Czas gna, pędzi nieubłaganie, ale możecie jeszcze pamiętać, że pierwszy mecz tak zwanej ligowej wiosny w Radomiu ostatecznie się nie odbył. Radomiak miał grać z Arką, doszło do awarii światła, nie udało się z problemem uporać i spotkanie zostało przełożone. W tygodniu, w którym na stadion przy ul. Struga 63 przyjedzie Korona Kielce, poznaliśmy szczegóły i konkretne ustalenia dotyczące wspomnianej sprawy.
Gdy relacjonowaliśmy odwołane spotkanie na gorąco, prosto z miejsca wydarzeń, wokół awarii pojawiło się wiele teorii. Że wywołał ją alarm przeciwpożarowy, że miała miejsce poza stadionem – i tak dalej, i tak dalej. Nazajutrz tłumaczyliśmy, co mniej więcej się stało, dlaczego mecz trzeba było przełożyć i czemu nie dało się go rozegrać następnego dnia.
Od tamtej pory sporo się wyjaśniło. W ostatnich dniach na obiekcie pracowali eksperci, wykonawcy oraz przedstawiciele MOSiR. Za nami seria spotkań oraz testów i wszystko wskazuje na to, że problem udało się zlokalizować oraz rozwiązać.
Nie będzie walkowera. Wyjaśniamy, dlaczego odwołano mecz Radomiak – Arka
Ekstraklasa. Awaria światła na meczu Radomiak – Arka. Znamy powody
– Ustaliliśmy, że doszło do przeciążenia sieci, co też deklarowałem w pierwszym komunikacie – mówi Weszło Robert Dębicki, wiceprezes MOSiR. – W związku z tym nie można było fizycznie podnieść zabezpieczenia transformatora średniego napięcia, bo obciążenie sieci było stałe. Nie można było wyłączyć urządzeń, które były na obiekcie – dodaje.
Zanim pojawi się więcej skomplikowanych, specjalistycznych terminów, wyjaśnijmy w prosty sposób. Awaria sieci wewnętrznej była nieusuwalna w krótkim terminie, lecz nie chodziło o to, że na stadionie „nie ma prądu” czy też nie ma alternatywnego źródła energii. Doszło po prostu do rzadko spotykanej sytuacji, gdy wysiadło wszystko, wszędzie naraz.
– Byliśmy pod presją czasu, mieliśmy dziesięć minut na wyeliminowanie awarii. Żeby to zrobić, należało wyłączyć część instalacji elektrycznej na stadionie, żeby zmniejszyć obciążenie i dopiero wtedy fizycznie próbować to podnieść. To niestety groziło tym, że gdybyśmy próbowali potem przywrócić np. utracone kamery, to proces mógłby się powtórzyć – tłumaczy Dębicki.
Jak informowaliśmy wcześniej, dwie godziny po planowanym początku meczu zapaliły się reflektory na stadionie. Nie oznaczało to jednak usunięcia awarii, bo próbę przeprowadzono przy mniejszym obłożeniu. Już wtedy usłyszeliśmy, że przejście na tryb meczowy sprawiłoby, że awaria mogłaby się powtórzyć. Tryb meczowy w tym przypadku oznaczał:
- pełne oświetlenie obiektu,
- klimatyzacja nastawiona na ogrzewanie pomieszczeń,
- strefy gastronomiczne z dodatkowym cateringiem i grillami,
- większa liczba wozów transmisyjnych (trzy zamiast jednego).
Słowem: nie było opcji, żeby włączyć wszystko, co potrzebne do rozegrania spotkania, bez wywołania kolejnej awarii. Zwłaszcza przy takich warunkach pogodowych, bo mróz sprawił, że wydatek mocy był większy niż zwykle.
– Chciałbym podkreślić, że mówimy o nowym i nowoczesnym stadionie. Wiele rzeczy zabezpieczonych jest gwarancjami, w to nie można ot tak, samodzielnie ingerować, do tego potrzebni są eksperci z firmy odpowiedzialnej za montaż i konfigurację systemu. Inaczej mogliśmy stracić gwarancję, ryzykowalibyśmy także bezpieczeństwem osób przebywających na obiekcie. Musieliśmy zaczekać na uprawnionych do działania ekspertów – zaznacza Robert Dębicki.
Dlatego zgasły światła na meczu Radomiak – Arka. „Zabezpieczenie było ustawione zbyt nisko, przeciążyło system”
MOSiR w Radomiu zapewnia, że przygotowania do meczu przebiegały dokładnie tak, jak zwykle i nic nie zwiastowało kłopotów. Na dzień przed zaplanowanym spotkaniem doszło do próby, która odbyła się bez zarzutów. Stadion jest też wyposażony w alternatywne źródła energii, ale – cytując klasyka – to nic dało, nie dało to nic.
– To nieprawda, że straciliśmy prąd. Prąd na wejściu był. Żeby wytłumaczyć: stacja TRAFO na zewnątrz stadionu podaje wysokie napięcie na transformator średniego napięcia, który znajduje się na terenie obiektu. On dzieli to na odbiorniki niskiego napięcia i dodatkowe obwody. Prąd był, zabezpieczenie było, bo miasto zasilane jest z dwóch tak zwanych GPZ-ów. Praktycznie nie ma możliwości, żeby na stadionie nie było światła, w sensie: dojścia światła do transformatora. Problemem było to, że transformator średniego napięcia nie wypuszczał tego prądu dalej. Dlatego też żadne agregaty, nic nie miało znaczenia, nie pomogło pomóc – tłumaczy Weszło Robert Dębicki.

Wiceprezes MOSiR mówi też o kwestii alarmów przeciwpożarowych, które początkowo podejrzewano o wywołanie całego zamieszania.
– One początkowo nas skupiły, poszedł komunikat na sygnalizatory, że to jest przyczyna wyłączenia prądu, ale ostatecznie nie miało to wpływu na wyłączenie zasilania wewnętrznego. To wyłącznie kwestia automatyki, przełącznika, który nie zadziałał. Moment zapalania światła potrzebuje większej ilości prądu. Zabezpieczenie było ustawione zbyt nisko, nie dopuszczało odpalenia światła i przeciążyło system, instalację elektryczną. Stało się to w momencie, gdy nastąpiło włączenie trybuny wschodniej i zachodniej, co wcześniej działało bez problemu. Trzeba było wezwać profesjonalną firmę, która budowała tę sieć – oni ustawili te zabezpieczenia.
Radomiak będzie dochodził zwrotu kosztów za odwołany mecz. Kto ponosi winę?
Ostatnią kwestią, którą należy ustalić, jest to, kto za to wszystko odpowiada. Wiąże się to z kosztami, odszkodowaniami oraz kwestią ewentualnego walkowera dla Radomiaka. Jak wcześniej informowaliśmy – o porażce poza boiskiem nie ma mowy. Ekstraklasa rozpatrywałaby taki scenariusz dopiero wtedy, gdyby istniały twarde dowody na to, że organizator doprowadził do awarii celowo.
Ekstraklasa SA w porozumieniu z klubami ustaliła zresztą nowy termin spotkania. Kibice z Gdyni zostaną na niego wpuszczeni za darmo. Straty Radomiaka z tytułu odwołanego meczu sięgają jednak pół miliona złotych. Klub w takiej sytuacji musi zwrócić się do MOSiR w sprawie pokrycia tych strat. I w tym momencie zaczynają się schody.
– MOSiR nie czuje się odpowiedzialny za awarię, bo nie miał możliwości usunięcia jej własnymi środkami. Należałoby przesunąć ten temat do pytania o to, dlaczego ona wystąpiła i dlaczego nie mogliśmy jej usunąć. Automatyka była niedobrana do zapotrzebowania na prąd, więc odpowiedzialność ponosi ten, kto włączał „trybunę”. W meczu z Górnikiem Zabrze wszystko działało, teraz doszła temperatura, dodatkowe obciążenie i system nie wytrzymał. Odpowiedzialności trzeba więc szukać u wykonawcy, który nie dostosował instalacji do przeniesienia tego obciążenia – twierdzi Dębicki.

Mówiąc wprost: wchodzimy w etap, w którym każda ze stron będzie chciała dowieść, że to nie oni są winni. Bo ten, kto faktycznie jest winny, może ponieść karę. W tym przypadku odpowiedzialność przerzucana jest na firmę Betonox, czyli wykonawcę stadionu.
– Oni budowali trybuny północną i południową, oddawali do użytku trybuny wschodnią i zachodnią. Powinni skorygować dodatkowe obciążenie, automatykę funkcjonującego już systemu. Ścieżka jest o tyle skomplikowana, bo trzeba mieć na uwadze także to, że trybunę północną i południową budował MOSiR, a zachodnią i wschodnią budowało miasto, które przekazało je do całego „organizmu” – dodaje wiceprezes miejskiej spółki.
W tym momencie możecie się nieźle zagubić, ale cóż: chodzi po prostu o to, jakim galimatiasem była budowa całego obiektu. Najważniejsza informacja jest taka, że po pierwszych testach, sprawdzianach awaria wygląda na usuniętą. Robert Dębicki mówi jednak, że na wszelki wypadek wprowadzono dodatkowe środki ostrożności.
– Po wstępnych testach wszystko działa, ale obciążenie, które generuje sam mecz, jest trudne do powtórzenia. Umówiliśmy się z Radomiakiem, że przed spotkaniem z Koroną przeprowadzimy próbę obciążenia na poziomie przynajmniej 90% tego, co potrzeba w trakcie meczu. Na samym wydarzeniu będą też obecni przedstawiciele firmy odpowiedzialnej za automatykę i instalację.
Skoro tak, to problemów z oświetleniem już nie będzie. Prawda?
WIĘCEJ O RADOMIAKU RADOM NA WESZŁO:
- Reprezentant kraju w Ekstraklasie! Nowy rekord transferowy
- Dlaczego goście nie pojadą na mecz Radomiak – Korona? Oto kulisy
- Niemcy z rekordową ofertą za gwiazdę ligi. Klub się nie ugiął
SZYMON JANCZYK
fot. Newspix