jabłoński. – Trudno jest powstrzymać Wisłę, bo ma opracowane pewne schematy, które z żelazną konsekwencją realizuje. Atakuje wieloma zawodnikami w polu karnym. Może, gdyby udało się w drugiej połowie dłużej utrzymywać przy piłce, to ten rezultat do końca byśmy dowieźli. Tego utrzymania zabrakło.

– Myślę, że zespół Wisły Płock w pierwszej połowie napędził nam sporo strachu. Bałem się tej skuteczności – skomentował Kasperczak.

Swoją drogą, Radosław Majdan chyba nie doceniał dynamiki Ireneusza Jelenia…

Reklama

Zaczęło się od pięknego gola i skończyło pięknym golem

Wisła Płock – Lech Poznań 4:4 (2004)

Zastanawiacie się jednak być może, co miał na myśli Mirosław Jabłoński wspominając o kolejnej utracie punktów mimo zdobycia czterech goli? Ha, już spieszymy z wyjaśnieniem. Dosłownie dwa tygodnie przed starciem z Białą Gwiazdą, Wisła Płock zremisowała też u siebie 4:4 z Lechem Poznań. W tym spotkaniu również błysnął Jeleń, choć jeszcze lepiej od niego zaprezentowali się Wahan Geworgian (autor dwóch trafień) i Dariusz Romuzga (bramka z wolnego plus asysta).

Lech wyszarpał punkty dzięki dwóm trafieniom w samej końcówce spotkania.

To który gol z wolnego ładniejszy – ten otwierający Romuzgi (swoją drogą, czy piłka tam przypadkiem nie był w ruchu?) czy Michała Golińskiego na 4:4?

Reklama

GKS Bełchatów wyhamowany w walce o tytuł

Korona Kielce – GKS Bełchatów 5:3 (2007)

GKS Bełchatów do meczu 28. kolejki Ekstraklasy w sezonie 2006/07 przystępował jako sensacyjny lider tabeli, choć czuł na plecach oddech Zagłębia Lubin, nad którym miał tylko dwa oczka przewagi. Niemniej, na finiszu ligowych zmagań to podopieczni Oresta Lenczyka trzymali wszystkie karty w ręku – wystarczyło wygrywać, a Miedziowi ani nikt inny nie odebrałby im tytułu. I wyglądało na to, że Bełchatowianie nie pękną pod presją. Ostatecznie przed potyczką z Koroną Kielce odnieśli cztery ligowe zwycięstwa z rzędu. Byli dobrze dysponowani, można nawet rzec, że rozpędzeni. Jednak Kielczanie również zaliczali się wtedy do czołówki Ekstraklasy.

Kulisy finiszu sezonu 2006/07 w wykonaniu GKS-u poznaliśmy dzięki dokumentowi „Siedem dni do mistrzostwa”.

Reklama

– Wy sobie nie wyobrażajcie, że co roku się gra o mistrzostwo Polski. Co roku o mistrzostwo gra Real Madryt, Bayern Monachium, Wisła Kraków. A co do Bayernu i do Wisły, to macie w tym roku przykład, jak to wyszło – ostrzegał swoich podopiecznych Orest Lenczyk. – Jesteśmy tu dzięki jakiemuś zbiegowi okoliczności, bo to trzeba brać pod uwagę. A czemu nie? Może właśnie sztuką jest wykorzystać to i nie poprzegrywać tak jak Wisła, by być w tej chwili obok Wisły w tabeli?

Lenczyk. Historia mędrca czy aroganta? [ARCHIWALNY REPORTAŻ]

GKS, trzeba mu to oddać, w Kielcach nie odpuszczał. Szybko stracił dwa gole, ale doprowadził do wyrównania. Potem znów dwukrotnie odebrał, lecz złapał kontakt. Natomiast bramka na 5:3 dla gospodarzy definitywnie przekreśliła już nadzieje lidera tabeli na dopisanie sobie kolejnych trzech punktów.

Zagłębie tej porażki nie wykorzystało, bo samo też poległo (z Górnikiem Łęczna). Ale w 29. kolejce GKS też przegrał, no i tym razem Miedziowi byli już bezlitośni.

Reklama

Efektowna batalia o prymat na Dolnym Śląsku

Śląsk Wrocław – Zagłębie Lubin 4:4 (2019)

Osiem goli w derbach? Bywały w Ekstraklasie i takie przypadki!

We wrześniu 2019 roku zawodnicy Śląska Wrocław i Zagłębia Lubin urządzili w ramach Derbów Dolnego Śląska klasyczną wymianę ciosów. Gospodarze prowadzili 1:0 i 2:1. Później przegrywali 2:3 i 3:4, by ostatecznie zremisować z lokalnymi oponentami 4:4. Hat-trickiem popisał się wówczas Erik Exposito.

Reklama

Najładniejszy gol dnia? Chyba ten po półwoleju Bartosza Slisza, choć strzał Dino Stigleca z rzutu wolnego też palce lizać.

Rozpędzony Piast postrzelał w Niecieczy

Bruk-Bet Termalica Nieciecza – Piast Gliwice 3:5 (2015)

Dziesiątkę zamykamy starciem Bruk-Bet Termaliki Nieciecza z Piastem Gliwice z listopada 2015 roku. Goście byli wówczas rewelacją ligowych boisk: przewodzili w Ekstraklasie z aż ośmiopunktową przewagą nad Legią Warszawa. Ale i Słoniki radziły sobie całkiem przyzwoicie, plasując się w środku stawki. Trener Piotr Mandrysz odważnie zapowiadał, że jego podopieczni mają zamiast napsuć krwi faworytom z Górnego Śląska, no i słowa dotrzymał.

Reklama

Termalica na otwierającego gola Piasta odpowiedziała bowiem dwoma trafieniami. Kiedy rozjuszeni goście podkręcili tempo i wyszli na prowadzenie 4:2, Tomasz Foszmańczyk zripostował kontaktowym golem (drugim w tym spotkaniu), a Wojciech Kędziora zmarnował jeszcze po drodze rzut karny.

Dopiero gol Tomasz Mokwy na 3:5 dobił wojowniczą ekipę z Niecieczy.

A wam które z tych spotkań najmocniej zapadło w pamięci? A może przychodzi wam na myśl inne starcie, którego w naszej dziesiątce zabrakło?

Reklama

Dajcie znać w komentarzach!

Czytaj więcej na Weszło:

fot. NewsPix.pl

4 komentarze
Michał Kołkowski

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama