Liverpool nie gra, żeby wygrać. Tylko, żeby przetrwać

Patryk Idasiak

09 kwietnia 2026, 09:30 • 6 min czytania 2

Reklama
Liverpool nie gra, żeby wygrać. Tylko, żeby przetrwać

Zęby bolą od oglądania „popisów” Liverpoolu. Mecz PSG z The Reds był największą różnicą poziomów pomiędzy dwiema drużynami we wszystkich ćwierćfinałach Ligi Mistrzów – 18 strzałów do trzech i to niecelnych. Jedni grali, żeby jak najwięcej natłuc przeciwnikowi, drudzy, żeby jakimś cudem przetrwać. Najbardziej niepokojące może być to, że w zespole Arne Slota mecz po meczu taka sytuacja się powtarza.

Reklama

Myślę, że w ostatniej części meczu chodziło nam bardziej o przetrwanie niż o szansę na zdobycie bramki. Jeśli Mo przez 20, 25 minut miałby bronić w swoim polu karnym, to myślę, że lepiej dla niego, by oszczędzał energię na wiele innych meczów, które czekają go w nadchodzących tygodniach – mówił Arne Slot na temat niewpuszczenia na boisko Mohameda Salaha.

Powtórzył to, co ostatnio. Znowu jego zespół nie chciał wygrać, tylko jakoś przetrwać.

Dlaczego nie blokujecie dośrodkowań?

Po spotkaniu Manchesteru City z Liverpoolem w Pucharze Anglii dziennikarz Daily Mail Ian Ladyman w brutalny sposób zapytał Arne Slota:

Brak blokowania dośrodkowań, niebieganie za zawodnikami z piłką i tym podobne – to są przecież podstawy futbolu. Podstawy futbolu, niezależnie od tego, czy grasz na tym poziomie, czy w parku. Jako trener, kiedy dziś wieczorem zadasz sobie pytanie, dlaczego twoi zawodnicy nie stosują się do podstawowych zasad gry, jaka będzie twoja odpowiedź?

Reklama

Nie zgodzę się z tym, co mówisz. W niektórych momentach tak, masz całkowitą rację. Ale jeśli powiesz mi, że na podstawie 15 akcji Manchesteru City, moi piłkarze 15 razy za nią nie biegają, to się z tobą nie zgodzę. Kiedy spojrzysz na bramki, to zobaczysz tam akcje, których nie śledzimy, dośrodkowania, które nie są blokowane, pojedynki przed bramką, których nie wygrywamy, tu masz całkowitą rację. Tylko, że to nie jest historia całego meczu, ale za każdym razem, gdy zapominamy zablokować dośrodkowanie, zapominamy bronić się przed bramką, zapominamy śledzić akcję biegnącego zawodnika, to za każdym razem jest to gol.

Miał prawo się tak bronić, bo rzeczywiście jego zespół przy stanie 0:0 miał dwie dogodne okazje i ruszył dość żwawo na Etihad Stadium. Mohamed Salah zbyt długo zwlekał ze strzałem i zdążył go zablokować wstający z ziemi Abdukodir Chusanow. Z kolei Hugo Ekitike nie wykorzystał błędu Rodriego, któremu w szesnastce odskoczyła piłka i nie trafił w bramkę.

Reklama

Tylko, że kiedy Liverpool dostał już pierwszego „gonga”, to rozsypał się na tysiąc kawałeczków. I wtedy zaczął grać nie po to, żeby odrobić stratę, lecz po to, żeby przetrwać i się nie ośmieszyć. To się nie udało, bo Mohamed Salah zmarnował karnego i zagrał jeden z najgorszych meczów w życiu. The Citizens od 60. minuty już praktycznie nie napierali. Paradoks był taki, że rzeczywiście tego dnia wszystko zamieniali w złoto. A to się na boisku czuje.

Brakowało mi ducha walki w pierwszych 10 minutach po przerwie. A potem to był po prostu mecz, w którym obie drużyny zaakceptowały wynik 4:0 – podsumował brutalnie Arne Slot, licząc jednocześnie, że uda się zareagować po takiej klęsce, grając przeciwko obrońcom trofeum Ligi Mistrzów.

Nie udało się. Było jeszcze gorzej.

Liverpool w ataku pozycyjnym nie istnieje

Tym razem Liverpool włączył tryb przetrwania nie od 36. minuty, tylko już od samego początku. Jakby bał się czegokolwiek. Desire Doue dał prowadzenie względnie szybko. PSG grało z łatwością.

Reklama

Nie było ani przez moment w zespole Slota ducha walki, punktu zaczepnego, pójścia po jakąś bramkę kontaktową, żeby mieć łatwiej w rewanżu. Takiego zrywu, że teraz ich złapiemy. The Reds zakryli się jak dzieciak w nierównej bitwie ze starszakami. Tak, żeby dostać jak najmniej soczystych kopów. Może akurat nie trafią.

