Barcelona i remontady. Jakie były najlepsze comebacki Dumy Katalonii?

Sebastian Warzecha

03 marca 2026, 15:52 • 14 min czytania 10

Reklama
Barcelona i remontady. Jakie były najlepsze comebacki Dumy Katalonii?

Swoją umiejętnością powracania z zaświatów szczycą się na ogół najwięksi rywale Barcelony, ale nie oznacza to, że nie potrafi tego robić i Blaugrana. Na przestrzeni lat znajdzie się bowiem kilka legendarnych remontad, które fani katalońskiej ekipy wspominają, a na te wspomnienia nadal unoszą się włosy na rękach i pojawia gęsia skórka. Jakie były więc te najlepsze powroty Barcy? Przed meczem z Atlético, w którym podopieczni Hansiego Flicka spróbują dokonać niemal niemożliwego, przypominamy „remontadowy” crème de la crème.

FC Barcelona i najlepsze comebacki w jej historii

Bonus: FC Barcelona 5:4 Atlético Madryt (7:6 w dwumeczu)

Copa del Rey 1996/1997. Ćwierćfinał

Reklama

Na początek coś innego, ale wybranego ku pokrzepieniu serc fanów katalońskiej ekipy. Barcelona nie odrabiała bowiem w tym dwumeczu strat z pierwszego spotkania – wręcz przeciwnie. Na wyjeździe Duma Katalonii zremisowała 2:2 po dwóch trafieniach Pizziego. U siebie była więc – bo być musiała – faworytem rywalizacji. Mecze Barcy z Atlético w tamtym sezonie regularnie obfitowały jednak w wiele goli. W lidze skończyło się bowiem 3:3 i 5:2 dla Katalończyków.

Przy czym to 3:3 to wynik z Camp Nou. Wcale nie było powiedziane, że będzie Barcelonie łatwo.

I nie było.

Reklama

Choć na murawę wyszła Barcelona wprost napakowana gwiazdami, bo w pierwszej jedenastce biegali Abelardo, Laurent Blanc, Pep Guardiola, Luis Enrique, Luis Figo czy Ronaldo, a z ławki weszli między innymi przywołany już Pizzi i Christo Stoiczkow. Obaj posłani na boisko przez Bobby’ego Robsona zostali zresztą już w 40. minucie.

Anglik nie miał jednak wyjścia, musiał reagować. Bo kibice na Camp Nou oglądali prawdziwy pogrom swojej ekipy. I to autorstwa jednego Milinko Panticia. Serbski pomocnik trafił do Atleti sezon wcześniej, po znakomitym dla siebie okresie w greckim Panioniosie. Sezon 1995/96 miał świetny, już w debiucie trafił do siatki, a potem walnie przyczynił się do zdobycia ostatniego na kolejnych 18 lat tytułu mistrza Hiszpanii dla Los Rojiblancos.

W sezonie 1996/97 grał już jednak nieco gorzej, podobnie jak całe Atlético. Z Barcą dawał jednak popis. Do siatki trafił w 8., 28. i 31. minucie. Stoiczkow i Pizzi wchodzili więc na boisko w sytuacji rozpaczliwej. I do przerwy niczego w niej nie zmienili.

Reklama

Po niej jednak obudził się ten największy w katalońskim zespole – Ronaldo. Brazylijczyk trafił w 47. i 51. minucie, szybko doprowadzając do kontaktu i podrywając Camp Nou, które jednak uciszone zostało… ledwie minutę później. Przez Panticia, trafiającego po raz czwarty. Nadzieję w serca gospodarzy wlał jednak Luis Figo, który gola zdobył w 67. minucie. A potem – jakby chcąc udowodnić swoje – w 72. minucie znów trafił Ronaldo.

Warto zobaczyć skrót tego meczu, szczególnie dla drugiego gola Panticia, pierwszego Ronaldo i – zwłaszcza! – trafienia Figo.

Reklama

Było więc 0:3, potem 2:4. A nagle w dwumeczu nastał remis. Ale wciąż to Atlético – za sprawą goli na wyjeździe – miało awans. Barcelona potrzebowała jeszcze jednego trafienia.

I dostała je. W 81. minucie piłkę do siatki wpakował ten, który na ogół w Katalonii nie trafiał przesadnie wiele, gole zdobywał raczej okazjonalnie. Ale w tamtym dwumeczu był równie kluczowy co Ronaldo.

To Pizzi zapewnił bowiem gospodarzom awans.

Reklama

A potem? Potem było 7:0 w dwumeczu z Las Palmas i 3:2 – po dogrywce – w finale z Betisem. Bramki strzelali wtedy Figo (dwie)… no i Pizzi. Tytułu by jednak nie było, gdyby nie ten niesamowity mecz z Atlético.

5. FC Barcelona 4:1 Dynamo Kijów (5:4 w dwumeczu)

Liga Mistrzów 1993/1994. I runda

Na krajowym podwórku to był sezon Barcelony, choć ta mistrzostwo Hiszpanii zdobyła do końca o nie drżąc. Zdecydował tak naprawdę moment niezależny od niej – przestrzelony karny Miroslava Djukicia w ostatniej kolejce. To przez tę jedenastkę Depor, mając tyle samo punktów, co rywale, zajęło ostatecznie drugie miejsce, a z mistrzostwa cieszyli się piłkarze z Katalonii.

Reklama

CZYTAJ TEŻ: EUFORIA I AGONIA LA CORUNII

Nie wygrali jednak Pucharu Hiszpanii, gdzie odpadli w ćwierćfinale. Agonię przeżyli też w Lidze Mistrzów, bo w finale w wielkim stylu ograł ich AC Milan, wbijając rywalom cztery bramki i symbolicznie kończąc erę barcelońskiego Dream Teamu, choć Johan Cruyff został trenerem Blaugrany jeszcze przez dwa sezony.

Nie byłoby jednak tego finału w ogóle, nie byłoby tych marzeń o pierwszym sukcesie po reformie i zmianie Pucharu Mistrzów w Ligę Mistrzów, gdyby nie mecz z Dynamem Kijów.

Reklama

Wielkie to było spotkanie, być może najlepsze w historii całego barcelońskiego Dream Teamu.

Inna sprawa, że to była – uwaga! – I runda tych rozgrywek. Czyli, na dzisiejsze, 1/16 finału. 15 września piłkarze Barcelony pojechali do Kijowa i oberwali tam od miejscowych. Kluczowe było jednak to, że choć mogli bardziej, to ostatecznie ulegli tylko dwoma bramkami, 1:3. Gola dla Barcelony, z karnego, strzelił Ronald Koeman. Taki wynik dawał nadzieję, bo granie w Kijowie, a granie na Camp Nou, to dwie różne sprawy.

Pomóc mieli kibice. I pomogli. Atmosfera była niesamowita od początku, Johan Cruffy powiedział potem, że „była to noc pasji, zarówno na boisku, jak i na trybunach”. W Barcelonie wszyscy wierzyli w sukces, w możliwość odrobienia strat. Nikt nie chciał też tak szybko żegnać się z Ligą Mistrzów – przecież ledwie dwa lata wcześniej Katalończycy wygrali te same rozgrywki, choć pod starą nazwą.

Reklama

Piłkarze też to czuli. I ruszyli od pierwszego gwizdka do przodu. Już w 8. minucie od siatki trafił Michael Laudrup. Minęło kolejnych osiem minut i było już 2:0, bo prowadzenie podwyższył – dobrze znany z pracy w Polsce – José Mari Bakero. Na trybunach święto, na boisku gra taka, że mogło być i 4:0. Dynamo regularnie ratował bowiem stojący w bramce Ihor Kutiepow, a czasem też słupek czy poprzeczka, które ostrzeliwał między innymi Romario. Generalnie: pełna dominacja gospodarzy.

A tu nagle zaskoczenie. Bo w 28. minucie po długim słupku z półwoleja przyłożył Serhij Rebrow. Trafił idealnie, w boczną siatkę bramki Barcelony. To mógł być moment zwrotny meczu, moment zwątpienia u gospodarzy. Powinni przecież prowadzić już wyżej, powinni mieć bezpieczny wynik. A tymczasem Dynamo niespodziewanie wróciło do gry.

Reklama

I do przerwy faktycznie, Barcelona jakby zwątpiła. Po niej jednak niemal natychmiast – bo w 47. minucie – trafił z główki Bakero. To na nowo nakręciło i piłkarzy, i kibiców. Znów więc sunęły jeden za drugim ataki. Znów mnóstwo było szans. I w końcu jedna wykorzystana – w 67. minucie trafił Ronald Koeman. Jak to on, precyzyjnym uderzeniem z wolnego.

CZYTAJ TEŻ: DREAM TEAM. JAK RONALD KOEMAN POMÓGŁ WPROWADZIĆ BARCELONĘ NA SZCZYT

Barcelona miała awans, reszta meczu była formalnością. Tamtego dnia Dynamo po prostu nie mogło jej odpowiedzieć po raz drugi.

Reklama

4. FC Barcelona 5:1 Chelsea FC (6:4 w dwumeczu)

Liga Mistrzów 1999/2000. Ćwierćfinał

Fani Barcy pewnie nie wspominają najmilej tego akurat sezonu w Lidze Mistrzów, bo to jedna z tych kampanii, która skończyła się wygraną Realu Madryt. Jeśli jednak mają wyciągnąć z tego jakiś mecz i przywoływać go z uśmiechami na twarzach – to będzie to rewanżowe starcie z Chelsea.

To był dziwny okres w historii Dumy Katalonii. Owszem, rok wcześniej zdobyli mistrzostwo, ale na kolejne mieli poczekać aż do Franka Rijkaarda i sezonu 2004/05. Generalnie, choć nie zdawali sobie z tego sprawy, zaczynał się dla nich kilkuletni czas bez sukcesów, nawet bez triumfu w choćby Pucharze Hiszpanii. Gdy jednak wygrywali z Chelsea, nie mogli podejrzewać, że tak będzie. Bo to było wielkie spotkanie.

Reklama

Scenariusz był bardzo podobny do starć z Dynamem sprzed niespełna siedmiu lat – na wyjeździe przyszła porażka 1:3. Barcelona nie znajdowała wówczas odpowiedzi na ataki czy to Gianfranco Zoli, czy Tore André Flo. Włoch zdobył pierwszego gola, Norweg dołożył dwa kolejne. Kluczowa dla tego, co stało się później, okazała się bramka z 64. minuty, gdy honorowego gola dla Barcelony wpakował Luis Figo.

Portugalczyk ledwie kilka miesięcy później miał stać się dla kibiców Blaugrany synonimem zdrajcy. Wtedy jednak wciąż był w Katalonii fetowany.

Również w rewanżu. Bo zdobył w nim drugą bramkę, dobijając strzał Patricka Kluiverta, który trafił w słupek. Wcześniej, na 1:0, trafił Rivaldo. Z wolnego, ale korzystając z ogromnego rykoszetu. Do przerwy było 2:0, awans miała Barcelona. Po przerwie zdawała się z kolei kontrolować sytuację. Aż przyszła… wielka pomyłka. Ruud Hesp, golkiper gospodarzy, zdawał się spokojnie kontrolować piłkę pod presją rywali. Zamiast jednak wybić ją daleko do przodu, podał lekko. I zagrał tak nieszczęśliwie, że trafił wprost pod nogi Flo.

Norweg musiał z tego skorzystać. Zdobył swoją trzecią bramkę w dwumeczu i – na tamten moment – dał awans Chelsea.

Barcelona jednak nadal walczyła. Kluivert trafił w poprzeczkę z główki. Dani Garcia, który wszedł z ławki (swoją drogą wychowanek Realu Madryt), zmarnował dwie doskonałe okazje, też po strzałach głową. Ale wiecie, do trzech razy sztuka – gdy idealną piłkę dograł mu Pep Guardiola z wolnego, to w końcu trafił. To była 83. minuta. Niedługo potem Barcelona dostała karnego po faulu na Kluivercie… który zdołał nawet wpakować piłkę do siatki, ale sędzia (zresztą trudno go za to winić) faul odgwizdał wcześniej. Dwumecz i tak jednak wydawał się rozstrzygnięty.

Ale nie był. Rivaldo nie trafił.

