Bayern Monachium właśnie zameldował się w półfinale Ligi Mistrzów, w niedzielę może zdobyć drugi z rzędu tytuł mistrzowski, już teraz pobił rekord Bundesligi w liczbie zdobytej bramek. Bawarczycy pod wodzą Vincenta Kompany’ego zachwycają do tego stopnia, że łatwo zapomnieć, jak wyglądał zespół z Saebener Strasse jeszcze kilkanaście miesięcy temu. I że szkoleniowiec z Belgii był dla wielu działaczy zaledwie opcją numer cztery lub pięć, o ile nie znajdował się na liście jeszcze dalej.
– Był czwartym czy piątym trenerem, z którym rozmawialiśmy. Przed nim był Julian Nagelsmann, Ralf Rangnick, Thomas Tuchel oraz Oliver Glasner, który przyszedłby do Bayernu, gdyby zgodziło się Crystal Palace – ujawnił niedawno Uli Hoeness, który, choć w Bayernie pełni już tylko rolę honorową, wciąż kiedy chce pociąga za sznurki z tylnego siedzenia.
A to i tak tylko skrócona lista kandydatów, z którymi kontaktował się wówczas Bayern. I jest na niej – to warto zaznaczyć – Thomas Tuchel, któremu w pewnym momencie oferowano przedłużenie umowy. Choć ten osiągał fatalne rezultaty, pierwszy raz od lat przegrał mistrzostwo, a die Roten pod jego wodzą przypominali kipiący kociołek. To pokazywało skalę desperacji zarządu Bayernu.
Według niemieckich mediów Bawarczykom odmówił też Xabi Alonso, kontaktowali się również z Sebastianem Hoenessem, Zinedinem Zidanem, Rogerem Schmidtem, a nawet Joachimem Loewem.
– Julen Lopetegui odmówił Bayernowi Monachium. To ósmy trener, z którym kontaktowali się działacze die Roten – przekazał w maju 2024 roku David Orstein, dziennikarz The Athletic.
Na razie wszyscy mówili: nie. To z kolei pokazywało, że objęcie Bayernu w tamtym momencie było przede wszystkim ryzykiem, a nie spełnieniem marzeń każdego szkoleniowca.
Eberl dopiął swego. Tak zatrudniano Vincenta Kompany’ego
Nazwisko Kompany’ego konsekwentnie w rozmowach z górą wspominał jednak Max Eberl. On jedyny wierzył, że belgijski szkoleniowiec będzie rozwiązaniem problemów monachijczyków. Wcześniej dyrektor sportowy chciał nawet zatrudnić go w Borussii Moenchengladbach, ale nie zdołał namówić początkującego szkoleniowca.
– Początkowo byliśmy sceptyczni – nie ukrywa Hoeness. W sieci krążył nawet żart, że gdy za pierwszym razem były prezydent miał usłyszeć nazwisko Kompany’ego, stwierdził, że Bayern ma przecież obrońców – de Ligta i Diera. Choć cytat jest zmyślony, dobrze oddawał nieufność, z jaką na początku spotkał się 40-letni trener.
Pomógł dopiero telefon do Pepa Guardioli.
– Kiedy przed podpisaniem kontraktu, zadzwoniliśmy do Pepa powiedział, że możemy brać go w ciemno – kontynuował Hoeness.
– Vincent był pomysłem Maxa Eberla. Spotkaliśmy się w Monachium. Był Max, Herbert Hainer, Christoph Freund, Kompany i jego ojciec. Po pół godzinie pokazałem Maxowi kciuk w górę. Widziałem, że to ten trener – opowiadał.
Ta historia odsłania nie tylko kulisy zatrudnienia Kompany’ego, ale też pokazuje jak trudną robotę ma w Monachium dyrektor sportowy. I jaką rolę wciąż odgrywa Hoeness. Bo choć na spotkaniu z trenerem obecny był i dyrektor, i jego prawa ręka (Freund) i obecny prezydent klubu (Hainer), zielone światło Kompany’emu dał dopiero uniesiony w górę kciuk Hoenessa.
Zupełnie jak gest oglądającego walki gladiatorów Cezara.
Pięć czynników sukcesu Kompany’ego w Bayernie
Dziś postać Kompany’ego nie budzi już żadnych kontrowersji. W wielkim stylu zmierza po drugie mistrzostwo Niemiec, a przed chwilą wyeliminował Real Madryt, by zameldować się w półfinale Ligi Mistrzów.
Przyjrzyjmy się – co w Bayernie zmienił Kompany i jakie przyniosło to efekty.
1. Powrót do boiskowej dominacji
Doskonale pamiętam ostatnią kolejkę sezonu 2022/23. Bayern mistrzostwo Niemiec mógł stracić już wtedy – wystarczyło, by Borussia Dortmund pokonała FSV Mainz. Ta ostatecznie się potknęła, ale niewiele brakowało, by Bayern wcale tego nie wykorzystał.