Bo sama porażka nie boli. Można mieć pecha, być nieskutecznym, bramkarz przeciwnika ma udany dzień. Nie, Matwiej Safonow musiał raz interweniować przy trudnym dośrodkowaniu Dominika Szoboszlaia – przy stanie 0:1. Potem raz jeszcze w drugiej połowie wybiegł z bramki i wybił piłkę z główki. Na tym koniec jego roboty. Więcej robić nie musiał.

Reklama

Wtedy przynajmniej The Reds odrobinę walczyli, choć trudno to nazwać „walką”. Może udawali, że próbują, bo w całej pierwszej połowie nie oddali ani jednego celnego strzału.

W drugiej też. A to oznacza, że rozegrali pierwszy taki mecz w Lidze Mistrzów od sześciu lat.

Reklama

Nawet jak Florian Wirtz ładnie przerzucił na skrzydło, Jeremie Frimpong wygrał pojedynek i wydawałoby się, że wręcz książkowo dograł wycofaną piłkę po ziemi, żeby ktoś przyładował z 14 metrów, to Wirtz i Ekitike ściągnęli obrońców, zostawiając dużą dziurę za swoimi plecami, a Frimpong… zagrał do nikogo. I nie dlatego, że zrobił to źle. Po prostu nikogo nie było w miejscu, w którym aż się o to prosiło. Gravenberch i MacAllister byli gdzieś w tyle za akcją, Szoboszlai próbował dojść do podania, ale też miał za daleko.

Ot, Liverpool w ataku pozycyjnym, gdzie brakuje ludzi i timingu w odpowiednich miejscach. Jeszcze inny przykład – rzut wolny na własnej połowie. Dominik Szoboszlai posyła lagę niczym jakiś czwartoligowiec w krajowym pucharze przeciwko potentatowi. Safonow oczywiście nie miał problemów, żeby złapać piłkę, która leciała pół minuty.

The Reds głównie bronili się przed ośmieszeniem. W 90 minut stworzyli tak naprawdę jedną składną akcję, w której wszystko zagrało w tempie. Tę, w której Florian Wirtz ładną podcinką uruchomił Frimponga, a ten uderzył niecelnie. To był jeden jedyny raz, gdzie coś z przodu wyszło gościom, tylko zabrakło wykończenia, ale i tak prawdopodobnie Frimpong był na pozycji spalonej, bo chorągiewka powędrowała w górę. Zespół goniący wynik powinien mieć takich akcji zaczepnych cztery-pięć, a miał jedną.

Liverpool błagał o litość. 0:2 to tak naprawdę zwycięstwo

Tym razem Arne Slot nie może powiedzieć, że za każdym razem, kiedy jego zespół zapomniał pobiec za zawodnikiem albo zablokować dośrodkowanie – padał gol. Specjalnie ustawił taktykę z trójką środkowych defensorów – Joe Gomez wyszedł na boisko obok Ibrahimy Konate i Virgila van Dijka. Mieli dać swobodę wahadłowym i pozwolić przesunąć trochę strefę pomocy do przodu, do wyższego pressingu. Próbowali, podchodzili, ale wychodziło to marnie. Biegali za piłką, mając ją przez 26% czasu gry.

Reklama

W 50. minucie jedynym strzałem Liverpoolu była piłka wysłana w kosmos przez Ekitike (tego uderzenia Frimponga nie zaliczono przez ofsajd).

Goście byli apatyczni, bez życia. „Ile nam strzelicie, to strzelicie” – zdawali się myśleć kompletnie posypani.

Luis Enrique nie był zadowolony. Przyznał na konferencji, że powinni strzelić przynajmniej jednego gola więcej. PSG może żałować, że wygrało tylko 2:0, a nie 6:0, bo:

  • „setkę” w 53. minucie zmarnował Dembele, który przekopał nad bramką w idealnej sytuacji z 11 metrów
  • dobrą sytuację w polu karnym miał Hakimi
  • Dembele uderzył jeszcze później słupek
  • doskonałą szansę zmarnowali na spółkę Hakimi z Mendesem – pierwszy podał za lekko, drugi doszedł do piłki, ale się zaplątał
  • powinien być rzut karny za popchnięcie Nuno Mendesa przez Konate
Reklama

Kiedy Liverpool w meczu przegrywa, to nie goni. Przeciwnie – poddaje się. Jest tam jakiś kompletny brak wiary w odrobienie straty. Apatia, bezradność, obojętność. Bardzo źle się na ten zespół patrzy. Dlatego tak naprawdę wygrał na Parc des Princes. Wygrał, bo przetrwał. A o to przez większość czasu walczył.

CZYTAJ WIĘCEJ O LIDZE MISTRZÓW NA WESZŁO:

Fot. Newspix

2 komentarze
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama