W bramce Bayeru Leverkusen dwoił się i troił Janis Blaswich, raz czy dwa goście byli nawet bliscy zdobycia bramki. Ale jak w słynnym cytacie Mariusza Pudzianowskiego – to nie dałoby nic. Arsenal był dzisiaj za mocny. Kanonierzy wygrali 2:0 i w ćwierćfinale Ligi Mistrzów zmierzą się ze Sportingiem Lizbona. Patrząc na drabinkę, zespół Mikela Artety musi celować przynajmniej w finał Champions League.
Wyobraź sobie, że jesteś Janis Blaswichem. W pewnym momencie myślisz już, że wielkiej kariery, to z tego nie będzie. Debiut w 3. Lidze? 24 lata. Debiut w Eredivisie? 27 lat, i to też w żadnym potentacie, bo w Heraclesie Almelo. Debiut w Bundeslidze? Dopiero po 31. roku życia.
I nagle – karta się odmienia. Jesteś najlepszym dowodem na to, że czasami życie zaczyna się po trzydziestce. Do Lipska trafiasz jako drugi bramkarz, ale kontuzjowanego Petera Gulacsiego zastępujesz na tyle dobrze, że dostajesz powołanie do reprezentacji Niemiec. W Bayerze historia się powtarza – do Leverkusen idziesz jako zmiennik Marka Flekkena, ale Holender szybko nabawia się poważnego urazu.
A ty wskakujesz do bramki i z każdym meczem rozkręcasz się coraz bardziej.
Arsenal – Bayer Leverkusen. Janis Blaswich długo trzymał gości w grze
Wreszcie nadchodzi ten dzień. Emirates Stadium, 1/8 finału Ligi Mistrzów. Starcie ze zwycięzcą fazy ligowej i jednocześnie liderem Premier League.
Wiesz, że najgroźniejszą bronią rywala są stałe fragmenty gry. Pierwszy rzut rożny – niebezpieczeństwo zażegnane. Drugi – też. Trzeci, czwarty – z powodzeniem. Z minuty na minutę nabierasz pewności siebie.
Piekielnie mocny strzał Rice’a z rzutu wolnego – sparowany do boku. Za chwilę Bukayo Saka wykłada piłkę Leandro Trossardowi, ten jest w świetnej sytuacji, ale znów stajesz na wysokości zadania.
Za chwilę Arsenal ma kolejny korner, lecz tym razem rozgrywa go inaczej. Rywale piłkę wycofują na szesnasty metr, stamtąd znów uderza Trossard. Mocno, w bok, rzucasz się, odbijasz piłkę. Ale dopada do niej Ben White – ma pustą bramkę, nie może tego spudłować. Rozpaczliwie próbujesz jednak interweniować: podnosisz się, rzucasz w stronę piłki. I nagle czujesz, że odbijasz ją dłonią.
Kibice łapią się za głowy. Słyszysz tylko: „Jak on to obronił?! To niemożliwe!”. White z niedowierzaniem patrzy w górę.
Czujesz, że należy do ciebie cały świat. Kolejny strzał Trossarda? Bułka z masłem. Dwie próby Saki? Nie ma problemu. Przed chwilą minęło pół godziny, a ty już masz na koncie sześć skutecznych interwencji.
Aż w końcu nadchodzi 36. minuta. I bomba Eberechiego Eze. I już wiesz, że ten sen dobiega końca.
Eze i Rice dali wygraną Arsenalowi
Nie wiem, czy gdy Blaswich wyciągał piłkę z siatki czuł się tak, jakby ktoś właśnie wylał na niego kubeł zimnej wody. Ale pewne jest, że czasami – choćbyś nie wiadomo jak się starał – nie możesz zrobić już nic. Bo rywal jest po prostu zbyt mocny. I taki był właśnie dziś Arsenal – był dla Bayeru Leverkusen po prostu zbyt mocny.
Tak było też przy uderzeniu Eze. Anglik dostał podanie przed polem karnym, przyjął skaczącą piłkę tyłem do bramki, odwrócił się i bez celowania huknął ile fabryka dała. Trafił idealnie. Blisko okienka, z mocą, która prawie rozerwała siatkę. Absolutnie wspaniałe uderzenie.
𝐄𝐁𝐄𝐑𝐄𝐂𝐇𝐈 𝐄𝐙𝐄𝐄𝐄𝐄! 🚀🚀 𝐂𝐎 𝐙𝐀 𝐆𝐎𝐎𝐎𝐎𝐋! 𝐖𝐎𝐖! 😍
Kanonierzy prowadzą 1:0!
📺 Transmisja: https://t.co/UIsz1H71Nz pic.twitter.com/3SmWv7XKya
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) March 17, 2026
Gol przypieczętował – zasłużone, trzeba to powiedzieć – prowadzenie Arsenalu. Kanonierzy byli zdecydowanie groźniejsi i gdyby nie znakomity Blaswich, losy awansu rozstrzygnęłyby się jeszcze przed przerwą. Kanonierzy w ciągu 45 minut mieli siedem rzutów rożnych, oddali dwanaście strzałów, z czego siedem celnych. Bayer odpowiedział raptem dwoma próbami i tylko jedną celną.
Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Po przerwie zespół Kaspera Hjulmanda trochę się ożywił, dłużej utrzymywał się przy piłce, starał się zagrać odważniej. Ale z dzisiejszym Arsenalem był skazany na porażkę.
Dla ekipy Mikela Artety nowe warunki tego meczu były wprost idealne. Kanonierzy kontrowali, a wynik po profesorsku podwyższył w 63. minucie Declan Rice. Środkowy pomocnik Arsenalu sprzed pola karnego niemal dosłownie „podał” piłkę do bramki – idealnie, tuż przy słupku, poza zasięgiem Blaswicha. Bramka imienia Toniego Kroosa.
𝐃𝐄𝐂𝐋𝐀𝐍 𝐑𝐈𝐂𝐄 𝐙𝐍𝐎𝐖𝐔 𝐆𝐎𝐓𝐔𝐉𝐄! ♨️ Idealny strzał Anglika! 🤌
Arsenal 2:0 Bayer Leverkusen
📺 Transmisja: https://t.co/UIsz1H71Nz pic.twitter.com/YJILCwIYXI
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) March 17, 2026
Kanonierzy są mocni. Muszą mierzyć w finał
Wynik 2:0 właściwie zamknął już marzenia gości z Leverkusen. Ci wstydu się nie najedli, odpadają z honorem, w końcówce bliski kontaktowej bramki był jeszcze Kofane, ale gospodarzy uchronił David Raya. Różnica klas była jednak widoczna gołym okiem.
A Arsenal może powoli zacierać ręce. W ćwierćfinale czeka go Sporting, który dziś nastrzelał Bodo/Glimt, odrabiając stratę z pierwszego meczu. W bezpośrednim starciu Kanonierzy będą zdecydowanym faworytem, a w półfinale czeka ich ktoś z pary Atletico/Tottenham (czyli pewnie Atletico) – Barcelona/Newcastle.
Czyli dla ekipy Artery wygląda to całkiem nieźle. Wszystko poniżej finału Champions League przy takim układzie będzie dla Arsenalu rozczarowaniem.
Arsenal FC – Bayer Leverkusen 2:0 (1:0)
- 1:0 – Eze 36’
- 2:0 – Rice 63’
Wynik pierwszego meczu: 1:1.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Sporting wybudził Bodo/Glimt z pięknego snu
- Zbychpol na rynku mongolskim, czyli niezwykły obraz tamtejszej piłki
- Nudna i słaba Ekstraklasa? Ten sezon to emocje, ale też jakość [KOMENTARZ]
- 40-letni Edin Dzeko wciąż strzela gole w staromodny sposób
Fot. Newspix