Do końca regulaminowego czasu nie padły już bramki. Obie ekipy czekała dogrywka. A w jej ósmej minucie… Rivaldo znów podszedł do karnego. I pokazał, że niespecjalnie przejął się tym poprzednim. Tym razem trafił, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie (zresztą skierował piłkę w ten sam róg bramki, tym razem po właściwej stronie słupka). To był pierwszy z dwóch momentów, które ustaliły finalny rezultat, bo w tej samej sytuacji czerwoną kartkę obejrzał Celestine Babayaro. A ten drugi? Ostatni gol w tym meczu, autorstwa Patricka Kluiverta, który na to trafienie po prostu sobie zapracował.

Barcelona finalnie wygrała 5:1 i awansowała do półfinału. A o tym, co tam się stało niekoniecznie trzeba pisać.

3. FC Barcelona 3:0 Anderlecht (3:3 w dwumeczu, 4:1 w karnych)

Puchar Zdobywców Pucharów 1978/1979. 1/8 finału

Przed chwilą dwukrotnie opisywaliśmy wielkie powroty Barcelony w Lidze Mistrzów. Czy więc to nie dziwne, że nad nimi umieszczony jest ten – jakby nie było – z dzisiejszej perspektywy trzeci najważniejszy puchar, dziś już nieco przykurzony i zapomniany? Może i tak. Ale to sezon, który dla Barcelony skończył się pierwszym uznawanym przez UEFA trofeum międzynarodowym. Właśnie w PZP. Wcześniej? Mieli triumfy w Pucharze Miast Targowych, ale z jego „oficjalnością” niezmiennie są problemy.

Poza tym były wielkie mecze, była bezpośrednia rywalizacja o triumf w Pucharze Mistrzów. Ale wszystko to finalnie przegrane. Sezon 1978/79 tę sytuację zmienił.

A wszystko tak naprawdę zaczęło się od tej 1/8 finału. Wcześniej Barcelona łatwo, po 3:0 u siebie, ograła Szachtar Donieck. Z Anderlechtem było jednak inaczej. I tu ważna uwaga: to był inny Anderlecht. Belgowie bronili w PZP tytułu, triumfowali też w 1976 roku. W obu przypadkach finalnie wygrali również Superpuchar UEFA. Z kolei w sezonie 1982/83 grali w finale Pucharu UEFA, a rok wcześniej dochodzili do półfinału Ligi Mistrzów.

Innymi słowy: to był najlepszy czas belgijskiego klubu. Anderlecht rozpychał się na arenie międzynarodowej. Barcelona z kolei… w sumie niekoniecznie. Jeśli już gdzieś grała, to tylko w Pucharze UEFA, ale bez sukcesów. Do tego z końcem sezonu 1977/78 opuścił ją Johan Cruyff, skończyła się jego piłkarska era w Katalonii. Wydawało się, że czekają Barcelonę ciemne czasy.

A wyszło zupełnie odwrotnie.

Choć gdy Anderlecht przyjeżdżał – 1 listopada 1978 roku – na Camp Nou, to mało kto oczekiwał tego, co się wówczas wydarzyło. A wydarzyła się remontada, pierwsza tak wielka w Europie, jaką przeżyli fani w Barcelonie. Dziś już nieco zapomniana, chyba że trafi się akurat kibic starszej daty, który nie omieszka wspomnieć jej z pewnym wzruszeniem. Zapomniane też są – przynajmniej w skali europejskiego futbolu – kluczowe dla tego meczu nazwiska.

Strzelanie zaczął bowiem Hans Krankl, Austriak sprowadzony do Barcelony po sześciu latach genialnych występów w Rapidzie Wiedeń (potem do niego wrócił, na pięć kolejnych sezonów, i znów zachwycał). W akcji lewą stroną wymanewrował obrońców i mocnym strzałem wpakował piłkę do siatki. Drugie trafienie dołożył Juan Carlos Heredia, Argentyńczyk, rozgrywał wówczas swój ostatni sezon w Barcy. To była klasyczna akcja: prostopadłe podanie, zwód, zejście na prawą nogę i strzał tuż sprzed pola karnego, przy słupku.

44. minuta, 2:0. Do przerwy nie padł kolejny gol.

Po niej długo też nie. Aż trafił inny Argentyńczyk, Rafael Zuviria, płaskim, nie za mocnym, ale mierzonym strzałem przy słupku. Na nagraniach z meczu właściwie nie widać momentu, gdy piłka wpada do siatki, kamerę zasłaniają bowiem świętujący kibice, którzy szaleńczo wyskoczyli z miejsc. Nic dziwnego, na remontadę zanosiło się długo, ale piłka wreszcie wpadła do siatki w 86. minucie.

A potem już ani razu… aż do karnych. W tych genialnie zaprezentował się Pedro Maria Artola, bramkarz Barcelony, który przepuścił do siatki tylko jednego karnego z trzech wykonanych. Nie musiał stawać na linii przy ich większej liczbie, bo jego koledzy nie pomylili się ani razu. Decydującą o sukcesie jedenastkę wykorzystał drugi z wielkich katalońskich Holendrów, ten, który jeszcze w klubie został (ale tylko na ten sezon), czyli Johan Neeskens.

Gdy piłka wpadła, nastąpiła euforia. A po niej kolejne trudy: w ćwierćfinale wygrana z Ipswich Town golami na wyjeździe. W półfinale dwumecz z K. S. K. Beveren, innym belgijskim zespołem, w obu meczach wygrane 1:0, w obu po bramkach z karnych. A finalnie niesamowite starcie z Fortuną Duesseldorf o tytuł – 2:2 w regulaminowym czasie gry, 4:3 po dogrywce.

Emocji więc Barcelonie nie brakowało do samego końca. Ale najwięcej przyniósł dwumecz z Anderlechtem.

2. FC Barcelona 3:0 IFK Goeteborg (3:3 w dwumeczu, 5:4 w karnych)

Puchar Mistrzów 1985/1986. Półfinał

Sezon 1960/1961. To wtedy Barcelona grała w finale Pucharu Mistrzów, tuż po pięciu triumfach Realu Madryt. Miała szansę szybko na nie odpowiedzieć… ale przegrała, po niesamowitym meczu z wielką Benficą. Tą samą, która sezon później odprawiła i Królewskich. Na kolejną szansę występu w finale najważniejszych europejskich rozgrywek w Katalonii czekali 25 lat.

A dostali ją po remontadzie w półfinale.

Właściwie to ten sam scenariusz, co z Anderlechtem. I znów trzeba napisać, że choć dzisiejsza „marka” IFK jest zupełnie inna, to w latach 80. była to naprawdę mocna ekipa. Szwedzi w końcu dwukrotnie (1981/82 i 1986/87) wygrywali Puchar UEFA. Nie było z nimi żartów. Barcelona przekonała się o tym, gdy pojechał do Skandynawii i na boisku rywala zebrała oklep… dokładnie taki, jak w Belgii, siedem lat wcześniej. 3:0. Znów trzeba było odrabiać taką stratę.

I znów się udało.

To był mecz Pichiego. Nie jest to napastnik specjalnie kojarzony w Polsce, ale w Hiszpanii radził sobie świetnie… choć najgorzej akurat w Barcelone. Wcześniej grał w Castellón i Zaragozie, po przygodzie w Dumie Katalonii przeszedł z kolei do Espanyolu. W barwach Blaugrany rozegrał 51 spotkań w cztery sezony i zdobył ledwie 12 goli ze 149, jakie strzelił w karierze.

Jednak aż trzy z nich w tym jednym starciu z Goeteborgiem.

Gol pierwszy to 10. minuta, bo Barcelona lubi zaczynać remontady szybko. Prostopadłe podanie, przebitka z obrońcą, opanowanie piłki i spokojny strzał obok. Trybuny już czuły, co się święci, bo wybuch radości był ogromny. Ale do przerwy nie było kolejnego takiego, choć sytuacji – zresztą z obu stron – nie brakowało. To był otwarty mecz, szybki, dobry do oglądania.

Gol drugi? 63. minuta. Ledwie chwilę wcześniej Barcelonę uratowała poprzeczka. Goeteborg roztrząsał jeszcze tamtą sytuację, a tu jedna długa piłka – z linii obrony – Pichi wyskoczył do przodu, dobrze przyjął i uderzył z półwoleja obok bramkarza.

