Powtórka z 1000 metrów. Damian Żurek znowu czwarty…

Sebastian Warzecha

14 lutego 2026, 17:53 • 5 min czytania 19

Powtórka z 1000 metrów. Damian Żurek znowu czwarty…

Po wczorajszym sukcesie Władimira Siemirunnija dziś wszyscy znów zerkaliśmy uważnie na łyżwiarski tor. Tym razem – na 500 metrów mężczyzn. Do rywalizacji ponownie stawał bowiem Damian Żurek, który w rywalizacji na 1000 metrów pokazał, że jest w świetnej formie. Tam skończyło się, owszem, bez medalu – ale to na 500 Damian miał szaleć. A na pozytywne zaskoczenia liczyliśmy jeszcze ze strony Piotra Michalskiego i Marka Kani. Marek faktycznie pojechał nieźle. A Damian? Wykręcił dobry czas, który jednak… wystarczył tylko na 4. miejsce. Znowu.

Reklama

Damian Żurek znów bez medalu. I znów był o krok

– Gdyby mi ktoś powiedział przed sezonem, że będę czwartym zawodnikiem igrzysk na 1000 m, uśmiechnąłbym się i powiedział: „Okej”. A to stało się rzeczywistością. Niewiele zabrakło, ale to też jest dobry prognostyk przed 500 m, że jestem na wysokim poziomie. Biorę to. Jestem zadowolony z tego miejsca. To jest sprint, tutaj liczą się setne sekundy. Czasami wygrywa się o te 0,07 s, czasem przegrywa. Teraz jestem w tej gorszej sytuacji, ale jestem dumny z tego czwartego miejsca – mówił Żurek przed kamerą Eurosportu po pierwszym ze swoich startów.

Reklama

Taka postawa nie może dziwić. Owszem, gdyby zdobył medal na 1000 metrów, pewnie opadłoby z niego trochę presji oczekiwań. Z drugiej strony – wiadomym było, że to jego gorszy dystans. Nadal był tam jednym z głównych faworytów do medali, ale to na 500 miał walczyć nawet o złoto.

CZYTAJ TEŻ: DAMIAN ŻUREK? „NIECH BĘDZIE NAJSZYBSZY NA ŚWIECIE”

Głównych faworytów było bowiem trzech – Damian Żurek, Jenning de Boo i Jordan Stolz. Czyli czwarty, drugi i pierwszy zawodnik na 1000 metrów. Stolz to fenomen, genialny Amerykanin, już przed igrzyskami sugerowano, że zgarnie tu dublet. De Boo regularnie rzuca mu wyzwanie, obaj to zresztą rówieśnicy – rocznik 2004. Damian jest starszy o pięć lat, ale to znaczy, że sporo ma jeszcze jazdy przed sobą. W tym sezonie jest drugi w klasyfikacji „pięćsetki” – za Amerykaninem, a przed Holendrem.

Oni mieli się na podium znaleźć. Pytaniem pozostawało: w jakiej kolejności?

Damian na pewno miał tu atuty. Na 1000 metrów świetnie otworzył zmagania, potem zabrakło mu nieco sił. Znaczy, że dobry był ze startu, a to miała być jego słabsza strona. Do tego bez problemu utrzymał to tempo gdzieś do okolic 600. metra. De Boo i Stolz mieli inny atut – jechali razem w parze, mogli się wzajemnie nakręcić. Damian był „skazany” na Sebasa Diniza – też Holendra, ale słabszego. Prawda jest jednak taka, że w sprincie na rywala nawet nie warto patrzyć – po prostu odpalasz gaz i ciśniesz aż do mety.

I mieliśmy nadzieję, że Damian „pociśnie” w czasie wybitnym. Bo już pierwsze pary pokazały, że trzeba będzie najpewniej zakręcić się w okolicach rekordu olimpijskiego (34,32 s), by myśleć tu o złocie, a… może nawet o medalu.

Świetne tempo. Potrzeba było bić rekordy

Nieco za półmetkiem – po ósmej parze – mieliśmy na prowadzeniu Chińczyka Xue Zhiwena z czasem 34,66 s. Blisko było więc już do wspomnianego rekordu igrzysk. A w następnej parze jechać miał Marek Kania – też specjalista od sprintu. Za rywala dostał bardzo dobrze dysponowanego Japończyka Tatsuyę Shinyamę. Rywal lepiej otworzył, ale minimalnie, a potem to Kania miał zamykać wewnętrznym torem. I zbliżał się, zbliżał do rywala.

Na jakieś 30 metrów przed końcem wydawało się, że wygra w tej parze. Na 20 – też. Na 10 mieliśmy wątpliwości. A na finiszu… przegrał o dwie setne sekundy. Minimalnie. Ale w tamtym momencie był drugi, bo obaj pojechali znakomicie – odpowiednio 34,46 s i 34,48 s.

To było już tempo okołomedalowe, a przynajmniej tak się zdawało (Kania był ostatecznie 8., jechał też Piotr Michalski i skończył 24.). Bo coraz bardziej i bardziej zbliżaliśmy się do rekordów – olimpijskiego, ale gdzieś na horyzoncie majaczył nawet ten świata, wynoszący 33,61 s.

Tor w Mediolanie wydawał się więc nie sprzyjać długodystansowcom – ci wczoraj nie byli nawet blisko rekordu igrzysk – ale sprinterom jak najbardziej.

I faktycznie, sprzyjał. Bo już w 10. parze najlepszy wynik w historii igrzysk padł. Kanadyjczyk Laurent Dubreuil – znakomity sprinter, który w tym sezonie odpuszczał część Pucharów Świata – pojechał w swojej parze znakomite 34,26 s. I to był wyznacznik dla kolejnych zawodników. A zostało ich dziesięciu, pięć par. W tym ci absolutnie najlepsi, którzy to wszystko widzieli, czekali i mogli się denerwować.

A denerwować się nie można było. Bo tylko spokój mógł ich – a przede wszystkim Damiana – ocalić.

Znowu czwarty…

Do 13. pary nikt rezultatu Kanadyjczyka nie poprawił. Jednak to tam miała się zacząć cała zabawa. Na torze stanęli bowiem Stolz i de Boo. Dwóch faworytów, jadących razem. A zaraz po nich jechać miał Damian Żurek – doskonale wiedząc, jak pojechali ci najlepsi i co on sam musi zrobić. I musiał piekielnie dużo. Stolz pojechał na 33,77 s. De Boo – 33,88 s.

Co to oznaczało? Że Damian – jeśli chce z nimi wygrać – musi pobić swoją życiówkę, która do tej pory wynosiła 33,90 s.

To był niesamowity bieg, pewnie poparty tym, że obaj na siebie trafili. Pojechali genialnie, znakomicie. A Holender właściwie do resztek wyczerpał zapas paliwa – bo tuż po biegu upadł i omal nie wpadł na rywala. Na szczęście obyło się bez takich przygód, a miękka banda uchroniła de Boo od poważniejszych obrażeń. Mieliśmy jednak nadzieję, że zaraz dostanie dodatkowy cios – i on, i Stolz – a wyprowadzającym go będzie Damian Żurek.

Niestety, nie stało się tak. Stolz i de Boo byli poza zasięgiem. Można było zaatakować brąz, ale… i to się nie udało. Damian przegrał z Dubreuil o… 0,09 s. Łącznie więc dwa krążki stracił o 0,16 s. Minimalnie, ale jednak. Może zaszkodził Damianowi słabszy start, a może i to, że jadący z nim Diniz nieco na ostatnim wirażu wyjechał na jego tor. Chwila zawahania mogła zdecydować. Przejazd Polaka ogółem i tak nie był zły, ale sprint taki jest – decydują ułamki sekund.

Drugi raz na tych igrzyskach zadecydowały na niekorzyść Damiana. Niestety. Czas 34,35 s stał tuż obok poprzedniego rekordu olimpijskiego. Liczyliśmy, że takie rezultaty dadzą medal. Ale dziś znalazło się trzech lepszych gości, którzy ten rekord przebili.

Trzeba to po prostu zaakceptować. Bo Damian i tak pojechał na tych igrzyskach dobrze, potwierdzając, że jest gościem ze ścisłej światowej czołówki. Niestety, był też jednym z największych pechowców.

Fot. Newspix

Czytaj więcej o igrzyskach na Weszło:

19 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Inne sporty

Pierwszy w historii zimowy medal dla Ameryki Południowej!

AbsurDB
4
Pierwszy w historii zimowy medal dla Ameryki Południowej!
Inne sporty

Uciekł z Rosji, wybrał Polskę i zdobył medal IO! Kim jest Władimir Siemirunnij?

Jakub Radomski
12
Uciekł z Rosji, wybrał Polskę i zdobył medal IO! Kim jest Władimir Siemirunnij?
Reklama
Reklama