Bawarczycy grali na wyjeździe z FC Koeln i prowadzili do przerwy 1:0. Taki wynik dawał im tytuł, lecz na drugą połowę zamiast atakować i zamknąć mecz drugą i trzecią strzeloną bramką, Bawarczycy wyszli się… bronić. Tak zdecydował nowy szkoleniowiec, Thomas Tuchel.
Defensywa taktyka, do której Bayern nie był przyzwyczajony, i zaproszenie rywala na własną połowę omal nie przyniosło zgubnych skutków. W 81. minucie z rzutu karnego wyrównał Dejan Ljubicić i tytuł zaczął wyślizgiwać się Bawarczykom z rąk. Tuchela uratował dopiero w 89. minucie Jamal Musiala, ale mistrzostwo zostało zdobyte nie dzięki swojemu trenerowi, a pomimo jego pomysłowi. I dzięki frajerstwie Borussii Dortmund.
To po tym meczu, gdy piłkarze świętowali mistrzostwo, na murawie zwolniony został Hasan Salihamidzić. Posadą zapłacił też Oliver Kahn, któremu – a był przecież prezesem! – zabroniono pojechał z klubem do Kolonii.

Trener Kompany zupełnie porzucił drogę, którą podążał Tuchel. Zamiast momentami reakcyjnego, zupełnie nienaturalnego dla Bayernu stylu gry, sprawił, że zespół znów gra „po bawarsku”. Intensywny pressing w połączeniu z wysoką linią obrony był nazywany początkowo harakiri Fussball, ale ostatecznie sprawdza się na każdym poziomie.
Do tego Bayern znów kontroluje grę, przygniata rywali posiadaniem, a elastyczność taktyczna wielu zawodników zachwyca futbolowych ekspertów.
2. Jasny, spójny pomysł na grę
Analizując ostatnie lata w Bayernie można odnieść wrażenie, że Kompany jest trochę tym, kim chciał być Julian Nagelsmann. Niemiecki selekcjoner chciał zachwycać, chciał elektryzować i zadziwiać swoimi pomysłami taktycznymi. Tylko że jego zespołowi brakowało ciągłości.
Nagelsmann miotał się między rożnymi ustawieniami, zarzucał piłkarzy masą wskazówek taktycznych, czasami pomysłów trenera było dla piłkarzy za wiele. Nie wszystkich umiał też przekonać do swojej wizji gry – jak choćby Roberta Lewandowskiego, po którego odejściu właściwie odetchnął z ulgą. Ale później okazało się, że gra bez napastnika tej klasy wcale nie jest taka prosta.
Kompany ma jasny, główny model gry. Jest powtarzalny, niektóre schematy, jak niskie zejścia Harry’ego Kane’a, czy kilkudziesięciometrowe sprinty Konrada Laimera z boku obrony na pozycję napastnika – są charakterystycznymi elementami dla gry belgijskiego szkoleniowca.
Styl gry Bayernu jest nie tylko skuteczny (w Bundeslidze pobił już rekord zdobytych bramek), ale też piekielnie widowiskowy. W opinii autora tekstu – to najbardziej efektowny futbol od czasów Barcelony Pepa Guardioli.
Futbol XXII wieku. Bayern – najlepsza obecnie drużyna świata
3. Stabilność, brak wahań formy, poprawa gry u wielu piłkarzy
Na przestrzeni całego sezonu spadki formy są czymś absolutnie normalnym. Tymczasem Bayern Vincenta Kompany’ego przez cały sezon jedzie na najwyższym biegu, nie zrzucając go nawet na chwilę. Bilans 46 spotkań? 40 wygranych, 4 remisy, 2 porażki.
W Bundeslidze dotychczas potknął się raz, w niedzielę wygraną z VfB Stuttgart może zapewnić sobie mistrzostwo Niemiec. Kilka dni później zagra z Bayerem Leverkusen o finał DFB Pokal. W Lidze Mistrzów przegrał jedynie z Arsenalem, a za chwilę może znów zmierzyć się z nim w finale. Sezon rozpoczął od zwycięstwa w Superpucharze.
Do tego Bayern po prostu gniecie, demoluje kolejnych przeciwników. Sześć i cztery gole strzelone w dwóch meczach Atalancie, cztery Realowi Madryt, trzy Chelsea – to bilans meczów w Champions League z tego sezonu. A przecież rozbijał też średniaków jak Pafos (5:1) czy Club Brugge (4:0). W lidze przejechał się po Lipsku (6:0), HSV (5:0), Werderze (4:0), Freiburgu (6:2), Stuttgarcie (5:0), Heidenheim (4:0), Wolfsburgu (8:1), znowu Lipsku (5:1), Hoffenheim (5:1), Unionie (4:0), a ostatnio St. Pauli (5:0).
To tyle, żeby wymienić tylko zwycięstwa przynajmniej czterema golami. Skala dominacji jest niesamowita.

4. Wykreowanie nowych liderów i pożegnanie starych
Miarą sukcesu Kompany’ego jest też fakt, że dziś w Monachium nikt nie mówi o tych, którzy latem z klubu odeszli. A przecież choćby pożegnanie Thomasa Muellera było w zeszłym roku postrzegane jako decyzja kontrowersyjna, zwłaszcza, że sam Mueller chętnie zostałby jeszcze w Bawarii.
Do tego sprzedaż Kingsleya Comana, pożegnanie Leroya Sane i mającego być wielkim talentem Mathysa Tela – z perspektywy czasu wszystkie te ruchy okazały się skuteczne. Ale w momencie ich podejmowania mogły być kwestionowane. Tak jak odpuszczenie walki o Erica Diera, który za Tuchela był najsolidniejszym środkowym obrońcą. Kompany wiedział jednak, że potrzebuje na tej pozycji szybkości i dziś nikt o Angliku już nie pamięta.
Do tego Kompany wykreował całkiem nowych liderów – Harry’ego Kane’a i Michaela Olise, którzy dziś wymieniani są jako kandydaci do zdobycia Złotej Piłki. Świetnie do drużyny wpasował się Luis Diaz, Kompany odświeżył Gnabry’ego, sprawił, że nikt nie kwestionuje dziś Joshuy Kimmicha, pozwala rozwijać się Pavloviciowi, odkrywa Lennarta Karla. Odbudował Upamecano, znalazł ważną rolę dla Konrada Laimera, szuka nowej dla Toma Bischofa, sprawia, że niemal wszyscy piłkarze – jak Tah czy Stanisic – są najlepszą wersją samych siebie.
Wizja Kompany’ego, także w polityce personalnej, jest jasna i spójna. Nawet zawodnicy, którzy nie mają już przyszłości w Monachium – jak Guerreiro i Goretzka – potrafią kiedy trzeba gwarantować drużynie jakość. A jednocześnie Belg właściwie ani razu nie wystawił ich w ważnych spotkaniach, pozostając wierny swojej decyzji.

5. Uspokojenie szatni i koniec napięcia
Za czasów Nagelsmanna i Tuchela Bayern znów był FC Hollywood w pełnym wymiarze. Nagelsmann sam romansował z dziennikarką Bilda, która pisała o klubie. Tuchel pod koniec skonfliktowany był już niemal z każdym. Publicznie kwestionował piłkarzy, obaj roztrząsali problemy drużyny w mediach.
Panował chaos komunikacyjny, za Tuchela zupełnie rozpadły się też relacje w szatni – w dokumencie Amazona wściekał się na niego Thomas Mueller, zarzucając mu „kampanię oszczerstw”. Miał napiętą relację z Kimmichem, odcinał się od szatni, zrzucał winę za słabe wyniki na skład.
Do tego dochodziło zamieszanie w gabinetach, co w konsekwencji sprawiało, że do Monachium nie chciał przyjść żaden trener, który miał coś do stracenia – ani Alonso, ani Zidane, ani nawet Rangnick. Kompany do stracenia nie miał nic, więc w pewien pokrętny sposób – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Belg wyciszył wszelkie konflikty, zbudował nowy liderów, stworzył z piłkarzy po prostu drużynę.
Nowy trener poukładał wszystko do tego stopnia, że na tle Realu Madryt niedawne FC Hollywood wyglądało jak jego dokładne przeciwieństwo. To Królewscy z dwójką Vinicius – Mbappe wyglądali jak zbiór indywidualistów (genialnych, to prawda, ale indywidualistów). Bayern – jak drużyna.
A najlepszym dowodem, symbolem tej zmiany za Kompany’ego jest rzecz jasna Harry Kane. Ten w świecie, w którym wmawia się, że środkowy napastnik musi być pazernym na gole samolubem, bo inaczej nie da się osiągnąć sukcesu (patrz: Lewandowski, Cristiano Ronaldo), czy wręcz uznaje się, że liczba zdobywanych bramek usprawiedliwia toksyczny wpływ na zespół (Mbappe, Vinicius), Harry Kane pokazuje, że jednak można żyć inaczej.
I że Bayern wygrał z Królewskimi dlatego, że potrafił stworzyć drużynę.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- „Event nie z tej ziemi”. Kosmiczna Liga Mistrzów w planetarium
- Real Madryt? Królewskim potrzeba wstrząsu
- Kobieta trenerem w Bundeslidze. Eksperyment czy przełom?
Fot. Newspix.pl