– Kiedy przeczytałem, że trzeba było zagrać Michniewiczem… Broń Boże, żadnym Michniewiczem! Uważam, że brak awansu na mistrzostwa świata jakoś nie cofnie nas w rozwoju, bardziej cofnie nas w rozwoju granie takie jak z Meksykiem, Arabią Saudyjską czy Argentyną na tych ostatnich mistrzostwach – stwierdził Tomasz Lipiński w programie „Wysoki Pressing” w Canal Plus Sport. No, trzeba się pokłonić. Głupszej tezy o futbolu niż ta, że lepiej siedzieć w domu niż w piłkę grać, nie słyszeliśmy od dawna.
Bycie fanem futbolu, który oferuje światu Czesław Michniewicz to chyba ostatnia rzecz, którą można mi zarzucić. Niemniej, gdyby postawić pytanie, czy lepiej:
- nie jechać na mistrzostwa świata wcale?
- jechać na mistrzostwa świata i zagrać na nich brzydko?
Prawą ręką podpisałbym się pod drugą wersją, po czym powtórzył to lewą. Samo założenie, że uczestniczenie w najważniejszym turnieju piłkarskim świata – z jakimkolwiek skutkiem – przyniosło komukolwiek więcej szkody niż oglądanie go z kanapy, to absurd tak takich lotów, że Red Bull powinien ściągnąć Ryoyu Kobayashiego na gargantuiczną, islandzką skocznię, po raz drugi, bo Lipiński właśnie pobił jego rekord.
🗣️ T. Lipiński: „Uważam, że brak awansu na mistrzostwa świata nie cofnie nas w rozwoju. Bardziej nas cofnęły w rozwoju takie mecze jak z Meksykiem, Arabią czy Argentyną na tych ostatnich mistrzostwach. Ja wysyłam komunikat do Jana Urbana – trenerze, idźmy tą drogą”
📺 Oglądaj… pic.twitter.com/BPGoph95hW
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) April 5, 2026
Wszyscy chcą grać na mundialu? Błąd! Ekspert tłumaczy: gra na mundialu cofa w rozwoju bardziej niż brak gry na mundialu
Co cztery lata pół globu pcha się na mundial, szarzy obywatele Republiki Zielonego Przylądka czy Bośni i Hercegowiny zalewają ulice, świętując, że w ogóle się na niego dostali. Gdyby postawić przed nimi przykładowego Tomása Lipao/Tomislava Lipovicia, który próbowałby przekonać ich, że lepiej byłoby jednak siedzieć w domu, bo istnieje ryzyko, że na mundialu zagrają brzydko i defensywnie, co cofnie ich zespół w rozwoju, spojrzeliby na gościa jak na wariata.
Gdyby dodał, że ten siermiężny futbol zapewni im wyjście z grupy, więc koniecznie trzeba zrzec się prawa do uczestnictwa w mistrzostwach świata, awansowałby z wariata na kretyna. Lipiński ubrał jednak garnitur, przyszedł do programu, w którym rozmawia się o tym, jak kto gra w piłkę (podkreślam – gra, nie patrzy, jak grają inni) i z poważną miną stwierdził, że lepiej w piłkę nie grać, bo to rozwija bardziej niż sama gra.
Czasami od dobrobytu pierdzieli się ludziom w głowach, więc może się komuś wydawać, że po dekadzie jeżdżenia na każdy turniej brak awansu to żadna strata. Pan Tomasz powinien jednak pamiętać dekady, gdy modliliśmy się o to, żeby ktoś nas na jakikolwiek turniej wpuścił, nawet tylko po to, żeby się na nim doszczętnie skompromitować. Powinien pamiętać, jak na początku wieku fetowano awans kadry Engela. Albo kadry Beenhakkera.
W dekadzie, w której obecność na salonach stała się normą i standardem, zyskaliśmy komfort dyskusji raczej o tym, czy kadra gra fajnie, czy niefajnie, określania swoich preferencji. Może więc warto przypomnieć, że kadry i Engela, i Beenhakkera, na turniejach zbierały wpierdol w stylu absolutnie fatalnym, rozczarowującym, bez pola na szukanie pozytywów. Redaktor Lipiński nie stwierdził jednak, że lepiej nie mistrzostwa nie jeździć wcale, niż jeździć po to, żeby Portugalia wychędożyła cię cztery do jaja.
Ale to, że lepiej nie jeździć, niż jeździć po to, żeby pierwszy raz od dekad wyjść z grupy – tyle że brzydko – już mu przez usta przeszło.
Polskie kluby grają w europejskich pucharach? Błąd! Spróbujmy nie grać, może to nas rozwinie bardziej?
Abstrahując już od tego, że do teraz ciężko byłoby mi uwierzyć, że jakikolwiek kibic – kibic, co dopiero dziennikarz, który z tego przecież żyje – stwierdzi, że w sumie to lepiej, gdy na mistrzostwach nie ma swojego zespołu, że to rozwija bardziej, przypominam, że w tak zwanym międzyczasie przeżywamy nieobecność na wielkiej scenie w piłce klubowej. To znaczy: od lat gardłowaliśmy o to, że nie gramy w pucharach, że w Europie nas nie ma i ile na tym tracimy.
Może jednak nie traciliśmy? Może – idąc tokiem myślenia Tomasza Lipińskiego – lepiej oglądać Ligę Mistrzów, czy nawet Ligę Konferencji, z kanapy, bo jeszcze, nie daj Bóg, zagralibyśmy nieładnie i cofnęli się w rozwoju bardziej, niż gdybyśmy z perspektywy kanapy obserwowali Czechów, Słowaków czy, nie przymierzając, Litwinów, którzy się tam dostali?
Dobrze, nie brnijmy już w ten absurd.
Dla każdego rozsądnie myślącego człowieka sama obecność, możliwość uczestnictwa w mistrzostwach świata – czy jakiejkolwiek dużej imprezie – rozwija, pcha futbol do przodu. Ba, nie tylko futbol. Zainteresowanie sportem, gospodarkę, po prostu mnóstwo aspektów życia i funkcjonowania całego kraju.
Zostawmy to jednak na boku i weźmy sam futbol. Jeśli nadal w to nie wierzycie, to przypomnijcie sobie, jak wspaniale wyglądał nasz futbol w dekadach, gdy lato z turniejem oznaczało oglądanie wszystkich, tylko nie nas. Albo westchnijcie do czasów, gdy polska liga była trzydziestą w Europie, wspominając, jak rozwijało nas omijanie kolejnych edycji pucharów.
Złośliwy powiedziałby, że oglądanie czegoś w telewizji (na przykład programów o piłce) zamiast czynnego uczestnictwa najbardziej rozwinęłoby niektórych ekspertów…
CZYTAJ WIĘCEJ O REPREZENTACJI POLSKI NA WESZŁO: