Widzew w dniu próby. Różne postawy kibiców i milcząca trybuna

Antoni Figlewicz

27 kwietnia 2026, 08:22 • 8 min czytania 8

Reklama
Widzew w dniu próby. Różne postawy kibiców i milcząca trybuna

Przedziwna była ta niedziela na stadionie Widzewa, zwykle tętniącym życiem i przygniatającym ciężarem dopingu rywali Łodzian. Tym razem przygniatająca była tylko cisza, którą wybrali teoretycznie najbardziej zagorzali fani czerwono-biało-czerwonych. Teoretycznie, bo w dopingu przecież tkwi istota kibicowania, co nie? A tego były tylko szczątkowe ilości. Może czegoś jednak nie rozumiem, ale starałem się zrozumieć możliwie najlepiej.

Reklama

Widzew gra z nożem na gardle. Z Radomiakiem grał o wszystko, z Motorem zagrał o wszystko, kolejne mecze też ma o wszystko. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem spotkałem fanów, którzy w pełni świadomi sytuacji przekonywali mnie, że jednak są jakieś powody do optymizmu: – Pozytywne myślenie opieram na słabości tej ligi – mówił mi czterdziestolatek w okularach, który z paroma kolegami zameldował się, jak średnio co dwa tygodnie, przy alei Piłsudskiego. – Ale naprawdę, nie wiem, czego innego można się tu chwycić. My tu oczywiście przychodzimy zawsze i bez względu na wszystko, ale przecież nie będę udawał, że nie wolałbym, żeby Widzew grał dobrze i wygrywał – dodał jeszcze szybko.

O, gdyby to faktycznie było takie proste – słysząc ten ostatni fragment dorzucił jeden z kolegów, łysy i szukający sposobu na otworzenie trzymanego przez siebie piwa. Gdyby ktoś wiedział, jak sprawić, żeby ten podlany potężnym okienkiem transferowym Widzew zaczął grać porządnie w piłkę, to spokojnie mógłby aspirować nawet do nagrody Nobla. Bo zwyczajnie nie wiadomo, o co chodzi.

Widzew nad przepaścią. W co wierzą w Łodzi i na co liczą?

Przy okazji meczu Widzewa z Motorem miałem zamiar zbadać, jak to się ładnie mówi, nastroje społeczne. Pod stadion wybrałem się z solidnym wyprzedzeniem i wkręciłem się w zatłoczoną strefę kibica. Tam – jak pewnie się domyślacie – niezła wyżerka i jeden dominujący temat. „Co z tym Widzewem?” Ja tylko rżnąłem głupa, nie chciałem niczego sugerować, choć sam jakieś zdanie w tej kwestii mam. Zorientowałem się jednak, że kibiców Widzewa można rozbić na dwa obozy.

Reklama

Obóz wsparcia.

I obóz wyparcia.

Przedstawiciele tego pierwszego wyglądają na takich realnie zasmuconych. Wiecie, jak to czasem jest, kiedy na czymś naprawdę mocno wam zależy, a macie z tego figę z makiem. – Spadek? To nie ma większego znaczenia, serio. Byliśmy w czwartej lidze, więc i w pierwszej będziemy, przecież na tym to polega – słyszę od kolejnego zaczepionego fana ekipy z Łodzi. Fajne, trochę romantyczne, ale wygląda na to, że całkiem szczere, bo jego słowom przysłuchują się mniej wygadani koledzy i kiwają głowami. Ze smutkiem, ale zrozumieniem i to takie – nie obraźcie się panowie za to dwuznaczne określenie – ciepłe. Wzbudzające nawet coś na kształt współczucia.

Stoi jednak w kontrze do zimnej reakcji Zegara, czyli najgłośniejszej zazwyczaj trybuny stadionu Widzewa.

Reklama

„Dostaliście od nas wszystko. Wiarę, wsparcie, zaufanie, szacunek. W zamian dostaliśmy wstyd, hańbę, brak zaangażowania. To koniec głaskania”

Taki przekaz płynął z wywieszonego na barierkach transparentu, który przywitał piłkarzy na murawie i nadał ton całemu meczowi. Potem były też kolejne „stanowiska” fanów.

„Partacze wypie*dalać z Widzewa. Adamczuk, Burlikowski – jesteście pierwsi na naszej liście”

„E. Kornvig losing a match isn’t funny. Show some respect or get the fuck out”

Reklama

Oberwało się nawet Duńczykowi, czort jeden raczy wiedzieć, za co dokładnie, ale widać, że to jakieś ważne rzeczy. A, no i na dokładkę jeszcze wymowna żółta kartka dla Michała Rydza, prezesa łódzkiego klubu. Wszystko to przy ciągłym milczeniu Zegara, gdy piłkarze Widzewa walczyli o punkty z Motorem. No okej, może nie ciągłym, bo poczyniłem dokładne notatki z pierwszej połowy i parę razy kibice wyrwali się z okrzykami.

Na sam start „Widzew to my”. Potem, w 11. minucie – „Widzew grać ku*wa mać”. Po golu na 1:0 nazwisko strzelca i wynik. W 28. minucie gromkie „koniec kariery” w kierunku leżącego na murawie Ndiaye. Parę chwil później stare i dobrze znane „je*ać PZPN”. No i to by było na tyle. Poza tym tylko jakieś spontaniczne okrzyki zdezorientowanych kibiców z innych trybun, ale zorganizowanego dopingu na stadionie Widzewa dziś nie było praktycznie wcale.

Idea kibicowania w odwrocie? Na pewno nieco zapomniana. To właśnie taką postawę uznałem za najbardziej reprezentatywną dla obozu wyparcia, który charakteryzuje się ostrą reakcją na zawiedzione nadzieje.

Reklama

Nigdy nie będziesz szedł sam

Takich fanów była chyba jednak mniejszość, choć ich zachowanie najbardziej dało się na stadionie wyczuć. Szczególnie, jeśli odwiedziliście kiedyś łódzki obiekt i wiecie, jaka atmosfera zwykle na nim panuje. Tym razem nie miało to nic wspólnego z widzewskim dopingiem, który chwalą nawet ligowi rywale. – Najgorsza możliwa wersja protestu dla zawodnika to obecność kibiców, a brak aktywności i dopingu – mówił podczas pomeczowej konferencji trener Vuković, który wpakował się w ten widzewski bałagan całkiem niedawno, a teraz musi jakoś sobie z nim radzić.

Łatwo, jak widać, nie jest. Także dlatego, że wszyscy są bardzo nerwowi – od piłkarzy, przez włodarzy, po kibiców. Spadek zagląda w oczy, choć przedstawiciele obozu wsparcia nie za bardzo się go boją. A na pewno nie wszyscy. – No i co? Najwyżej jeden z drugim zagra sobie za karę w pierwszej lidze i zobaczy, co zgotowali. Dla nas to nie jest najstraszniejsza rzecz na świecie, kiedyś już spadaliśmy, dla piłkarzy to chyba większa porażka, nie? – dopytuje mnie retorycznie jakiś facet z brodą.

Brak jednak przekonania, że to wina głównie piłkarzy. Z jednym gościem obgadywałem tę kwestię pewnie z dziesięć minut, bo każda kolejna hipoteza otwierała kolejną. Tu na przykład taki wycinek naszej dyskusji – Zobacz, jak teraz grają w innych klubach po odejściu z Widzewa. Nawet ten Gong coś strzela na Słowacji – rusza mój rozmówca z pierwszym argumentem.

Reklama

Dobra no, na Słowacji. 

– Okej, okej, ale Gallapeni? No niezły ostatnio w tym Płocku.

Tu już nie zdobyłem się na kontrę, bo i wypadało przyznać, że reprezentant Kosowa coś tam faktycznie dla Wisły gra w ostatnich kolejkach. Każdy inaczej definiuje sobie określenie „niezły”, ale sama teoria o piłkarzach Widzewa grających najlepiej dopiero po odejściu z tegoż Widzewa wydaje się mieć jakieś akceptowalne podstawy. Dlatego szukamy dalej i… dochodzimy do ślepego zaułka.

Ale kurcze, nie wiem z czego to wynika – mówi mi kibic Widzewa. – Tu problem musi być gdzieś na górze.

Reklama

Mityczna góra. Może tutaj postawy wsparcia i wyparcia znajdują jakiś wspólny język. Bo jeśli mówimy o górze, to chyba o prezesie, dyrektorach i innych decydentach. Tyle że zaraz można dojść do wniosku, że jakiś główny i największy problem Widzewa nie jest tak świeży jak kontrakty Dariusza Adamczuka czy Piotra Burlikowskiego. Pewnie też starszy niż prezesura Michała Rydza.

Widzew jest w jakimś stopniu przeklęty? Może to cieki wodne?

Takim transparentem kibice Widzewa przywitali piłkarzy wychodzących z szatni na mecz

Reklama

Wizja potrzebna od zaraz. Ale nie zaraz po czterech poprzednich wizjach

Z tego co kojarzę, pod stadionem Widzewa znajdować ma się podobno jakieś podziemne jezioro, więc może i faktycznie kłopotem jest lokalizacja… Jeśli jednak założymy, że to nie są moce nieco nieuchwytne, to źródeł (dobre, nie?) problemu należy szukać gdzieś indziej. – Mam wrażenie, że tego nie da się już odratować bez resetu – twierdzi jeden całkiem brzuchaty kibic, ostatni którego zaczepiałem. – Bo wiesz, nie działa nic, więc nie ma sensu się na czymkolwiek opierać – diagnozuje.

Dosyć to trafne, ale potem dochodzimy do kolejnego problemu, czyli widzewskiej tendencji do odbijania się od ściany do ściany, która – teraz już wiemy z perspektywy czasu, że tak jest – rozwaliła jakiekolwiek plany na trwający jeszcze sezon w drobny mak.

Sopić okej, nowa drużyna, źli sędziowie, pech. Sopić do zwolnienia.

Czubak młody, perspektywiczny, oddany. Dobra atmosfera. Nowe otwarcie. Grecja, wesele. Czubak do zwolnienia.

Reklama

Jovićević świetny, zagraniczny, z Ligi Mistrzów. Rozwój, mental. Wielka wizja. Niedopasowanie. Mało czasu. Jovićević do zwolnienia.

A teraz jeszcze Aleksandar Vuković próbujący sprzątać stajnię Augiasza, zarazem nie mając zbyt wielu narzędzi, by uczynić Widzew wielkim. Szczerze? Najbardziej musi boleć właśnie ta obietnica wielkości sprzed ponad roku i to kolejna rzecz łącząca oba nazwane przeze mnie stronnictwa. Obóz wsparcia smuci się, że zamiast Europy może dostać – na przykład – „miniderby” z Unią Skierniewice, bo ta walczy o awans do I ligi. Obóz wyparcia ma ten sam kłopot, tylko reaguje złością, gniewem, tym razem także milczeniem.

Lukas Lerager

Gol Lukasa Leragera i tak wywołał dziś żywiołową reakcję. Niektóre emocje trudno stłumić

Reklama

Za małą mam głowę, by te postawy oceniać i każdą z nich dobrze zrozumieć, jednak jestem święcie przekonany, że Widzewowi na nic zda się teraz protest kibiców, jednej z ostatnich instancji, w których zawodnicy zawsze mogli upatrywać jakiegoś oparcia. Mecz z Motorem nie będzie przyczynkiem do jakiejś kibicowskiej schizmy, oczywiście, że nie. I on, i reakcje w sieci tuż po jego zakończeniu są jednak dla mnie jasnym sygnałem na to, że takie protesty to absolutna ostateczność. Skrajność, do popadania w którą mają w Łodzi widoczną tendencję.

Przez co Widzew znów jest w skrajności. Po raz n-ty w ostatnim roku i jeszcze kilka razy w tej skrajności będzie, pewnie już na przestrzeni paru najbliższych tygodni. Nie wiem jak można wytrzymywać takie szaleństwo w zdrowiu, naprawdę. Takie natężenie emocji, zwykłych nerwów tak naprawdę, to dawka bliska pewnie śmiertelnej.

W kontekście pracy w klubie sportowym, na naprawdę różnych stanowiskach, często mówi się o czymś takim jak „trzymanie ciśnienia”. Jak tak na to wszystko patrzę, to w moich oczach Widzew jest teraz jak rozgrzana puszka dezodorantu i trzyma ciśnienie z olbrzymim trudem. Cały Widzew, a nie tylko jakieś poszczególne postacie.

CZYTAJ WIĘCEJ O WIDZEWIE ŁÓDŹ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

Reklama
8 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama