Wkrótce minie dziesięć lat odkąd system VAR upowszechnił się na światowych stadionach. Niby się przyzwyczailiśmy, ale skrajnych emocji wokół niego nadal jest sporo. Jedni doceniają, że pomógł ograniczyć ewidentnie błędy sędziowskie, inni narzekają, że zabija ducha futbolu. W pewnym miejscu te dwa zbiory łączą się jeden w jeden wspólny. Po ostatniej rozmowie w programie Giki & Wąs to właśnie w nim musielibyśmy umieścić Szymona Marciniaka, co jednak jest dość dziwne, skoro mówimy o jednym z najbardziej poważanych sędziów ostatnich lat, który ma spory wpływ na to, jak ten VAR działa.
Nasz międzynarodowy arbiter mówił ostatnio na WeszłoTV o zmianach dotyczących wideoweryfikacji. M.in. zachwycał się nowymi przepisami, które FIFA wprowadzi podczas zbliżających się mistrzostw świata, ale oddał się też bardziej ogólnej refleksji. I, jak to sędzia, wydał werdykt: No spoko ten VAR, ale jednak kiedyś to było.
Szymon Marciniak twierdzi, że VAR zabija romantyczny futbol. Tylko, że VAR nie obsługuje się sam
Zaczął Marciniak od pozytywów:
– Każde narzędzie, które dostajemy jako sędziowie od decydentów, jest mile widziane – stwierdził.
Natomiast czy rzeczywiście jest aż takim fanem nowych technologii? Słuchając dalszej części jego wypowiedzi, można zwątpić.
– Trochę zabijamy ten piękny futbol, który był trochę romantyczny. Była walka, nikt nie płakał, nikt nie oszukiwał, nikt nie narzekał. Dzisiaj każde dotknięcie… ten VAR ma dużo do powiedzenia. Na początku miał być do czarno-białych błędów, ale niestety, oczekiwania wszystkich – piłkarzy, trenerów – spowodowały, że bazujemy na tym obrazie, a wiecie dobrze, że jak ten obraz się zatrzyma, to można manipulować – oznajmił sędzia.
Nasz stęskniony za światem bez kamer arbiter zdaje się przekonywać, że „zabijaniu pięknego, romantycznego futbolu” winni są w całości piłkarze, którzy nabierają sędziów i presja otoczenia, by w takich sytuacjach korzystać z VAR-u. Fakt, zawodnicy wyolbrzymiają sytuacje boiskowe i często całe drużyny obsiadają wówczas arbitra jak muchy, jednak na koniec to sędzia ma gwizdek i monitor, by na przyszłość wybić piłkarzom takie pomysły z głów.
Tymczasem sam Marciniak przyznaje, że właściwie to sędziowie zamiast ograniczyć się do naprawdę ewidentnych sytuacji, sprawdzają każdą, w której boiskowy cwaniak zaczął krzyczeć i machać rękami, licząc, że a nuż arbiter się czegoś doszuka. Cóż, „spowodowały to oczekiwania” brzmi na pewno ładniej niż „daliśmy sobie wejść na głowę”.
Absurdalne wydaje się też stwierdzenie, że dawniej „nikt nie narzekał”, bo wywieranie presji na arbitrze zdaje się być równie stare, jak sama piłka nożna. Himalaje niedorzeczności przebija jednak fragment, że „nikt nie oszukiwał”. O najczarniejszym okresie polskiej piłki nie będziemy tu nawet wspominać, ale jeśli gloryfikujemy czasy naprawdę dawne i wierzymy, że im więcej lat wstecz, tym gra była uczciwsza, to pierwszym skojarzeniem obalającym tę tezę jest „ręka Boga” Maradony z mundialu 1986 (tych rąk było zresztą sporo – choćby Henry’ego na wagę awansu Francji na mundial w RPA, Furtoka ratująca nas w 1993 przed remisem z San Marino czy Siemaszki z 2017 decydująca o spadku Ruchu Chorzów).
A czy nikt nie płakał? Bzdura, symulantów już wtedy nie brakowało. Symbolem niech będzie sytuacja z mundialu 2002, gdy Rivaldo upadł sygnalizując trafienie piłką w twarz (choć dostał w nogę), a sędzia się na tę godną Oscara scenę agonii nabrał i wyrzucił z boiska Hakana Unsala. Za to Xabi Alonso pewnie mógłby wylać i wiadro łez po tym jak w finale mundialu 2010 Nigel de Jong władował się w niego wyprostowaną nogą, za co dostał tylko żółtą kartkę – Howard Webb i tak nie miał narzędzi, by swój błąd naprawić.
Winni piłkarze-naciągacze? Sędziowie się do tego przyczyniają
No ale uznajmy, że Marciniak mimo pobrzmiewającej w jego głosie nostalgii nie kwestionuje tego, że wprowadzenie VAR ogółem było zmianą na lepsze i irytuje go tylko to, że piłkarze wykorzystują jego obecność do naciągania. I ja go rozumiem, tylko, że dla mnie ta sytuacja to nadal ogromny kamyk do ogródka sędziów. Piłkarze-naciągacze to żadna nowość. Nowością jest to, że teraz są lepsze narzędzia, by z nimi walczyć. Tymczasem najbardziej ceniony polski arbiter oświadcza, że jest gorzej. Cóż, mam pewne wątpliwości, czy winne jest narzędzie.
Dalej Marciniak twierdzi, że VAR ma dużo do powiedzenia. Że niekiedy trzeba sprawdzać każde dotknięcie. Trudno, żeby piłkarze mieli przestać bawić się w aktorów i wywierać presję, skoro to wciąż w wielu przypadkach popłaca, a rzadko rodzi negatywne konsekwencje (wydaje się, że zdecydowanie częściej piłkarze mogliby być karani kartkami za symulowanie). Tyle razy słyszeliśmy już zapewnienia o tym, że sędziowie nie chcą gwizdać „miękkich karnych”, ale wciąż to robią. Przykładu „jedenastki z ery VAR” nie trzeba szukać daleko – w ostatniej kolejce Ekstraklasy, w meczu Lechii z Piastem, Rodin w trakcie zwykłej walki o piłkę dotknął twarzy Czerwińskiego, a ten, gdy nie zdołał oddać strzału, sięgnął po koło ratunkowe i padł na murawę. Sędzia z boiska karnego nie widział, ale po podejściu do monitora oczywiście go podyktował.
Powiedzmy więc otwarcie: sędziowie nie mogą uciec tutaj od odpowiedzialności – są współwinni tego mordu na romantycznym futbolu w podobnym stopniu co piłkarze. Żeby było jasne – mało rzeczy (być może nic) irytuje w piłce bardziej niż umieranie zawodników po każdym, najdrobniejszym kontakcie z rywalem. Równie wysoko na tej liście są jednak odgwizdywane w tych sytuacjach przewinienia.
Marciniak sam mówi: „Na początku VAR miał być do czarno-białych błędów”. Przyznaje więc, że gdyby sędziowie stosowali się do przepisów, tej dyskusji by dzisiaj nie było. Próbując wyjść naprzeciw oczekiwaniom zawodników, arbitrzy sami zapędzili się w kozi róg.
Zaznaczę – uważam, że sędziowie mają bardzo trudne zadanie. Spalonego można obecnie wychwycić nawet, gdy piłkarz jest wychylony choćby centymetr od wyznaczonej linii, a wówczas decyzja jest wyrazem bezdusznych, ale sprawiedliwych, bo identycznych dla wszystkich, reguł. Przy potencjalnym faulu często mamy dużą uznaniowość. I w tym sensie rozumiem do pewnego stopnia Szymona Marciniaka – ocena spornych sytuacji, nawet w erze VAR, to spore wyzwanie, a zawodnicy swoją postawą jeszcze dodatkowo je komplikują.
Natomiast doszukiwanie się przewinień w powtórkach poszło o krok za daleko i nie jest tak, że sędziowie są wobec tego absolutnie bezbronni. W prawie jest zasada, że w przypadku wątpliwości orzeka się na korzyść oskarżonego, natomiast w piłce zaczyna to iść w odwrotną stronę – skoro kontrowersją w równym stopniu będzie podyktowanie i niepodyktowanie karnego, to sędziowie coraz częściej wolą wskazać na wapno. Skoro więc sami widzą problem, są świadomi, jak obraz z powtórki przy odpowiednim ujęciu może przedstawiać tę samą sytuację w zupełnie innym świetle i wiedzą, że powinni analizować tylko sytuacje oczywiste, a mimo to zastanawiają się przed monitorem po kilkanaście lub kilkadziesiąt sekund, czy był faul, czy nie, to ewidentnie coś tu zawodzi.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Marciniak: Do finału mistrzostw świata doprowadził mnie Arab Cup
- Marciniak: Zabijamy romantyczny futbol. VAR ma dużo do powiedzenia
- Marciniak zachwycony zmianą w przepisach. „To coś kapitalnego”
Fot. Newspix