Gol trzeci przyszedł pięć minut później. Dośrodkowanie z lewej strony pola karnego, Pichi doszedł do główki, uderzył nie najlepiej, ale piłka odbiła się od murawy tak, że przelobowała bramkarza. Było 3:0, a bohater meczu… zszedł z boiska dwie minuty później. Potem było jeszcze 20 minut grania. Potem dogrywka. Goeteborg miał multum okazji, był drużyną lepszą. Barcelona miała jednak szczęście, świetnie bronił też Urruti.

I tak doszło do karnych.

A w nich najpierw rozpacz – strzał Lobo Carrasco w trzeciej serii obroniony. Ale w czwartej pokazał się Urruti, zatrzymał Rolanda Nilssona i wszystko się wyrównało (swoją drogą sam Urruti też wykonywał – bardzo pewnie! – karnego). A w piątej presji nie wytrzymał Per Edmund Mordt, rezerwowy szwedzkiej ekipy, który w ogóle nie trafił w bramkę. Victor Munoz z kolei to zrobił. Barcelona grała dalej.

Tego szczęścia, które towarzyszyło im w tym meczu, zabrakło jednak w finale, gdzie lepsza – po karnych właśnie – okazała się Steaua. Wtedy do siatki z jedenastu metrów nie trafił… żaden z zawodników Barcelony.

Ale to później. 16 kwietnia 1986 roku na Camp Nou panował bowiem nastrój świętowania.

1. FC Barcelona 6:1 PSG (6:5 w dwumeczu)

Liga Mistrzów 2016/2017. 1/8 finału

No i co, że ten mecz nic finalnie nie dał, bo rundę później przegrali z Juventusem? Nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. To jeden z najbardziej legendarnych (o ile nie najbardziej) powrotów w historii Ligi Mistrzów. To będzie też najkrótszy opis, bo przecież nie musimy tworzyć tu wielkiego tła, to wciąż stosunkowo świeża historia.

Napiszmy tylko, że Barcelona wpadła w maleńki kryzys, w sezonie 2016/17 mało co, jej się układało. Nie zdobyła – jak się potem okazało – mistrzostwa. Udało się z Pucharem Króla. A w Lidze Mistrzów oberwała w Paryżu 0:4. Demolka. Absolutna demolka. Nie tylko wynikowa, bo Barca w całym tamtym meczu tylko raz oddała strzał na bramkę PSG.

W rewanżu jednak grała swoje. Grała jak wielka ekipa. Jak wielokrotni triumfatorzy Ligi Mistrzów. I pokazała PSG – z Grzegorzem Krychowiakiem, który wszedł w końcówce – że do ostatniego gwizdka żyje, że nie można założyć, że jest martwa.

Strzelanie, już w 3. minucie zaczął Luis Suarez. Potem był samobójczy gol Layvina Kurzawy, to w 40. Więc 2:0 do przerwy, taki sam rezultat w drugiej połowie gwarantowałby dogrywkę. Fani gospodarzy byli bliscy szaleństwa, gdy z karnego w 50. minucie trafił Lionel Messi. Kiedy jednak w 62. odpowiedział – jednym z rzadkich ataków PSG – Edinson Cavani, wydawało się, że jest po wszystkim.

Barcelona potrzebowała bowiem jeszcze trzech bramek. A do końca meczu zostało jakieś pół godziny.

I jasne, to był mecz pełen kontrowersji. Do dziś trwają na jego temat spory. Ale tak czy siak – Barca dokonała czegoś niezwykłego. A pociągnął ją Neymar. Najpierw golem w 88. minucie. Potem wykorzystanym karnym w 91. Bohaterem został jednak ten, po którym tego raczej nie oczekiwano – Sergi Roberto. Znalazł się w polu karnym, dostawił nogę i idealnie wykończył najważniejszą akcję tamtego spotkania.

Było 6:1. Cztery bramki z pierwszego spotkania magicznie przestały mieć znaczenie.

Barcelona dokonała niemożliwego.

Czy uda jej się to po raz kolejny, tym razem na krajowym podwórku, w starciu z Atletico? Przekonamy się dziś o 21.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj więcej o hiszpańskiej piłce na Weszło:

10 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

La Liga