Nie trzeba było – ba, nie można było – spodziewać się, że armeńska młodzieżówka sprawi drużynie Jerzego Brzęczka jakikolwiek kłopot. Selekcjoner jakichś zagrożeń się u rywala dopatrzył, ale było z tym trochę tak, jak z nazwaniem koleżanki „sympatyczną”. Coś powiedzieć wypada, skłamać głupio. Czy więc ktoś mógł być zaskoczony, że Polska odfajkowała trzy punkty lekko, łatwo i przyjemnie?
Marcowe zgrupowanie młodzieżówki od początku trzeba oceniać przez pryzmat aspektów wizualnych. Reprezentacja Polski U-21 jesienią pokazała nam atrakcyjną, proaktywną i pozytywną piłkę, więc największym znakiem zapytania było:
Czy będą w stanie to kontynuować?
Zwłaszcza w obliczu problemów kadrowych było to pytanie zasadne. Oskar Pietuszewski dalej cieszy oko kibica, ale w rywalizacji z seniorami. Tomasz Pieńko w Radomiu truchtał dookoła boiska podczas treningów. Maciej Kuziemka i na to musiał poczekać do momentu, gdy zacznie cokolwiek widzieć po niedawnym urazie.
Jakby nie patrzeć były to kluczowe postaci w kadrze. Nawet Kuziemka, który wchodził na boisko z ławki, ale ostatnie takie wejście zakończył zwycięskim trafieniem z Włochami. Jerzy Brzęczek mówił jednak o głębi składu i nie zawiódł się – jego zespół gra jak grał, stoi jak stał.
Reprezentacja Polski U-21. Obowiązek odfajkowany, młodzieżówka nadal cieszy oko
Hierarchia zresztą nieco się zmieniła. Naród liczył, że w młodzieżówce filarem stanie się Kacper Potulski i stoper Mainz faktycznie wskoczył do składu. Imponujące było to wejście, bo rywale byli przy nim cisi jak myszki. Fizycznie, technicznie i taktycznie dominował nad napastnikami. Wygrywał pojedynki powietrzne, zgarniał piłki, odbierał, rozgrywał.
Niech to nie brzmi tak, jakby miał wyjątkowo wiele pracy w destrukcji – jeśli miał, to dlatego, że Armenia praktykowała lagę na Wardaniana, więc trzeba było to wszystko czyścić, uspokajać.
I, przede wszystkim, trzeba było na wszelkie sposoby próbować dobrać się do bramki przeciwnika, której ten strzegł w sposób typowy dla takiego rywala. Zasieki, fosa, kto zdrów parkuje autobus i czeka. Przełamanie nisko ustawionego bloku trochę trwało, można było się zastanawiać, czy Jan Faberski i Kacper Ubrański robią właściwy użytek ze swojej techniki, talentu do gry na małej przestrzeni. Bo dryblowali, kiwali, ale nie prowadziło to do tworzenia konkretnych sytuacji.
Wreszcie Potulski zapędził się z piłką tak daleko, że dotarł do tercji ataku i rozprowadził piłkę do Faberskiego. Ten dał sobie spokój ze sztuczkami i zagrał dalej, do Wiktora Nowaka. Pomocnik – w tym przypadku akurat boczny obrońca – Wisły Płock zagrał mięciutko, wprost na głowę samotnego w polu karnym Marcela Reguły. W ten sposób, przed samą przerwą, w końcu doczekaliśmy się konkretu.
Trochę to trwało, ale reprezentacja Polski obejmuje prowadzenie! 🇵🇱
🔴📲 OGLĄDAJ 👉 https://t.co/kIOt0s7xMR pic.twitter.com/XjRGcrqbwD
— TVP SPORT (@sport_tvppl) March 27, 2026
Dryblingi Faberkiego i trzy rzuty karne w meczu Polska – Armenia
Otwarcie konserwy przyspieszyło jej konsumpcję. Już pierwsza akcja po przerwie przyniosła wreszcie to, czego spodziewaliśmy się od ofensywnych piłkarzy reprezentacji Polski. Zwłaszcza Urbańskiego i Faberskiego, którzy we dwójkę rozmontowali obronę. Kapitalnym podaniem na wolne pole popisał się ten pierwszy, natomiast drugi połączył szybkość z techniką, wpadł w pole karne, balansem oszukał obrońcę i bramkarza, po czym został wycięty od tyłu.
Antoni Kozubal ustawił piłkę na „wapnie”, trafił, pozamiatał.
Tak przynajmniej być powinno, ale sami sobie dokręciliśmy śrubę. Niepokojące było już to, że w ogóle dopuściliśmy Armenię na własną połowę. Przed przerwą przeciwnicy pojawiali się na niej sporadycznie, z najlepszym efektem w postaci kompletnie niegroźnego dośrodkowania Petrosa Aleqyana. Dopóki jednak wynikały z tego podobne sytuacje, były to tylko strachy na lachy.
Tyle że im bliżej swojej bramki dzieje się akcja, tym łatwiej o wpadkę. Sławomir Abramowicz podał do Kacpra Dudy, ten, ustawiony tyłem, nie zabrał się z piłką i dał ją sobie wyłuskać. Wszystko działo się w polu karnym Polaków, więc próba odbioru skończyła się skrobnięciem przeciwnika po pięcie, rzutem karnym i golem kontaktowym.
Szczęście, że Armenia to rywal naprawdę mizerny, więc na kwadrans przed końcem bramkarz Gor Matinjan, wygarniając piłkę spod nóg Marcela Reguły, sprokurował kolejny rzut karny. Kozubal znów podszedł do piłki, znów trafił i można było spać spokojnie. Szkoda tylko, że po kapitalnych rajdach Faberskiego nie padł gol numer cztery. Najpierw kiwał, kiwał, wyłożył Dudzie i patrzył, jak piłka szybuje nad poprzeczką. Potem kiwał, kiwał, strzelił sam i też patrzył, jak piłka szybuje nad poprzeczką.
To, co powinno się wydarzyć, naprawił jednak Daniel Mikołajewski, który błysnął instynktem snajpera w sytuacji typowej dla napastnika. Podanie na wolną przestrzeń, sprint za linię obrony, położenie bramkarza i pewny strzał przy słupku. Plus trzy, żadnych zmartwień i kroczek bliżej Euro. Przyjemny piąteczek w Radomiu.
Polska – Armenia 4:1 (1:0)
- 1:0 – Marcel Reguła 43′
- 2:0 – Antoni Kozubal 48′ (rzut karny)
- 2:1 – Davit Hakobjan 69′ (rzut karny)
- 3:1 – Antoni Kozubal 78′ (rzut karny)
- 4:1 – Daniel Mikołajewski 90+1′
fot. FotoPyK